1.04.2009
oryginalnie
"I wish you wouldn't keep appearing and vanishing so suddenly: you make one quite giddy."
"All right" said the Cat; and this time it vanished quite slowly, beginning with the tail, and ending with the grin, which remained some time after the rest of it had gone.
"Well! I've often seen a cat without a grin," thought Alice; "but a grin without a cat! It's the most curious thing I ever saw in all my life!"
Zamieszczony w poprzednim wpisie przekład nie jest - jak widać - wierny. Ale jest piękny i pochodzi z płyty. Dużej czarnej płyty, którą jako dziecko słuchałam do upadłego. Wczoraj na Urodzinach wspominaliśmy tę płytę i inne elementy naszego dzieciństwa. Poskutkowało tym, że sięgnęłam do książki Carrolla. Do płyty już nie mogę, bo nie mam odtwarzacza analogów.
30.03.2009
uśmiech bez kota
Każdy taki księżyc - taki jak dzisiejszy - kojarzy mi się z tą sceną. Mamy więc księżyc, uśmiech i kota - trzy cuda stworzenia. Absolutna magia, absolutna czułość, miękkość i ciepło. Niebo bez księżyca, dom bez kota, twarz bez uśmiechu tyle tracą!
27.03.2009
na humorek
http://www.wykop.pl/ramka/73832/ile-kupic-kwiatow-dziewczynie
Nie z myślą o poprawie humoru zaglądałam albowiem, ale na fali irytacji.
No bo co to za pomysł, żeby MNIE facet pytał, ile ma kwiatów dać kobiecie! A skąd ja mam niby wiedzieć takie rzeczy? Czy mnie ktoś kwiaty daje?
Nie no... dobra. Czasem się trafi. Na urodziny na przykład. Albo na dzień kobiet - od mojego szarmanckiego kuzyna Grzegorza. Ale, jak się wszyscy domyślają, nie o urodziny i nie o dzień kobiet idzie. Wujek Gógiel na pytanie o liczbę kwiatów wyrzucił między innymi powyższy link. Normalnie boki zrywać. Na początku przynajmniej, bo dalej to już zwykła wulgarna sieczka bez treści.
Zachwyciła mnie zwłaszcza rada: "chryzantemy w doniczce najlepiej z szarfą".
To jest kolejny rodzaj kwiatków, na które mam jeszcze szansę się załapać.
25.03.2009
Dziękuję Ci, Tato, że w mym życiu pojawiły się Środy.
23.03.2009
bez tytułu
czasem śnią się nawet na jawie
nierealnie romantyczne
marzenia prosto od wróżki
błyszczą zachęcająco
droższe tym bardziej,
że chce się, by były cenne
unikalne
i wartościowe
potrzeba wtedy eksperta
Rzeczoznawcy idei,
bo co, jeśli się nie opłaci
wymienić na tombak marzeń
solidnego kruszcu
który jest?
21.03.2009
plany
W tak zwanym międzyczasie znaleźć chwilkę na tłumaczenie, na uczenie, na byczenie.
No i mieć coś do sprawozdań. Poszukać wydawcy dla tekstu o Małgorzacie. Napisać coś do SŹ, przygotować indeks kodykologiczny.
Ufff.
19.03.2009
święty kobiet
No więc, Józefie drogi, mój ulubiony święty! Może ja Ci po prostu złożę serdeczne życzenia imieninowe. Łzami pisane. Niech Cię dalej te kobiety hołubią, boś sobie zasłużył. A Ty mnie przytul czasem i uśmiechnij się do mnie księżycem.
obrazek prawie geometryczny
pod nieba czarnym lodem
linie nagich drzew
wiatrem w gałęziach roztańczone
ukośnie
mrozu czystość żarliwa
wypala
wycisza
wytrawia
w tak jasnej perspektywie nocy
droga się ściele gładko
ufnie i trwale
ziemia wytraca obroty zawroty
głowy
przed nami prosty horyzont
prosty jak nasze sprawy
i tylko westchnienia wirują
obłoczkami krętymi
zażenowane
w trzeźwym powietrzu
16.03.2009
odpowiadam na zarzut
zabawa w poligon
Pod indyjskim słońcem powiewają barwne sari. Ale noszące je kobiety nie spacerują z dziećmi po ogrodach. Tylko wydobywają kilofami kamienne bloki do budowy domów. Bloki, które później zanoszą do siebie na głowie. Ich dzieci spędzają dnie siedząc w kamieniołomach umorusane pyłem. W tym czasie mężczyźni są w barze, albo na przyjęciu zaręczynowym, na którym nie ma żadnych kobiet, bo "u nas się kobiet na przyjęcia nie zaprasza."
Obrazek drugi:
Dwie kobiety w mieszkaniu do remontu rozkręcają i zakręcają śruby, przenoszą ciężkie przedmioty. W tym samym czasie grupa facetów poszukuje swej męskości na survivalowej wyprawie w Puszczy Kampinoskiej.
Obrazek trzeci:
W samotnej, wichurami smaganej latarni morskiej, potwornie pustej i szarej, umysł Mamy Muminka zaczyna dryfować. Mama staje się nieobecna, odchodzi we własny świat, zamyka się we wspomnieniach. Nie ma jej. Muminek zawiera niepokojące znajomości i nie ma nikogo, z kim mógłby się podzielić swymi odkryciami. Dach latarni morskiej przecieka i w izbie trzeba ustawiać kolejne garnki. W tym samym czasie Tata Muminka pisze pracę naukową o tym, czy morze podlega jakimś prawom.
Ostatnio dużo mówiono i pisano o tym, że w dzisiejszym świecie mężczyźni zniewieścieli, że zatracili swe męstwo, tak przecież potrzebne w wojnie, która ogarnia świat. To prawda. Wyciągnięto stąd jednak zupełnie mylny wniosek, że tym, co należy facetom przywrócić, jest siła i odwaga, i że najlepiej im zrobi solidny trening kondycyjny.
Tymczasem od początku świata zawsze jest to samo: mężczyźni są silni i dzielni. Potrafią toczyć bitwy i je wygrywać. Ale nie potrafią dostrzec, gdzie jest prawdziwy front. Dają się podejść Nieprzyjacielowi, którego najlepszą metodą jest po prostu dywersja i podsuwanie Wojownikom złudnych celów strategicznych.
Sporo napisano o tym, że, gdy Wąż kusił Ewę, Adam był nieobecny. Ale czy ktoś się zastanowił, gdzie on wówczas był?
To proste: uprawiał survival w pobliskim lesie, w przewidywaniu wyimaginowanych bitew i niebezpieczeństw.
14.03.2009
Dumezil
Czytanie Stefana de Bourbon dało mi też asumpt do poszukania w du Cange'u definicji canis leporarius. Przy tej okazji dowiedziałam się, jak się mówi po łacinie "tresowany pies": canis doctus.
Tyle zabawy w ramach jednego seminarium!
13.03.2009
o Paszczakach i Kunktatorach
A dziś rano obudziłam się w porę, ale nie chciało mi się wychodzić z łóżka. Już w duchu machnęłam ręką na planowane spotkanie z Z., ale gdy po pewnym czasie wygrzewania się w pościeli stwierdziłam, że wciąż jeszcze nie ma ósmej, wstałam jednak i udałam się na drugi brzeg rzeki przekonana, że już za późno i nic z tego nie wyjdzie. A tu proszę: wolne miejsce, jakby specjalnie na mnie czekało. I mogłam porozmawiać z Z. i zastanawiać się potem, czemu nie zrobiłam tego wcześniej. Dlaczego realizację najbardziej zbawiennych planów tak bardzo zawsze odwlekam. Teraz znów doznałam otuchy, jakiej potrzebowałam od tak dawna. Była na wyciągnięcie ręki, ale ja ociągałam się z korzystaniem. Kunktator ze mnie. Paszczak Kunktator.
8.03.2009
co dobrego
A dziś otrzymałam dobro w postaci życzeń imieninowych od anielskiej pary (no bo jak "anioł nie człowiek" się zakocha, to chyba tylko w anielicy), oraz w postaci życzeń na święto kobiet od Miłego Człowieka. Czegóż chcieć więcej?
*
5.03.2009
samotroska
I coś w tym jest, bo samotroska prowadzi do zwycięstwa. Zadbać o siebie, zawalczyć o siebie. Zająć się sobą. Tak dla odmiany - sobą. Naprawdę. Przestać na siebie krzyczeć, przestać się nad sobą znęcać, mieć dla siebie litość, życzliwość i wyrozumiałość. Mieć dla siebie miłość. Okazać ją sobie choćby czekoladkami. Co z tego, że Post. Właśnie wręcz przeciwnie: niech to będzie post od negatywnego myślenia o sobie; post od stawiania sobie absurdalnych wymagań; post od poświęcania własnego realnego dobra dla wyimaginowanego dobra innych; post od planów minimalnych i od myślenia, że nie zasługuję na nic lepszego.
