1.04.2009

oryginalnie

Napiszmy to jak w oryginale:
"I wish you wouldn't keep appearing and vanishing so suddenly: you make one quite giddy."
"All right" said the Cat; and this time it vanished quite slowly, beginning with the tail, and ending with the grin, which remained some time after the rest of it had gone.
"Well! I've often seen a cat without a grin," thought Alice; "but a grin without a cat! It's the most curious thing I ever saw in all my life!"
Zamieszczony w poprzednim wpisie przekład nie jest - jak widać - wierny. Ale jest piękny i pochodzi z płyty. Dużej czarnej płyty, którą jako dziecko słuchałam do upadłego. Wczoraj na Urodzinach wspominaliśmy tę płytę i inne elementy naszego dzieciństwa. Poskutkowało tym, że sięgnęłam do książki Carrolla. Do płyty już nie mogę, bo nie mam odtwarzacza analogów.

30.03.2009

uśmiech bez kota

"Widywałam już koty bez uśmiechu, ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu" powiedziała Alicja, gdy Cheshire Cat zniknął pozostawiając tylko swój uśmiech zawieszony jak księżyc w gałęziach drzew.
Każdy taki księżyc - taki jak dzisiejszy - kojarzy mi się z tą sceną. Mamy więc księżyc, uśmiech i kota - trzy cuda stworzenia. Absolutna magia, absolutna czułość, miękkość i ciepło. Niebo bez księżyca, dom bez kota, twarz bez uśmiechu tyle tracą!

27.03.2009

na humorek

Jak kto wrażliwy na piękno polskiej mowy, lepiej niech nie zagląda. Ja zajrzałam i nawet nie sądziłam, że coś mi może tak szybko humor poprawić:
http://www.wykop.pl/ramka/73832/ile-kupic-kwiatow-dziewczynie
Nie z myślą o poprawie humoru zaglądałam albowiem, ale na fali irytacji.
No bo co to za pomysł, żeby MNIE facet pytał, ile ma kwiatów dać kobiecie! A skąd ja mam niby wiedzieć takie rzeczy? Czy mnie ktoś kwiaty daje?
Nie no... dobra. Czasem się trafi. Na urodziny na przykład. Albo na dzień kobiet - od mojego szarmanckiego kuzyna Grzegorza. Ale, jak się wszyscy domyślają, nie o urodziny i nie o dzień kobiet idzie. Wujek Gógiel na pytanie o liczbę kwiatów wyrzucił między innymi powyższy link. Normalnie boki zrywać. Na początku przynajmniej, bo dalej to już zwykła wulgarna sieczka bez treści.
Zachwyciła mnie zwłaszcza rada: "chryzantemy w doniczce najlepiej z szarfą".
To jest kolejny rodzaj kwiatków, na które mam jeszcze szansę się załapać.

25.03.2009

Dzisiejsza Środa była zaskakująca. Głównie pogodą. Te przejścia z chłodu w ciepło, ze śnieżnej zadymki w wiosenne światło; to szaleństwo szarości i złota nad rzeką; te płaty śniegu na kopułach cerkwi osłonecznionej wręcz teatralnie. Obrazy były tak piękne, że chwilami dochodziły do granic dobrego smaku. Gdyby to było malarstwo, a nie natura, można by wręcz mówić o kiczu. Środa zaskoczyła też przypadkowymi, a wielce miłymi spotkaniami i mnóstwem cennych słów. Ciepłem spojrzeń i uśmiechów. Praskie rozmowy - jak zwykle - owocne.
Dziękuję Ci, Tato, że w mym życiu pojawiły się Środy.

23.03.2009

bez tytułu

są sny nierealne
czasem śnią się nawet na jawie
nierealnie romantyczne
marzenia prosto od wróżki
błyszczą zachęcająco
droższe tym bardziej,
że chce się, by były cenne
unikalne
i wartościowe
potrzeba wtedy eksperta
Rzeczoznawcy idei,
bo co, jeśli się nie opłaci
wymienić na tombak marzeń
solidnego kruszcu
który jest?