Okazać ją sobie planując niedzielną wyprawę nad wiślany brzeg i ciesząc się z góry na myśl o tym spacerze.
Niezwykły ten Post w tym roku.
4.03.2009
plusy prób do Triduum
O czym przekonałam się też w dzisiejszych rozmowach i spotkaniach. To była naprawdę dobra środa, którą kończę przy pysznej herbacie słuchając l'Arpeggiaty.
środa rano
Tymczasem wszystkim odwiedzającym życzę Wszystkiego Najlepszego Z Okazji Środy! (czy mnie pamięć myli, czy było coś takiego w Kubusiu Puchatku?)
1.03.2009
spokojnie
28.02.2009
a jednak
Dostałam zaproszenie do cudu.
Ale warunek: iść na całość.
Zostawić ochłapy ryzykując śmierć głodową.
Przestać się żywić na śmietnikach.
Odłączyć kroplówkę.
I albo Tata mnie nakarmi rozmnożywszy chleb,
... albo nie ...
Boję się...
26.02.2009
asceza
Czy głodującemu pariasowi z ulic Kalkuty ktoś ośmieli się zaproponować, by w Wielkim Poście zmniejszył dzienną rację pokarmu ze 100 do 50 ziarenek ryżu?
Czy komuś, kto od wczesnego dzieciństwa żyje w mentalnym łagrze potrzebne są jeszcze bicze, posty i włosiennica?
Dlatego już ileś lat temu przestałam postanawiać, zrezygnowałam z umartwień. A jednak wczoraj postanowiłam. Postanowiłam spróbować. Spróbować przygarnąć i przytulić ten ból, który mam. Nie szukać innych. Nie dodawać sobie zewnętrznych niedogodności, ale zaprzyjaźnić się z tym, co i tak mnie nie opuści: przygarnąć i przytulić włosiennicę, jaką jest moja własna historia. Historia zadanych mi okaleczeń i ran. Historia skrzywdzonego dziecka. Wypłakać nad nią to wszystko, co wypłakać trzeba, by ostatecznie przyjąć ją ze spokojem. To prawda, że jestem tylko niemłodą samotną kobietą. Ale nie tak niemłodą i nie tak samotną, by czegoś jeszcze z siebie nie móc dać. Jednak, by być "radosnym dawcą", o jakim mówi Pismo, trzeba się zgodzić. Zgodzić się na to, co było, a co już nigdy się nie odstanie. Nawet Wszechmocny nie może zmienić przeszłości. Może tylko zmienić jej skutki.
To nie przypadek, że Środa Popielcowa przypada w środę; albo, że "moje środy" zbiegły się z początkiem Wielkiego Postu. Dostałam pomoc. Fachową. Z nią łatwiej mi będzie realizować moje postanowienie. Choć pewnie i tak się w pełni nie uda. Nie od razu, nie w jednym Wielkim Poście. Ale spróbuję, postaram się.
No i jeszcze poranny uśmiech do Taty.
Czy mylę się sądząc, że to Ty byłeś głosem moich wątpliwości? Że nie w tych grzmiących, ognistych słowach kapłanów przemawiałeś, ale w cichym powiewie mojego własnego serca? Szeptałeś: "NIE! To nie tak, nie o to chodzi." Zapraszałeś do ryzyka, do zdobycia się na odwagę i do walki o siebie samą. Bo jestem tego warta. Nigdy nie sądziłam, że możesz być takim cichym, a jednak tak upartym Bogiem. Chcę wierzyć, że to właśnie Ty. Że jesteś dokładnie tam, gdzie się Ciebie nie spodziewam. Że jesteś duchem, a nie literą, a kiedy przepływa przeze mnie radość i pokój, to one właśnie są Twoim pokojem, Twoją radością. Natomiast niepokoje, udręki, przerażenie i stres, choćby mówiły cytatami z Pisma i głosem znad koloratki, nie od Ciebie pochodzą.
25.02.2009
lacrimae
W KKK czytam: "Przyjaźń rozwijana między osobami tej samej płci bądź różnych płci stanowi wielkie dobro dla wszystkich. Prowadzi do wspólnoty duchowej."
I widzę, jak wiele okazji do mnożenia owego dobra dla wszystkich ciągle dostaję. Może to ma być ta wartość dodana mojego życia w ostatecznym rozrachunku? Mam do tego wszystko, co potrzebne, więc "tyłki ze stołków i do roboty", jak mówił pan prezydent Dyzma.
22.02.2009
nowe
Od półtora roku uczę się wszystkiego od nowa. Boga, świata i siebie samej. Wczoraj dowiedziałam się na przykład, że mogę naprawdę fajnie wyglądać z włosami uczesanymi w stylu lat 20tych. Nigdy bym nie przypuszczała. A wszystko dlatego, że z tradycyjnym już u mnie perfekcjonizmem w tej dziedzinie, zechciałam być na balu jak najbardziej stylowa. I postanowiłam się poświęcić myśląc: "trudno, najwyżej będę przez miesiąc wyglądać jak głupek, póki mi włosy nie odrosną; czego się nie robi dla sztuki!" A tu, o dziwo, zebrałam naręcze bardzo pozytywnych recenzji na temat mojego nowego looku. Mogę więc teraz wchodzić w Wielki Post z bogactwem niezwykłych doświadczeń.
16.02.2009
65FF
I dopiero wtedy otwierają się oczy?
Tato! Kto jak nie Ty? To Ty jesteś najbardziej utalentowanym artystą życia - specjalistą od rozmiarów i barw. Czy kiedyś próbowałeś mi założyć inne okulary? Czy to ja byłam głucha na Twój głos, czy też Ty nigdy nie przychodziłeś?
A może moje życie, w przeciwieństwie do bielizny, ma odpowiedni rozmiar? Jak to jest, Tato?
14.02.2009
święto murarzy
A poza tym ferie dobiegają końca. Niebawem trzeba będzie znów zacząć uczyć studentów. Drugi semestr jest zawsze dłuższy, ale jakoś lepiej się go przeżywa, bo przychodzi wiosna i zmierzcha się później. I tym sposobem, ani się obejrzę, jak minie pierwszy rok w nowej pracy. I w nowym mieszkaniu. Pierwszy rok wielu dobrych nowości. Myśl ta uspokaja mnie dziwnie i dodaje otuchy. I coraz jaśniej widzę, czym jest "nadzieja mojego powołania", że pozwolę sobie na przewrotną interpretację Pisma. Coraz jaśniej widzę, że dążę do pełnego uwolnienia serca. Do tego, by moje widzenie rzeczywistości, moje widzenie Prawdy było ostre i zdrowe; żeby nie mąciły go żadne fałszywe podszepty mówiące, iż moja wartość zależy w jakimś stopniu od tego, co myślą o mnie inni. Czy raczą mnie akceptować i kochać, czy też odrzucą.
12.02.2009
12.02
logika i argumentacja
Ale najwyraźniej się starzeję. Wyciąganie nielogiczności i przejawów erystyki już mnie nie zajmuje, lecz męczy. Wobec zalewu absurdu i braku logiki naprawdę mam ochotę powiedzieć "pas". I coraz częściej to robię. Coraz więcej tematów odznaczam jako "ignorowane", bo aż mi przykro patrzeć i nie chcę się dołować. Czasem się tylko zastanawiam, dokąd zmierza świat. Kiedyś odrzuciliśmy metafizykę, żeby się zająć epistemologią. W obu tych dziedzinach umiejętność wyciągania logicznych wniosków była kluczowa. Dziś wydaje się, że również z epistemologii przyjdzie nam zrezygnować, bo gubimy podstawowe narzędzie, jakim jest logika. W postmodernistycznym permisywizmie i globalnym egalitaryzmie totalnie nielogiczne bredzenie ma mieć taką samą wartość jak rzetelny spójny wywód. To kolejny dowód, że ludzkość zmierza do samounicestwienia.
9.02.2009
jako i my odpuszczamy
7.02.2009
Bóg w kryzysie
Episkopat wszak przez długie lata pozwalał Ruchowi działać nie zgłębiając zbyt gorliwie ani doktryny ani praktyki. Tylko dlatego, że ruchowi prominenci mieli dobre układy wśród biskupów. To, co teraz komisja wytknęła, istniało przez ponad dwadzieścia lat. Publikacje dostawały imprimatur (choć najwyraźniej nikt ich nie czytał, ufając po prostu księdzu Piłatowi), a biskupi wizytowali rekolekcje Ruchu. Dużo rzeczy kazano trzymać w tajemnicy, ale wiem, że bezskutecznie: czy naprawdę może się zachować tajemnica znana tysiącom ludzi? Kurii się zatem nie spieszyło do porządkowania tego bałaganu.
Ale NA SZCZĘŚCIE Bóg tak stworzył ludzką naturę, że gdy idziemy w zło, to prędzej czy później, na tej wygodnej z pozoru ścieżce, przewrócimy się o własne sznurowadła.