21.03.2009

plany

Skończyć transkrypcję Maurycego; przepisać Robsona; zrobić tabelę uwzględniającą "translation shifts"; zeskanować Małgorzatę w obu wersjach, poprawić i zrobić tabelę; znaleźć Bernarda w wersji francuskiej; zeskanować lub przepisać, zrobić tabelę; wybrać narzędzie do analizy; napisać.

W tak zwanym międzyczasie znaleźć chwilkę na tłumaczenie, na uczenie, na byczenie.

No i mieć coś do sprawozdań. Poszukać wydawcy dla tekstu o Małgorzacie. Napisać coś do SŹ, przygotować indeks kodykologiczny.
Ufff.

19.03.2009

święty kobiet

Ten Józef to ma zakobiecone! Wszystkie dziś o nim. Niektóre już nawet wczoraj zaczynały. A ja przez cały dzień próbuję go wyminąć bokiem. Choć to przecież mój ulubiony święty. No ale jakoś nie mogę. I głupio i smutno, ale jak tu się modlić bez wiary? No bo tak strasznie nie chcę znów się poczuć wystrychnięta na dudka. Wolę odpuścić. Ręką machnąć. Przecież to i tak nic nie da. Przecież to już za mną i nie dla mnie. Widać nie dano. Wolę odpuścić niż zaryzykować ten ból, jaki rodzi się we mnie, gdy słyszę (chyba nie trzeba mówić, czyj głos): "no i widzisz? i po co Ci to było? znów Cię zrobili w bambuko."

No więc, Józefie drogi, mój ulubiony święty! Może ja Ci po prostu złożę serdeczne życzenia imieninowe. Łzami pisane. Niech Cię dalej te kobiety hołubią, boś sobie zasłużył. A Ty mnie przytul czasem i uśmiechnij się do mnie księżycem.

obrazek prawie geometryczny

nocny podmuch
pod nieba czarnym lodem
linie nagich drzew
wiatrem w gałęziach roztańczone
ukośnie

mrozu czystość żarliwa
wypala
wycisza
wytrawia

w tak jasnej perspektywie nocy
droga się ściele gładko
ufnie i trwale
ziemia wytraca obroty zawroty
głowy
przed nami prosty horyzont
prosty jak nasze sprawy

i tylko westchnienia wirują
obłoczkami krętymi
zażenowane
w trzeźwym powietrzu

16.03.2009

odpowiadam na zarzut

"Zabawa w poligon" nie jest głosem w dyskusji. "Obrazki" nie służą dowodzeniu ani uargumentowaniu tezy. Uważam bowiem, że pewne tezy nie potrzebują dowodów. Ich prawdziwości dowodzi samo życie. Codziennie i w dużych ilościach. "Obrazki" - jak sama nazwa wskazuje - miały ilustrować. Że dobór obrazków mógłby być trafniejszy? Z pewnością. Takich obrazków są wszak miliony. Ale mnie się akurat wczoraj trafiły te, te więc zapisałam w moim "dzienniczku impresji".

zabawa w poligon

Obrazek pierwszy:
Pod indyjskim słońcem powiewają barwne sari. Ale noszące je kobiety nie spacerują z dziećmi po ogrodach. Tylko wydobywają kilofami kamienne bloki do budowy domów. Bloki, które później zanoszą do siebie na głowie. Ich dzieci spędzają dnie siedząc w kamieniołomach umorusane pyłem. W tym czasie mężczyźni są w barze, albo na przyjęciu zaręczynowym, na którym nie ma żadnych kobiet, bo "u nas się kobiet na przyjęcia nie zaprasza."

Obrazek drugi:
Dwie kobiety w mieszkaniu do remontu rozkręcają i zakręcają śruby, przenoszą ciężkie przedmioty. W tym samym czasie grupa facetów poszukuje swej męskości na survivalowej wyprawie w Puszczy Kampinoskiej.