6.02.2009
sekta
Można go znaleźć tu:
http://www.archidiecezja.warszawa.pl/
Ruch Rodzin Nazaretańskich, w którym zmarnowałam kilkanaście najlepszych lat życia, musi gruntownie się zreformować, jeśli chce nadal istnieć. A obowiązujące w nim dotychczas zasady zostały bardzo ostro skrytykowane przez specjalistów jako sprzeczne z praktyką Kościoła. Najbardziej przerażające jest to, że do bezwzględnego posłuszeństwa nakłaniali przy pomocy straszenia ludzie, którzy sami byli nieposłuszni Kościołowi. I robiło się mnóstwo rzeczy przeczących zdrowemu rozsądkowi i naturalnemu porządkowi świata pod pozorem, że do takiego agere contra zaprasza Matka Boża, której SZCZEGÓLNĄ obecność w tym Ruchu gwarantowały jego najwyższe władze. A tu nagle się okazuje, że te najwyższe władze wypierają się bezczelnie tego, co same mówiły, i na dodatek zrzucają winę jeden na drugiego. Jak nie przymierzając pierwsi rodzice w Raju. Postępują w całkowitej sprzeczności do tego, o czym nauczali. Najbardziej mnie szokuje takie zdanie z komunikatu komisji: "W rozmowach z kierownictwem RRN [komisja] nie znalazła nikogo, kto poczuwałby się do winy za kryzys i brał za to odpowiedzialność."
Ale Tata wie, kto jakie krzywdy wyrządził tysiącom ludzi manipulacją, socjotechniką i kłamstwem. I przed Tatą nie będą się mogli wypierać odpowiedzialności.
5.02.2009
te role w tym teatrzyku
A przecież wiem, że takie poczucie jest chwilowe. W każdej chwili może się przydarzyć nowy casting. Bo lata latami, ale ja ciągle jeszcze miewam zielono w głowie, aż wstyd. I wtedy znów będzie boleć, cholernie boleć, że nadal ta wiedźma, a nigdy księżniczka. Więc może jednak nie powinnam się poddawać i skoro zaczęłam już chodzić na "warsztaty teatralne", to może lepiej kontynuować?
LOTR
Ale miało być o Tolkienie. Wczoraj w ramach wieczornej modlitwy czytałam akurat o królu Theodenie. I bardzo stał mi się bliski po tych słowach: "I feel as one new-awakened. I would now that you had come before, Gandalf. For I fear that already you have come too late, only to see the last days of my house." Też często przychodzi mi żałować, że przebudzenie nie nadeszło wcześniej, tylko dopiero teraz, po tylu zmarnowanych latach; teraz, gdy nie bardzo można już liczyć na przyszłość. Ale te ostatnie dni Theodena były wielkie i ważne. I warto się przebudzić, choćby na finał. Sprawić, by finał był naprawdę spektakularny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy, że zacytuję innego twórcę.
3.02.2009
po Roosevelcie
A w chwilach między pracą, tańczeniem i myśleniem o bohaterach francuskiej literatury, spoglądam sobie na księżyc. Właśnie rośnie! Spoglądam i sobie się dziwię, bo logiki w tym nie ma za grosz. Przecież to jest kawał jakiejś skały, co się wokół ziemi kręci, światłem świeci odbitym, a oglądają go wszyscy ludzie i wyją do niego wszystkie psy. To co mi się nagle uroiło, że to jest prezent? Specjalnie dla mnie! A może nawet mój towarzysz. Czyż to nie głupie, że jak go widzę, to przestaję się czuć samotna? A w sercu mam pamięć tej wielkiej Księżycowej Radości, która tak niedawno temu dosłownie mnie zalała.
Ostatnio jakoś mniej czasu poświęcam na bezpośrednie rozmowy z Tatą. Ale nie czuję z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Jakbym wiedziała, że On wie. Że liczy się ten jakiś spokój w sercu i to dziwne poczucie bezpieczeństwa (o Zaufaniu mówić nie śmiem, zbyt grzeszny ze mnie człowiek). Że póki noszę w sercu pamięć o tym, iż księżyc to Jego dar specjalnie dla mnie, to jest między mną a Nim jakieś wyjątkowe porozumienie. Takie, jakiego dawno (a może nigdy) nie było. Niewykluczone, że własne uczucia zwodzą mnie na manowce, bo kto to widział, żeby tak długo zaniedbywać regularną modlitwę! A jednak chcę pozwolić im się prowadzić. Raz dla odmiany posłucham mojego serca.
1.02.2009
zbrodnia Cyrana de Bergerac 2
31.01.2009
zbrodnia Cyrana de Bergerac
26.01.2009
leń?
20.01.2009
odcinek pierwszy
19.01.2009
Klacid Uno
Przez pewien czas zatem będę mało widoczna w realu, spędzając czas w łóżku z moim nowym przyjacielem.
16.01.2009
neostrada to zło
A zatem postanowione: kupuję sobie internet komórkowy, bo mam tej neostrady po dziurki w nosie!
13.01.2009
narozrabiałam
11.01.2009
Księżyc i Dame Joie
9.01.2009
lepiej
Zrobiło się spokojniej. Powierzchnia wody gładsza. Od razu więc widzi się lepiej, mniej mętnie. Pytania o sens pozostają. Pytania o cel i powód. Dlaczego tak? Dlaczego tu? Dlaczego ja? Ale otuchy dodaje spojrzenie wstecz: na tamte czeluście mroku, które już za mną. Skoro tyle przeszłam i wyszłam cało; skoro takie bitwy stoczyłam zwycięsko, to znaczy, że mam więcej siły, niż kiedykolwiek sądziłam. Zrobiłam naprawdę trudne rzeczy. Przeszłam naprawdę długą i ciężką drogę. Mam blizny. Ale żyję i wiem, na co mnie stać. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wciąż nie wiem, na co ta siła. Oto znów pytanie o cel i powód. Na razie musi zostać bez odpowiedzi. Na razie ważne, że oddycham swobodniej.
A dziś nawet na momencik przyszło takie coś. Jakby podobne trochę do Radości. Dawno nie widzianej (o ile w ogóle kiedykolwiek miałam okazję spotkać tę Damę, bo czasem myślę, że to były tylko Jej kiepskie sobowtóry). A teraz przebiegło toto, oko puściło. Jak mały promyk w duszy. Czyżby Obietnica? Nie! Nie chcę tak myśleć. Nie ma obietnic.
No, dobra. Jest jedna. Ważna i wielka. Tak wielka, że ani jej zobaczyć, ani poczuć nie mogę. Wierzę, że prawdziwa, że On naprawdę jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Ale czy czuję się przez to lepiej? Czy wędruje się łatwiej? Nie wiem. Łatwo nie jest. I nie ma być. Tego nie obiecywano. Ani żadnej innej rzeczy z tych, których bym chciała. Wolę więc pamiętać, że obietnic nie ma. Jest tylko droga. I wybory nie do uniknięcia, bo niepodejmowanie wyboru też jest wyborem. I czas, którego coraz mniej.
Ale to dobrze, to bardzo dobrze, że lżej i spokojniej się dryfuje choć przez chwilę.
8.01.2009
był sobie księżyc
5.01.2009
zamarzamy
A tu nic z tego: zagłada i tak grozi, protokół każe wydawać kasę na ochronę środowiska, za plastikowe torebki z Carrefourze trzeba płacić, a jak zamarzaliśmy, tak zamarzamy. Zmieniło się tylko to, że zamarzanie zaczyna się ciut później - bo w styczniu, a nie w grudniu. Napada tego białego świństwa i nawet nie na święta (kiedy - trzeba świństwu przyznać - pewien nastrój toto buduje), ale dopiero od stycznia. A potem leży to białe świństwo do marca (w międzyczasie zmieniając kolor na brudno bury), a mnie szlag trafia. No bo najbardziej, ale to już zupełnie najbardziej, nie cierpię, jak ta parszywa zima budzi się z ręką w nocniku i nagle przyłazi wtedy, gdy człowiek już palce gryzie nie mogąc doczekać się wiosny.
I z takimi ponurymi przemyśleniami marznę sobie w najlepsze nie wiedząc, kogo bardziej nie lubić: zimy, czy ekologów. No bo co w końcu, kurczę blade! (Jak mawiał Mikołajek). Obiecują nam to ocieplenie już tyle lat i obiecują i co?!
30.12.2008
coś się kończy, coś się zaczyna
Ciocia Lucy miała zwyczaj - kładąc się spać - dziękować za wszystko dobre, co ją spotkało. Ja też już niebawem będę się kładła, tymczasem więc mogę pomyśleć o wszystkim dobrym, które się wydarzyło w mijającym roku (choć z jakiejś ogólnej perspektywy rok ten jawi mi się dość ponuro) i spróbować za to podziękować.
Po pierwsze więc dziękuję, że balu napoleońskiego, wbrew mym własnym czarnym przewidywaniom, nie spędziłam w kuchni chlipiąc w ścierkę do naczyń. Po drugie dziękuję za ludzi, którzy byli przy mnie, kiedy było mi naprawdę bardzo rozpaczliwie źle. Zwłaszcza za Samprasaranę. Po trzecie dziękuję za Pigmaliona. Co prawda dłuto boli (z czego artyści nie zawsze zdają sobie sprawę), ale nie da się inaczej uwolnić Galatei z kamiennego więzienia. Dziękuję za determinację, która posłała mnie na nowe ścieżki. Dziękuję za wszystko, co się pokończyło i wyczyściło. I za to, co się zaczyna. Dziękuję za mądrych przewodników na szlaku. Za to, że ci, przed którymi się otwierałam, okazali się dojrzali i kompetentni. Dziękuję za Rzym, za nowych ludzi. Za Miłego Człowieka - to zawsze dodaje życiu ciepła, spotkać kogoś miłego. Dziękuję za nową pracę i nowe horyzonty. Dziękuję za to, że potrafię się jeszcze buntować, że potrafię odchodzić, zrywać to, co krępuje, a jednocześnie nie boję się zadzierzgiwać nowych więzi. I dziękuję za wyjątkowo dużą dawkę poezji, cudzej i mojej własnej, która towarzyszyła mi w tym odchodzącym roku. Dziękuję też za Koziołka Matołka, za Misia Paddingtona i za Muminki. Dziękuję za wszystkie kontredansy i kadryle w Parku Saskim i za szaloną wyprawę do Serocka. Za muzykę - ten najbardziej transcendentny z ludzkich wynalazków. No i wreszcie (niech na koniec będzie trochę autotelicznie) dziękuję za to, że mogę dziękować i że, im dłużej nad tym myślę, tym więcej powodów do dziękowania się pojawia i wychodzi na to, że ten rok może wcale nie był taki zły.
Ale kolejny - niech będzie lepszy.
I tego Nam wszystkim życzę.
28.12.2008
Reverendissimus
26.12.2008
pionierzy żalu
24.12.2008
obyśmy
23.12.2008
z mrocznych zakątków Peru
21.12.2008
Wam, którzy tu wchodzicie
Ale myślę o Was, którzy tu wchodzicie, i chciałabym, naprawdę bym chciała czymś się z Wami podzielić. Teraz będzie patetycznie, więc proszę się odpowiednio nastroić.
Bo też jedyne, co mam do dzielenia, to owe "to, czego nie mam komu dać". I pozostaje mi zaufać ks. Twardowskiemu, że to jest komuś potrzebne.
Nie mogę się dzielić wiarą. Codziennie udaje mi się jej wydrzeć tyle, by mieć na czym przeżyć do następnego dnia. Nadzieją też nie mogę, bo resztki już wyskrobałam we wrześniu. Mam jednak w sobie sporo życzliwości (nie, dużym słowom na "M" dziękujemy, bo się zrobi mdło i megalomańsko). Więcej niż kiedykolwiek. Lubię Was i naprawdę chcę, byście byli szczęśliwi. Co prawda moje chcenie to niezbyt cenny prezent. Ale tym lepiej: możecie go przyjąć, bo niezobowiązujący. Tym więc "voglio bene" dzielę się z Wami, kochani, na te święta i na ten nowy rok.
20.12.2008
niusy
A w odpowiedzi na mój ostatni wpis M powiedziała: "Wiesz, że te święta są tylko po to, by przypominać i dbać o świeżość miłości?" Ha! No to mam temat do rozmyślań na najbliższe dni.
18.12.2008
idą święta
Ale oto moja landlady powiedziała mi dziś, że ubierzemy sobie choinkę. I pomyślałam sobie, że takie ubieranie bez przekonania może się okazać gestem magicznym. Że im więcej wykonam tych czarodziejskich czynności, tym większą stworzę szansę, by przesilenie zimowe dotarło też do mojego serca. Spróbujemy...
15.12.2008
po co
Już kiedyś o tym było, ale teraz mam więcej przemyśleń, wracam więc do tego pytania, zwłaszcza, że mi je wczoraj postawiono.
Blog to prawie pamiętnik. Prawie, a nie zupełnie. Załóżmy, że na początku zasiadałam do bloga jak do pamiętnika. Z myślą, że i tak nikt tego nie przeczyta. Gdyby to był pamiętnik - faktycznie nikt by nie przeczytał, a ja po dwóch tygodniach pisania zaprzestałabym tej czynności. Ale to nie jest pamiętnik, dlatego ktoś przeczytał, ktoś skomentował. I to zachęciło mnie do dalszego pisania. Oczywiście wstępne założenie jest fałszywe. Od początku wiedziałam, że to blog, a nie pamiętnik, i że ktoś może tu wejść i przeczytać. Dlatego pisałam mając przed oczyma jakiegoś "idealnego czytelnika", że się posłużę pojęciem rodem z narratologii. Od początku więc blog daje to, czego nie daje żaden pamiętnik: potencjalność dialogu. Dzięki temu nie tylko chce mi się pisać dalej. Dzięki temu również moje wyrażanie siebie jest niejako otwarte. Nie zasklepia się samo na sobie, nie zwija jak ślimak. Pisząc o sprawach osobistych do zamkniętego pamiętnika nie miałabym tak naprawdę żadnej motywacji, by starać się jasno i czytelnie werbalizować to, co się we mnie dzieje. Wszak jeśli opowiadam to tylko sobie, to wystarczy system skrótów i półsłówek. Kiedy natomiast mam świadomość, że ktoś może zechcieć to przeczytać, dążę do uporządkowania uczuć i rozmyślań. I powstaje z tego coś na kształt obiektywizacji. Jest rzeczą znaną w psychologii, że nazywanie stanów ducha sprzyja ich "oswajaniu". W ten sposób możemy lepiej zdać sobie z nich sprawę. Każda zaś terapia odbywa się w dialogu. Pacjent nie zostaje sam z sobą i nie wykonuje owego wysiłku nazywania poprzez głośne mówienie do siebie, lecz proces nazywania odbywa się w ramach rozmowy. Jest to nazywanie otwarte i właśnie obiektywne. Nazywanie tak, by zostać przez drugiego człowieka zrozumianym. Tak właśnie dzieje się na blogu: świadomość istnienia potencjalnego intelokutora, czy przynajmniej czytelnika, zmusza mnie do opisywania mojego wewnętrznego świata w taki sposób, by był podzielny z innymi.
Kolejny aspekt bloga odkryłam niedawno. Blog to trochę jak pozostawione informacje o tym, "co u mnie". Do podobnych celów używamy opisów na gg czy skypie. Kto zechce może taką notkę przeczytać i już wie, co u nas nowego (w bardziej lub mniej konkretnym wymiarze). Nawet bez spotykania się czy bezpośredniego kontaktowania (trudno przecież z każdym znajomym z osobna kontaktować się codziennie) rozrzucamy jakby ślady naszych fizycznych lub metaforycznych wędrówek. I czasem dostajemy sygnały, że ktoś te nasze notki zbierał, nasze ślady dostrzegł, a może nawet po nich dokądś dotarł. Kiedy mnie to spotyka, czuję, że dzięki blogowi pozostaję w pewnej dyskretnej łączności. Że bliscy mi ludzie pomiędzy wierszami moich wpisów (które wszak są oględne, bo blog jest publiczny) nie tylko wyczytują moje uczucia, ale też odkodowują konkretne zdarzenia i postaci. Nasze blogi tworzą jakby cieniutką, niekrępującą ale jak najbardziej rzeczywistą, sieć wzajemnej życzliwości.
11.12.2008
smutno
Rzeczywiście należałoby to błędne koło w którymś punkcie przerwać. Może na początek zmienię kolorystykę tego bloga i w ogóle jakoś poprawię mu dizajn. W końcu nie ma sensu tonąć w smutku, nawet jeśli ten smutek realnie występuje. Nie smutek mnie, ale ja smutek muszę trzymać na smyczy. Również wczoraj pogawędziłam chwilkę z Anią, która zacytowała mi bardzo szczególny tekst księdza Twardowskiego. I takie między innymi słowa:
zawsze jest komuś potrzebne
Cennym prezentem są takie słowa, gdy walczy się o to, by własny smutek okiełznać.
9.12.2008
kwestia zmiany liter
To prawda, że te słowa powstały do melodii walca wiedeńskiego. Ale czyż można tańczyć TAKIE modlitwy? A już na pewno nie w parze.
7.12.2008
najnowsza Musierowicz
Ale i tak Sprężyna jest dużo lepsza od Czarnej Polewki i od Żaby, w których roiło się od nieprawdopodobieństw nie tylko nieprawdopodobnych, ale na dodatek nieślicznych. No i wreszcie bohater o jakimś NORMALNYM imieniu!
Teraz zmienię nastrój i poczytam Misia Paddingtona. Jak znam życie, wykopię z tej książeczki setkę egzystencjalnych prawd o terapeutycznej wartości.