Obrazek trzeci:
W samotnej, wichurami smaganej latarni morskiej, potwornie pustej i szarej, umysł Mamy Muminka zaczyna dryfować. Mama staje się nieobecna, odchodzi we własny świat, zamyka się we wspomnieniach. Nie ma jej. Muminek zawiera niepokojące znajomości i nie ma nikogo, z kim mógłby się podzielić swymi odkryciami. Dach latarni morskiej przecieka i w izbie trzeba ustawiać kolejne garnki. W tym samym czasie Tata Muminka pisze pracę naukową o tym, czy morze podlega jakimś prawom.

Ostatnio dużo mówiono i pisano o tym, że w dzisiejszym świecie mężczyźni zniewieścieli, że zatracili swe męstwo, tak przecież potrzebne w wojnie, która ogarnia świat. To prawda. Wyciągnięto stąd jednak zupełnie mylny wniosek, że tym, co należy facetom przywrócić, jest siła i odwaga, i że najlepiej im zrobi solidny trening kondycyjny.
Tymczasem od początku świata zawsze jest to samo: mężczyźni są silni i dzielni. Potrafią toczyć bitwy i je wygrywać. Ale nie potrafią dostrzec, gdzie jest prawdziwy front. Dają się podejść Nieprzyjacielowi, którego najlepszą metodą jest po prostu dywersja i podsuwanie Wojownikom złudnych celów strategicznych.

Sporo napisano o tym, że, gdy Wąż kusił Ewę, Adam był nieobecny. Ale czy ktoś się zastanowił, gdzie on wówczas był?
To proste: uprawiał survival w pobliskim lesie, w przewidywaniu wyimaginowanych bitew i niebezpieczeństw.

14.03.2009

Dumezil

"On jest zakręcony" - powiedział Wścieklecichawoda o jednym Mediewiście. Nie przeraził mnie, bo wszyscy w IH są zakręceni. To najbardziej zakręcony instytut, jaki znam. Nieprzerażona poszłam zatem na piątkowe seminarium, na którym było paru "Rzymian" z via Cairioli i okolic. Na seminarium czyta się w zasadzie Miracula Sancti Columbani, ale tym razem była dygresja. Zawarłam przy tej okazji znajomość z pewnym "świętym psem", który - jak wierzyły w XIII wieku wieśniaczki z diecezji lyońskiej - przywracał zdrowie niemowlętom. Rytuał przywracania zdrowia był tak ekstremalny, że niemało niemowląt traciło przy tej okazji życie, ale te, co przetrwały, faktycznie musiały wyrastać na krzepkich ludzi. Pies nosił wdzięczne imię Ginefort. Niestety, kult ten nie przypadł do gustu Stefanowi de Bourbon OP, który ostro się z nim rozprawił, jak sam pisze. Czytanie takich opowiastek dało asumpt do dość daleko posuniętych rozważań w duchu dumezilowskim. Wtedy też pomyślałam o tym, co powiedział Wścieklecichawoda i pomyślałam, że Mediewista nie jest zakręcony. Jest dumezilistą. Pomyślałam również, że ja dumezilistką nigdy nie zostanę.
Czytanie Stefana de Bourbon dało mi też asumpt do poszukania w du Cange'u definicji canis leporarius. Przy tej okazji dowiedziałam się, jak się mówi po łacinie "tresowany pies": canis doctus.
Tyle zabawy w ramach jednego seminarium!

13.03.2009

o Paszczakach i Kunktatorach

No i stanęło na tym, że Organizatorzy, przynajmniej niektórzy, nie będą już organizować Urodzin. Bo nam się znudziło. Bo chcemy wreszcie być zabawiani a nie zabawiać. Co nie znaczy, że w ogóle przestaniemy organizować i urządzać. O nie, nie my, Paszczaki. Bale będą nadal. Teraz pora, by się rozejrzeć za sukniami na stelażach. Barokowych.
A dziś rano obudziłam się w porę, ale nie chciało mi się wychodzić z łóżka. Już w duchu machnęłam ręką na planowane spotkanie z Z., ale gdy po pewnym czasie wygrzewania się w pościeli stwierdziłam, że wciąż jeszcze nie ma ósmej, wstałam jednak i udałam się na drugi brzeg rzeki przekonana, że już za późno i nic z tego nie wyjdzie. A tu proszę: wolne miejsce, jakby specjalnie na mnie czekało. I mogłam porozmawiać z Z. i zastanawiać się potem, czemu nie zrobiłam tego wcześniej. Dlaczego realizację najbardziej zbawiennych planów tak bardzo zawsze odwlekam. Teraz znów doznałam otuchy, jakiej potrzebowałam od tak dawna. Była na wyciągnięcie ręki, ale ja ociągałam się z korzystaniem. Kunktator ze mnie. Paszczak Kunktator.

8.03.2009

co dobrego

Ostatnio Wścieklecichawoda pyta mnie regularnie przez skype'a: "co dobrego?" Zmusza mnie w ten sposób do zastanowienia się, co w tym akurat momencie jest dobre. Czego dobrego właśnie doświadczam. Choć w pierwszym odruchu mam ochotę odpowiedzieć: "nic", to jednak jakaś elementarna uczciwość każe mi się zatrzymać i rozejrzeć. Bo przecież coś dobrego musi być. No i raz było to piękne słońce za oknem, innym razem dobra herbatka, którą właśnie popijałam. Muszę przyznać, że lubię to pytanie. Jest bardzo mądre.
A dziś otrzymałam dobro w postaci życzeń imieninowych od anielskiej pary (no bo jak "anioł nie człowiek" się zakocha, to chyba tylko w anielicy), oraz w postaci życzeń na święto kobiet od Miłego Człowieka. Czegóż chcieć więcej?

*

Wychodzi mi na to, że dobrze jest wtedy, kiedy się wie, że jest źle. A jeszcze lepiej jest wtedy, kiedy się wie, co jest źle. I ma się pomysł, co z tym zrobić, do kogo z tym pójść, gdzie szukać rozwiązań. To już jest dobrze. Bo mnie się zaczyna wreszcie ten puzzel układać. Gdzieś pod szafą, w kłębkach kurzu znalazł się zagubiony dotychczas róg. A bez rogu - wiadomo, ciężko ułożyć. Mam nadzieję, że to róg od tego właśnie puzzla. No to jedziemy z tym koksem: jakiś róg jest, nie ma sensu dalej tracić czasu. To trochę niepokoi. Coś jakby lekki stresik się wkrada. Co z tego będzie? Co będzie dalej? Ja tutaj zacznę sobie na boku uprawiać samotroskę, zajmę się puzzlem swego życia, a przecież nie jestem na świecie sama. Wciąż z kimś krzyżuję słowa i spojrzenia. Może z tego wyjść niezły bigos. Ale trudno, trzeba zaryzykować. W każdym razie dalej być nie może tak, jak było do tej pory. Coś się rozmontowało, coś się rozsypało. Trzeba się tym zająć i mieć nadzieję, że Tata zajmie się resztą. Żeby w zamęcie i zapale nie poranić innych. Zwłaszcza tych sercu bliskich.

5.03.2009

samotroska

Jak Samotraka i Nike z Samotraki...
I coś w tym jest, bo samotroska prowadzi do zwycięstwa. Zadbać o siebie, zawalczyć o siebie. Zająć się sobą. Tak dla odmiany - sobą. Naprawdę. Przestać na siebie krzyczeć, przestać się nad sobą znęcać, mieć dla siebie litość, życzliwość i wyrozumiałość. Mieć dla siebie miłość. Okazać ją sobie choćby czekoladkami. Co z tego, że Post. Właśnie wręcz przeciwnie: niech to będzie post od negatywnego myślenia o sobie; post od stawiania sobie absurdalnych wymagań; post od poświęcania własnego realnego dobra dla wyimaginowanego dobra innych; post od planów minimalnych i od myślenia, że nie zasługuję na nic lepszego.
Okazać ją sobie planując niedzielną wyprawę nad wiślany brzeg i ciesząc się z góry na myśl o tym spacerze.
Niezwykły ten Post w tym roku.