6.12.2008
o wolności
2.12.2008
literatury dziecięcej ciąg dalszy
Z biegiem czasu coraz więcej mądrości odkrywam w literaturze dziecięcej i dochodzę do wniosku, że tylko ją naprawdę warto czytać. Już się nie mogę doczekać, kiedy mi z Albertusa przyślą Misia Paddingtona. Może Quaestiones Disputatae de Potentia Dei Tomasza z Akwinu mówią strasznie mądre rzeczy o naturze Boga. Ale w niczym mnie nie przybliżają do przeżywania Jego i mojej tajemnicy w głębszy i lepszy sposób. A takie Muminki wręcz przeciwnie. Podobnie jak Koziołek Matołek albo Kubuś Puchatek. Po prostu bohaterowie na moją miarę.
30.11.2008
Samprasaranie się podobało
"W piątek byłam na tej Miodowej;
jak zawsze szłam pod rękę z myślą, że moje życie jest przegwizdane, bo już nie zrobię tego, co pragnę...;
to było dla mnie śmieszne wrażenie: wchodzić do Akademii Teatralnej... Całymi latami patrzyłam na ten budynek jak na zaczarowane miejsce;
w którym można zobaczyć naprawdę ludzi zza rampy;
ludzie teatru zawsze mnie fascynowali i zawsze się czułam takim małym pyłkiem w porównaniu z nimi...;
a teraz tam weszłam, wypożyczyłam bez problemu tę Antygonę, wyszłam stamtąd i popatrzyłam sobie na niebo...;
i nagle sobie pomyślałam, że życie jest tak samo niezmierne jak niebo;
że nawet jeśli pewne rozwiązania są już niemożliwe, bo za późńo, to w niczym nie zmienia to faktu, że nadal ma się przed sobą nieskończoność;
bo jak się coś odejmie od nieskończoności, to ona przecież nadal jest nieskończonością..."
28.11.2008
jak podnieść słupki sondażowe
You are in the candid camera! Don't smile! Trzy dni temu Samprasarana podłączyła niniejszy blog do maszyny obliczającej, ile osób tu zagląda. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, że przedwczoraj odwiedziło nas 26 osób! Ale Samprasarana podłubała w maszynie i dotarła do szczegółowszych informacji o naszych wielce szanownych gościach. Okazało się, że większość trafiła tu z... GOOGLA! Po haśle "nekrofilia"!
Jak zatem widać wypróbowałam na własnym blogu zasadę marketingową o chwytliwych hasłach.
A poza tym dziś po raz drugi w życiu weszłam w mury gmachu, który zawsze był i pozostanie dla mnie magiczny. Mam na myśli Akademię Teatralną na Miodowej. A poszłam tam jako do jedynego miejsca na ziemi, gdzie można dostać polski przekład "Antygony" Anouilha. No bo przecież - mówiłam sobie - ten przekład musi istnieć. Sama kiedyś w teatrze TV (w dawnych czasach, gdy TV była oglądalna) widziałam tę sztukę z młodziutką Szczepkowską (jeszcze zanim została "tą-panią-co-ogłosiła-upadek-komunizmu") i dystyngowanym Łapickim w głównych rolach Antygony i Kreona. Wciąż mam przed oczami to genialne przedstawienie. A skoro grali i to po polsku, to ktoś to musiał przetłumaczyć. I ten tekst gdzieś musi być. No i jest! W bardzo "user friendly" bibliotece Akademii Teatralnej, pod opieką życzliwych i znających się na rzeczy bibliotekarzy. Czuję, że to nie ostatnia moja wizyta w tym magicznym miejscu.
25.11.2008
nekrofilia
Ciekawe, że ta alternatywa (poligamiczny przystojniak contra wierny nieatrakcyjny) dotyczy w równej mierze żywych co martwych facetów...
24.11.2008
Pacanowów wbród!
Bilet lotniczy do Konstantynopola z przesiadką w Zurichu (i 12 godzinami oczekiwania - jeszcze nocny Zurich zwiedzę!) kosztuje niecały tysiąc. Zaczyna mi się to podobać.
23.11.2008
Pacanów OLE!
Swoją drogą do tańczenia flamenco podkowy byłyby w sam raz....
19.11.2008
no to jak z tym Pacanowem?
No tak. Jeśli tak postawić sprawę, to faktycznie frajer z tego koziołka. Zamiast siedzieć na koziej rzyci w Koziej Wólce, wyrusza w świat, żeby dać się podkuć. Po kiego grzyba?
Ponoć inne kozy uznały, że trzeba kogoś wysłać, kto by sprawdził, czy to dobrze mieć podkowy. No i frajer Matołek zgłosił się na ochotnika.
Mamy zatem opowieść o kimś, kto podejmuje się wędrówki do określonego miejsca i w określonym, ale jednak GŁUPIM celu. Na dodatek idzie do tego miejsca drogą wielce - mówiąc bardzo oględnie - okrężną. A jak już tam dochodzi, to okazuje się, że w tym miejscu i tak tego celu (wbrew plotkom) osiągnąć się nie da. I nie wiadomo, czy się cieszyć z tego, że się w końcu doszło do Pacanowa, czy biadać nad tym, że tam nikt kóz nie podkuwa. A może cieszyć się, że nikt kóz nie podkuwa, bo przecież to idiotyzm, żeby koza nosiła podkowy...
Spiętrzenie bezsensowności i paranoi.
Tyle że gdyby nie ten durny nieprawdziwy cel (pierwsza pomyłka), kozioł nie wyruszyłby do Pacanowa, gdzie i tak ten cel jest nieosiągalny, ale on o tym nie wie (druga pomyłka) i nie zabłądziłby do Chin, Ameryki i na księżyc (trzecia pomyłka), a tym samym zamiast zostać Najsłynniejszym Koziołkiem W Literaturze Dziecięcej, byłby całe życie anonimową kozą siedzącą na anonimowej rzyci w anonimowej wólce....
No to w końcu jak z tym Pacanowem?
Może jednak wieszcz miał rację: "w życiu nie ma nic oprócz życia". I nie o podkucie i Pacanów chodzi, ale o to wędrowanie właśnie? O to spiętrzenie bezsensownych paranoidalnych pomyłek, które daje "dokładną sumę niedokładnych danych"?
14.11.2008
wiedźmy i matołki
No nie wiem, nie wiem. Bo oto znów rozmawiam z kimś o jego życiu, o jego uczuciach i jego obawach (nie ze mną oczywiście związanych). I staram się jakoś wesprzeć, dodać otuchy. No jak tak wiedźma zupełnie. I szczerze to robię: chcę, by ludzie, których darzę życzliwością, zdobywali swoje szczyty, budowali swoje szczęścia. Tylko tak między wierszami odzywa się cichutki głosik: "a ja? a co ze mną?"
Może jednak prawdziwa wiedźma nie powinna zadawać tego typu pytań.
Inna rzecz - jak się tak sobie dobrze przyjrzę - to może faktycznie "pretensji do wiedzenia wiele", że sparafrazuję wieszcza (... więc się na pretensjach kończy, a nie kończy się w kościele...). Gdzie mnie do wiedźmy? Do wiedzącej? Czy ja mam jakieś doświadczenie? Pasmo sukcesów? Czy ja mam jakieś nadmierne pokłady otuchy, by ją innym wlewać? Czy ja w ogóle coś o życiu wiem?
Ja przecież matołek jestem, a nie żadna wiedźma...
Ot taki:
"Rzekł do siebie: "Niech wprzód spyta,
Ten, co w drogę się wybiera!"
Więc z powagą wielką wkroczył
Do księgarni Gebethnera.
Tam go pięknie przywitali,
On zaś wszystkim podał łapę
I powiada: "Niech panowie
Jakąś mi pokażą mapę".
Gdy mu wszystko objaśnili,
Kozioł, ucieszony wielce,
Zapamiętał, że iść musi
W stronę, gdzie jest miasto Kielce.
Lecz gdy wyszedł na ulicę,
I gdy ujrzał ludzi mrowie,
Wszystko mu się poplątało
W jego biednej, koziej głowie..."
I w efekcie zamiast w pociąg jadący do Kielc, wsiadł w taki, który jechał do Zakopanego...
I to jest moja historia...
Więc niby jakim cudem matołek miałby być wiedźmą...
Czemu w takim razie życie nawiewa mi ludzi do wysłuchiwania, wspierania, wlewania otuchy?
Nie żebym się skarżyła, broń Boże! Nawiewa mi też takich, którzy wysłuchują, wspierają i wlewają... To nawet zrozumiałe, bo matołki bez takich ludzi daleko by nie zaszły. A już na pewno nie do Pacanowa.
Ale na odwrót? Czyżbym mogła komuś coś dać? Czy może tylko pycha mi takie myśli podsuwa?
A matołek jednak doszedł do Pacanowa. Co prawda nie podkuli go tam, bo okazało się, że to niezupełnie o to chodzi:
"Wtem się zbliża pan profesor
I tak mówi: - "Próżne żale!
W Pacanowie kóz nie kują,
Lecz się Kozy zwą kowale.
Jest tu kowal Maciej Koza,
Jan i Wojciech, dwaj bratowie,
Stąd na świecie powiadają:
Kują Kozy w Pacanowie"
Jęknął kozioł i tak płacze:
"Jakiż to Matołek ze mnie!
Tyle wycierpiałem trudów,
I to wszystko nadaremnie!"
Wtedy jeden stary człowiek
Dłoń na głowie mu położył
I rzekł: -"Po co ci odmiany?
Tak żyj, jak cię Pan Bóg stworzył."
No i chyba nic tu dodać... nic tu ująć...
Ale żeby na odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania znajdować w "Koziołku Matołku"....
4.11.2008
baśniowo
Głupie, prawda? A może jednak nieprawda... Może wcale nie głupie. Albo jeszcze inaczej: może i głupie, ale tak autentyczne, że niemal tożsame z ową małą dziewczynką.
Bo te marzenia wielkie są. Niezmierne tak naprawdę. Nie ma takiego pałacu, takiej sukni (i takich pantofelków - bo nie dość że muszą być śliczne i wygodne do tańczenia, to na dodatek szklane!) i takiego księcia na ziemi. Tu, gdzie wszystko jest ograniczone i przemijające, niemożliwy jest bezbrzeżny zachwyt w cudzych oczach. Tu, gdzie wszystko jest śmiertelne, zawsze kiedyś wybije północ.
Więc może dopiero Tam, gdzie wieczyście trwa ten kwadrans przed dwunastą, będzie i bal i królewskie pałace i Książę z rozkochanym wzrokiem. I może właśnie o to chodzi w tych baśniowych marzeniach. O prawdę najprawdziwszą.
I tylko na jedno liczę, a nawet się tego domagam. Jak już Tam będę szła, to chóry niebieskie mają mi zagrać walca! Czajkowski i Szostakowicz. Ewentualnie Strauss.
3.11.2008
wypatrywanie
A w niej - w tej nicości - ślady nieuchwytne, które uchwycić trzeba. Żeby żyć.
Ślady wiecznej Obecności. Tyle, że ja ich ciągle nie widzę. Ciągle tylko pustka pustką zieje. Nie wiem, jak szukać. Jak wypatrywać. Czuję, że gdybym znalazła, gdyby nicość zaczęła układać się w Oblicze, to wszystko zaczęłoby wyglądać inaczej. I można by wtedy naprawdę własne życie - takie jakie jest - przytulić. Więc może kiedyś jakoś znajdę? I "powołanie do samotności" okaże się mieć sens?
Oby....
2.11.2008
kolej z Werony wciąż za drogo
Co na to Tata?
Tato, zrozum: potrzebuję jakiejś odpowiedzi! Czego mam szukać? Czy pustka i ból to "moja dola", którą mam przyjąć bez szemrania i czekać na lepszy los po Tamtej stronie? Licząc na to, że czas szybko leci, więc wędrówka nie potrwa długo?
Czy mam jednak walczyć o pragnienia serca? I zostać siedemdziesięcioletnią staruszką "pełną nadziei", bo dla Boga nie ma nic niemożliwego?
A może te pragnienia są złe? Może te wszystkie "autorytety", które twierdzą inaczej, się mylą? Może zatem agere contra i na pustynię? Włosienica i brak higieny - czy tymi metodami można zwalczyć tęsknotę za bliskością?
A ta kolej z Werony to chyba na dodatek strajkuje....
22.10.2008
21.10.2008
logiki ciąg dalszy
Nie rozumiem i nie potrafię zrozumieć. Jak można być z kimś blisko, bardzo blisko i to publicznie bardzo blisko, a potem się rozstać i w dwa, trzy tygodnie po rozstaniu zaczynać już być blisko z kimś nowym? Nie potrafię tego pojąć.
Nie rozumiem, jak można za kimś chodzić, "urabiać" go, podrywać i uwodzić, po czym nagle zainteresować się kimś innym i nawet nie mieć wyrzutów sumienia? Tego też pojąć nie umiem.
Tata powiedział: "Wydaj za mąż córkę, a dokonasz wielkiego dzieła,
ale daj ją mądremu mężowi" (Syr 7).
I tak sobie myślę, że może Tata jest bezradny, bo nie ma już nigdzie mądrych facetów?
17.10.2008
szukając logiki
Wszak człowiek by być Z kimś, musi najpierw sam BYĆ. Mieć własnego bycia mocną niezachwianą świadomość. Nie tylko świadomość faktu bycia, ale również świadomość natury i jakości swego bycia. Jak się tego nie ma, to się nie jest. Albo się jest na pół gwizdka. A takie półgwizdkowe bycie nie może z drugim byciem stworzyć wspólnego BYCIA Z.
I to jest o mnie opowieść. Opowieść o półgwizdku. Może i półgłówku przy okazji? Pytanie, czy to się da wyleczyć, już przerabiałam. Ponoć się daje. Na ogół. Ale chyba już i tak za późno, by owo leczenie przyniosło jakieś konkretne zmiany. Za późno. Przyjdzie się z półprzegwizdanym życiem borykać jeszcze lat ileś. Do wyczekanego końca...
15.10.2008
wszechniepasowanie
14.10.2008
zapis choroby
A ponieważ jestem "na głodzie", ta tematyka odzywa się we mnie wielokrotnym echem.
W przeciwieństwie do tekściarza-dealera, Tata odpowiedział zupełnie inaczej na uświadomiony przeze mnie głód relacji.
Tego samego dnia, gdy pisałam posta o brakach, czytania mszalne mówiły o uczcie. A ojciec Kubiak na Freta wspomniał w kazaniu o "duchowej anoreksji". O tym, że umieramy z głodu siedząc przy uginającym się od potraw stole. A wystarczy tylko się do tego głodu przyznać i wyciągnąć rękę. Wystarczy prosić. Zgodzić się przyjmować zamiast ciągle chcieć tylko dawać.
Przyznaję się więc i wyciągam rękę. Czy coś w tę wyciągniętą dłoń wpadnie?
Tato?
12.10.2008
braki
Myślę o tym, że człowiek pozbawiony na przykład poczucia bezpieczeństwa wykonuje różne "ruchy" i podejmuje decyzje nacechowane niezbornością. Obserwuję to sama na sobie, jak dalece moje braki powodują moimi poczynaniami. Głód też jest skutkiem braku i jako taki wpływa na ludzkie postępowanie. Człowiek głodny (odczuwający brak jedzenia) nie postępuje tak jak człowiek syty. Robi co prawda to, co ma robić, ale wszystkiemu, co robi, towarzyszy podskórny głód. Można o nim zapomnieć, ale tylko do czasu. Nadejdzie moment, gdy głód weźmie górę i najpierw zacznie zakłócać, a w końcu uniemożliwi skutecznie robienie czegokolwiek.
Z brakiem relacji i z głodem miłości jest dokładnie tak samo jak z fizycznym wybrakowaniem i z niedożywieniem.
Nie sposób wówczas poruszać się i postępować w życiu mądrze, dojrzale i "zbornie". Co gorsza niezborność ruchów wywołana takim brakiem i takim głodem jest doprawdy irytująca. Nie potrafię sama u siebie jej zaakceptować. I wciąż się zastanawiam, co na to Tata? Czy zechce ułatwić mi "zborne" funkcjonowanie uzupełniając braki i sycąc głód? W jakikolwiek sposób? Czy zechce coś z tym zrobić?
6.10.2008
radar
1.10.2008
było sobie Miasto
Właśnie stamtąd wróciłam. Z lata prosto w jesień. Szarą i chłodną. Z nierzeczywistości i zupełnie odlotowej fantastyczności (której nie zdołał nawet zmniejszyć fakt, że w Mieście na każdym kroku próbują człowieka okraść) w codzienny konkret. W setki niecierpiących zwłoki spraw. W czas tak ciasny, że nie ma w nim chwili na nocne przesiadywanie na schodach hiszpańskich przy winie z kartonu; nie ma w nim chwili na zagapienia, zapatrzenia, zamarzenia.
Czas w Mieście płata figle. Wśród wszechobecnej aeternitas łatwo stracić rachubę własnych lat i poczuć się dużo młodziej. Niebezpiecznie młodo do utraty głowy. Albo dużo starzej. I jednocześnie nie mieć na nic czasu. Czas Miasta ma własny rytm, co łatwo było dostrzec na znakomitej większości zegarów, z których każdy zatrzymał się na innej godzinie. W Mieście nie da się żyć. To Miasto żyje w tobie. I za ciebie. Bierze cię w posiadanie i musisz do niego wrócić, nawet gdy nie wrzuciłeś monety do fontanny di trevi. Nie należy jednak sądzić, że w Mieście jest zawsze miło. Bynajmniej. Zresztą gdyby było zawsze miło, to nie chciałoby się tam wcale wracać. Miasto bywa wredne i parszywe. Najbardziej wredni i parszywi są mieszkańcy Miasta. Miasto utrudnia ci wszystko, co dotychczas wydawało się łatwe. Z drugiej jednak strony ułatwia rzeczy, które gdzie indziej są po prostu niemożliwe.
Piszę enigmatycznie? No pewnie! Kto chce wiedzieć więcej, niech się przejdzie samowtór po nocnych ulicach Miasta z tanim winem w ręku.
17.09.2008
wypadałoby
Ostatni, pierwszy. Koniec i początek. Jak mawiał mistrz Sapkowski: "coś się kończy, coś się zaczyna". Skończyły mi się Siedlce. Nie będzie już jazd busami z Ronda Wiatraczna. Nie będzie udawania historyka, którym nie jestem. Teraz zagnieżdżę się w lesie. Bielańskim. Czyli na tak zwanym "Uksfordzie", na wydziale humanistycznym, w instytucie polonistyki, na kierunku "kulturoznawstwo".
Ale przedtem: Rzym. Ostatnie chwile dogrzewania przed zimą.
Wśród różnych końców odnotowuję z pewną satysfakcją koniec ostatnich powikłań po przykrej dolegliwości zwanej fachowo amor furiosus. Natura przemogła chorobę.
Z pomocą homeopatii. Nigdy nie wierzyłam w tę metodę, ale tym razem, na tę chorobę akurat okazała się całkiem skuteczna. Czytelnikom przypomnę, że zasadą homeopatii jest: "co zaszkodziło, to też pomoże". Czasem działa, mówię Wam!
A poza tym w ostatnich dniach zajmowałam się ankietowaniem wśród krewnych i znajomych królika na temat podrywania i czucia się podrywanym/ną. Zadziwiająca jednomyślność znakomitej większości respondentów wprawiła mnie zaiste w dobry humor.
I na tym poprzestanę na razie. Następny wpis może już z Italii.
7.09.2008
wrzesień
Życie jest większe i bardziej niesamowite od powieści (a już zwłaszcza od dziewiętnastowiecznych romansideł). Dzieją się w nim sprawy naprawdę ważne i doniosłe, sprawy o wymiarze wiecznym i transcendentnym. W ich obliczu te śmieszne opowiastki o chorych i nieszczęśliwych zakochaniach, o koślawych i kłamliwych relacjach wyglądają dość groteskowo. Najwyższa pora wyjść z zakurzonych kulis wewnętrznego teatrzyku w prawdziwy świat.
6.09.2008
JESZCZE O MIŁOŚCI ROMANTYCZNEJ
Czy to z jakiegoś nadmiernego rozczytania w literaturze romantycznej bierze się u mnie to, że permanentnie zakochuję się w facetach, którzy mnie kochać nie mogą, nie będą i nie chcą? Czyżbym szóstym zmysłem wyczuwała w nich jakiś rodzaj niechęci do mnie, który sprawia, że taki właśnie facet (jako znakomity kandydat do odegrania roli w kolejnej romantycznej i ex definitione nieszczęśliwej miłości) staje się automatycznie obiektem moich westchnień? Nie muszę dodawać, że im więcej wzdycham, tym bardziej delikwent się oddala i z czasem cała narracja zaczyna przypominać Sen Nocy Letniej z nieszczęśliwymi kochankami goniącymi obiekty swych nieodwzajemnionych uczuć. Szkoda, że nie umiem pisać powieści.... Choć z drugiej strony w dzisiejszych czasach modny jest stereotyp holiłudzki z obowiązkowym happy-endem, a nie model romantyczny. Czy to kolejny dowód na to, że nie pasuję do mojej epoki?
1.09.2008
rosyjski romans part two
Wielce ciekawy temat. Głównie w perspektywie mojej własnej introspekcji. O ile bowiem żywię dość solidne przekonanie, że zakochiwanie się na zabój jest .... zabójcze właśnie, o tyle zaczynam sama siebie podejrzewać, że ja to chyba inaczej nie potrafię.
Z uporem godnym lepszej sprawy zakochuję się na ślepo, na zabój i na dodatek nieszczęśliwie. I jakoś wyrozumowany ideał spokojnego rozsądnego zakochania w porządnym człowieku, który będzie potrafił na moje uczucia odpowiedzieć odpowiedzialnie, jest i - jak przeczuwam - pozostanie dla mnie niedościgły.
Święta Tereska miała taką tezę na temat własnego powołania. Twierdziła, że z jej uczuciowością spaliłaby się w ludzkiej miłości jak ćma w płomieniu lampy. Że nie umiałaby "zarządzać" tym uczuciem roztropnie. Czyżby ona też była z gatunku "heroin rosyjskich romansów" ?? Najwyraźniej!
Dla Tereski odkrycie to stanowiło potwierdzenie jej własnej drogi życiowej: Bóg zaprosił ją do życia dla Miłości po to właśnie, by nie zginęła w ogniu ludzkiego, niedoskonałego kochania. Z pewnością oceniała słusznie, bo też droga ta zaprowadziła ją do świętości.
Ale to była ona a ja nie jestem nią. Bycie typem heroiny rosyjskich romansów wcale nie jest dla mnie potwierdzeniem, że powinnam szukać szczęścia w zakonie. Wręcz przeciwnie.
Tak sobie jednak myślę, że te moje nieszczęśliwe zakochania na ślepo i na zabój to jakieś prawo narratologiczne: zgodnie ze wszystkimi regułami gatunku heroina rosyjskiego romansu dziewiętnastowiecznego nie może się zakochać szczęśliwie. Po prostu nie może. Nie może też dożyć późnej starości. Powinna umrzeć młodo i na suchoty, a niewdzięczny kochanek powinien przy jej łożu śmierci odkryć, że kochał ją wszak do szaleństwa, ale sam tego nie wiedział. A wszystkiemu powinien towarzyszyć wzruszający podkład muzyczny z przewagą wiolonczeli.
Niestety, nie znam żadnych wiolonczelistów. A to pech :(
30.08.2008
rosyjski romans
Może właśnie dlatego tak mnie wkurzała Natasza Rostow, że o Kareninie już nie wspomnę. Czyżbym przeczuwała w tych kobietach siebie? Uzależnienie emocjonalne, które wiąże je do kochanka z siłą, jakiej nic się nie oprze - to tak żałosne i tak głupie. Kobiety niewolnice zapominające o wszystkim, w całości oddane mężczyźnie, który na to nie zasługuje. Bo żadna wszak istota ludzka nie ma takich praw nad drugą ludzką istotą. Takie prawo ma tylko Bóg, a i On z niego nie korzysta.
Ciekawe, że te Natasze i te Kareniny zawsze pogrążają się w mężczyznach niedojrzałych, nieodpowiedzialnych i ekstremalnie wręcz egoistycznych. Oczywiście psychologia dawno już odnotowała ten mechanizm. Ale nawet gdyby trafiały na facetów, których dojrzałość, odpowiedzialność i egoizm nie odstają od średniej krajowej - takich zwyczajnych sobie, nieszczególnie złych facetów - niewolnicze oddanie tych kobiet uczyni łajdakiem każdego mężczyznę. No bo jak tu nie korzystać z praw Pana, kiedy ktoś się tak dalece zapomina w swej uległości?
Nieprzyjemna jest myśl, że może mam coś z tych rosyjskich ofiar miłości; że byle palant (jak jakiś Anatol czy inny Wroński) mógłby mnie właściwie uwieść w rekordowym tempie. A może właśnie żaden palant nie próbuje, bo nawet palanta zniechęci poprzeczka umieszczona zbyt nisko?
Nie, nie przesadzajmy. Nie ma tak nisko umieszczonej poprzeczki, żeby się jakiś leniwy palant na nią nie połasił. Choćby z nudów, choćby po to, by się rozerwać przez godzinkę. Ludzie z nudów przecież nawet "Metro" czytają! Więc nie przesadzajmy....
Tak naprawdę to myślę, że Bóg mnie chroni przed palantami. Między innymi przez to, że dał mi żyć pod koniec XX wieku, a nie w dziewiętnastowiecznej Rosji. I chwała Mu za to!
29.08.2008
deszczowy piątek
W realu, na gadzie, na skypie. Dłuższe i krótsze, wesołe i przykre. Czasem trudne.
Porozumienia i nieporozumienia.
Ale nawet te ostatnie mają jakiś głębszy sens. Kiedy nagle się okazuje, że jednak się nie dogadujemy. Że mówiąc w tym samym języku o tym samym i używając tych samych słów na opisanie tej samej sytuacji rozumiemy i czujemy coś innego. Bo każde z nas zapatrzone jest we własny ból. Jałowość takiego dzielenia się jest frustrująca. Żenująca. Irytująca. Przykra.
Bo przecież się otwieram - wydawałoby się - do dna. Ujawniam sprawy niełatwe, nawet wstydliwe i bolesne. Ujawniam, bo nie mogę ich już w sobie pomieścić, taić, ukrywać.
Po co zresztą taić? Po co stroić miny, unosić się honorem, odgrywać jakiś teatr? Jest, jak jest i lepiej o tym mówić. Zwłaszcza komuś, do kogo się ma zaufanie.
Ujawniam zatem i liczę, że będę zrozumiana. Że zaufanie nie zawiedzie, że będzie można wchodzić w głębsze jeszcze porozumienie.
A tu - nic z tego. Bo opowiadając o własnym bólu trafiam w ból cudzy. Reakcją jest zamknięcie, po czym wysłuchuję grzecznie i pokornie wymówek i pouczeń. Niezbyt to miłe, ale o dziwo humorystyczne!
Widzę w tym rękę Taty. Z czułością i wyrozumiałością pokazuje mi granice ludzkiego porozumienia. Mój ruch teraz: czy zechcę to uznać?
Tak, Tato. Uznaję. Uznaję naszą ludzką kruchość i ograniczoność. I to, że nigdy nikt nie pojmie mnie do dna. Że są obszary samotności zarezerwowane tylko dla Ciebie. Żaden człowiek tam nie dotrze, bo żaden nie ma tyle siły, odwagi i miłości.
20.08.2008
Z MAKUSZYŃSKIEGO
"W tej chwili księżyc ucałował jej głowinę, bo musiał iść dalej. Ona patrzyła za nim jak ktoś, co stoi na brzegu wielkiego morza i żegna spojrzeniem srebrną łódź, co pod żaglem białej chmury płynie na kraniec świata. Ale ten, co odpływa, zostawił jej srebrną okruszynę mądrości o ludzkiej tęsknoci za tym, co jest piękne i mieszka na wysokościach, i zostawił jej duże srebrne łzy, szczęśliwe, dobre łzy, co ciężko spływają jej po twarzy. Nikt nie wie, gdzie jest źródło takich łez."
19.08.2008
ILUZORYCZNY POSTĘP I SAMOOSZUKIWANIE
A przecież czasem, no kurczę, wrażenie zmian jest tak silne. I nawet ludzie wokoło mówią: "zmienia się". A potem przebudzenie. I żadnych zmian. I życie w martwym punkcie.
Skąd ta zdolność do samooszukiwania? Czy z obawy przed prawdą? Prawdą, że nic nie mogę, że nikogo nie zbawię, że nie pomogę ani innym ani sobie? Czy trzeba również w tym osiągnąć dno i z dna zawyć o ratunek? Ale przecież wydawało mi się, że coś z tego już było... A może osiąganie dna i wołanie o ratunek to kolejna seria deja vu? Która się dopiero po tamtej stronie skończy?
16.08.2008
Gorzej z szukaniem piękna we własnym życiu. No i z tym, że już zupełnie nie wiadomo, kogo winić za jego brak. Jakoś nie mam serca, by winić Tatę, bo przecież tyle wysiłku włożyłam i nadal wkładam w to, by wierzyć, że On mi dobrze życzy. A może nie ma sensu szukać winnych. Po prostu czasem "tak się życie układa". Bezosobowo.
Zwrócono mi uwagę, że ostatnio znów wpadłam w kanał zbędnego rozdyskutowania. No fakt. To objaw "starego człowieka". Z braku bodźców tektonika serca nie daje o sobie znać żadnymi wstrząsami i znów zaczynam zastygać. Z braku sytuacji lakrymogennych robię się wysuszona, a objawem tego jest ucieczka w wirtualne polemiki. Z tego wniosek, że muszę sobie znów popłakać.... najprościej to zrobić czytając Makuszyńskiego :) Na przykład:
"Serce można znaleźć wszędzie. Serca ludzkie kwitną jak bezpańskie kwiaty na łąkach. Miłość ludzka unosi się w powietrzu. Przyjaźń prosi słodkim głosem, by ją wziąć i przycisnąć do piersi. Musi jednak to być zamiana uczciwa: serce za serce, miłość za miłość, przyjaźń za przyjaźń."
12.08.2008
No i to wszystko jeszcze z olimpiadą w tle. I w Chinach.
Świat potępia i śle noty dyplomatyczne. Ale nie ROBI nic. Cały świat jest bezsilny wobec rosyjskiej i chińskiej ANTYDEMOKRACJI. Bo przecież Chiny to nie tylko problem Tybetu. To problem systematycznego gwałcenia elementarnych praw człowieka.
Kraj o największej powierzchni i kraj o największym zaludnieniu kpią sobie jawnie ze wszystkich naszych demokratycznych wielkich słówek.
Czy to nie jest najlepszy dowód słabości demokracji? My tu sobie monarchię i feudalizm uważamy za mity przeszłości, ale tak naprawdę to właśnie absolutyzm i feudalizm (w ciekawym połączeniu) ewidentnie kładą naszą demokrację na łopatki!
Co będzie dalej?
Patrząc na Putina tracę z oczu prawdę, że to Tata jest Panem Historii. Najwyższy czas się nawracać!
6.08.2008
A przecież mamy sierpień i tłumy pielgrzymów wędrują na Jasną Górę. Mokną i marzną biedacy. Choć pamiętam, że jako dziecko zdecydowanie wolałam na pielgrzymce deszcz niż upał. Zwłaszcza gdy się przechodziło przez pustynny odcinek od Nowego Miasta do Różanny (Różannej?). Ci, którzy wyszli dziś, będą tamtędy szli pojutrze.
Ja tymczasem dostałam radę, by z prostotą pytać Tatę: "co chcesz, bym zrobiła?". Pytam więc. Co chcesz, bym zrobiła, Tato? Kim chcesz, bym była? Czym chcesz, bym wypełniła moje życie? Ta kłoda drewna, która przede mną leży, czym ma się stać? Mam pytać i czekać na odpowiedź. I pytać i czekać. Spróbuję.
A kolejne dnie płyną sobie niby to leniwie. Jakby się nigdzie nie spieszyły, wolniutko. Ale to pozory, bo wystarczy na moment spuścić je z oka, a one już znikają za horyzontem i czasu robi się mało, oj mało, a tłumaczenie książki o czytaniu rękopisów leży odłogiem i sumienie zaczyna mnie gryźć. Ale to dobre gryzienie. Doskonale mi znane i wiem, jak sobie z nim poradzić. Czuję, że znów znalazłam się w oswojonym świecie, gdzie każda reakcja mojego organizmu jest łatwa do kontrolowania. Z pamięci trochę odchodzą dni totalnego zamętu. Powoli wraca jakiś spokój. Trzeba się nim nasycić, nacieszyć, wykorzystać go maksymalnie (głównie do tego, by jednak posunąć naprzód tłumaczenie), bo już niedługo spokój pryśnie, gdy zamęt znów powróci. A może tym razem nie? Może uda mi się tak serdecznie ów spokój ogarnąć, wchłonąć w siebie, że żadne zewnętrzne zmiany konfiguracji, żadne powroty, nie zdołają już nim wstrząsnąć?
Nie wiem, czy mogę na to liczyć. Tak naprawdę nie wiem nawet, czy powinnam do tego dążyć, patrząc na całkiem pozytywne owoce dotychczasowych wstrząsów.
Myślę, że to też - tektonikę mojego serca - muszę powierzyć Tacie. Jeśli chce, by kolejne trzęsienia prowadziły do odsłaniania się nowych warstw kardiologicznych, niech tak będzie. Wiem na pewno, że to, czego Tata nie chce, to kolejna epoka lodowcowa. I chwała Mu za to.
2.08.2008
Mnie też to pytanie nurtuje, zwłaszcza gdy na ślubie (a śpiewałam dziś na jednym) słyszę słowa: "nie opuszczę Cię aż do śmierci". Miłość i śmierć się splatają w jednym obrzędzie.
A ja niekiedy naprawdę tęsknię za tą chwilą, kiedy nadejdzie kres spragnionego osamotnienia.
Kiedy jawa przestanie tak strasznie boleć.
Wtedy ze łzami będę mogła wtulić się w ramiona Taty rzeczywiście a nie tylko przez wiarę.
Po pierwszej od pewnego czasu nocy spędzonej we własnym łóżku - które niedługo zresztą nie będzie już moim - i ze świadomością, że jeszcze trochę kolejnych nocy tu spędzę, witam się z Tobą porannie. Towarzyszy temu witaniu zwykły poranny smuteczek, który okazuje się nieodłącznym towarzyszem. Ilekroć przychodzi mi wyjść ze snu - który, nawet jeśli niezbyt przyjemny, ma jednak oniryczną nierealność - i przejść do jawy, która w najlepszych nawet okolicznościach boli, smuteczek jest już pod ręką. Gotów wraz ze mną przeżywać tę jawę i zaproponować mi, gdy będzie bolało za bardzo, łzy jako pigułki przeciwbólowe.
Odkąd rozmawiam z Tatą coś w moim życiu jest inaczej. Niby nic się nie zmieniło, wciąż ta sama sceneria do tej samej gorzkiej groteski, ale jednak inaczej. Przede wszystkim dlatego, że mam się u kogo wypłakać. Tak się skulić i łkać pamiętając, że Tata przytula. To jest zupełna nowość.
Dziś przede mną napięty program dnia i duże szanse, że nie raz sięgnę po moje pigułki przeciwbólowe. Jak to dobrze Tato, że dałeś nam łzy!