4.03.2009

plusy prób do Triduum

Pierwszym plusem chodzenia na próby scholi przed Triduum jest to, że można w Wielkim Poście śpiewać Alleluja. I przy pomocy innych też utworów radować się ze Zmartwychwstania, choć przecież teraz należałoby o pokucie i umartwieniu myśleć. Ale dla takich specjalnych przypadków jak ja są ulgi.
O czym przekonałam się też w dzisiejszych rozmowach i spotkaniach. To była naprawdę dobra środa, którą kończę przy pysznej herbacie słuchając l'Arpeggiaty.

środa rano

Wreszcie nadeszła środa. Łapię się na tym, że nie mogę się już śród doczekać. A ta zapowiada się wyjątkowo miło, bo oprócz zwykłych środowych zajęć (intelektualnych i duchowych) zaplanowałam jeszcze spędzanie czasu w miłym towarzystwie. A wieczorem zaczynamy próby scholi do Triduum. Czyli gimnastyka gardła na zakończenie dnia. Środa pełna wrażeń i duże dawki samotroski. To czego mi teraz najbardziej potrzeba. Szkoda tylko, że wczoraj nie było widać księżyca z powodu nadmiernej mglistości nocy. Ale pewnie nie można mieć wszystkiego jednocześnie.
Tymczasem wszystkim odwiedzającym życzę Wszystkiego Najlepszego Z Okazji Środy! (czy mnie pamięć myli, czy było coś takiego w Kubusiu Puchatku?)

1.03.2009

spokojnie

nakarmi, nakarmi.
nie ma się czego bać. jestem w Jego ręku:


co nie zmienia faktu, że ciężko zrezygnować z ochłapów i grzebania po śmietnikach.

28.02.2009

a jednak

Jak Post, to Post.
Dostałam zaproszenie do cudu.
Ale warunek: iść na całość.
Zostawić ochłapy ryzykując śmierć głodową.
Przestać się żywić na śmietnikach.
Odłączyć kroplówkę.
I albo Tata mnie nakarmi rozmnożywszy chleb,
... albo nie ...
Boję się...

26.02.2009

asceza

Nie wierzę w niejedzenie ciasteczek. Nie wierzę w niesłuchanie muzyki. Nie rozumiem, nie czuję tradycyjnych form ascezy.
Czy głodującemu pariasowi z ulic Kalkuty ktoś ośmieli się zaproponować, by w Wielkim Poście zmniejszył dzienną rację pokarmu ze 100 do 50 ziarenek ryżu?
Czy komuś, kto od wczesnego dzieciństwa żyje w mentalnym łagrze potrzebne są jeszcze bicze, posty i włosiennica?
Dlatego już ileś lat temu przestałam postanawiać, zrezygnowałam z umartwień. A jednak wczoraj postanowiłam. Postanowiłam spróbować. Spróbować przygarnąć i przytulić ten ból, który mam. Nie szukać innych. Nie dodawać sobie zewnętrznych niedogodności, ale zaprzyjaźnić się z tym, co i tak mnie nie opuści: przygarnąć i przytulić włosiennicę, jaką jest moja własna historia. Historia zadanych mi okaleczeń i ran. Historia skrzywdzonego dziecka. Wypłakać nad nią to wszystko, co wypłakać trzeba, by ostatecznie przyjąć ją ze spokojem. To prawda, że jestem tylko niemłodą samotną kobietą. Ale nie tak niemłodą i nie tak samotną, by czegoś jeszcze z siebie nie móc dać. Jednak, by być "radosnym dawcą", o jakim mówi Pismo, trzeba się zgodzić. Zgodzić się na to, co było, a co już nigdy się nie odstanie. Nawet Wszechmocny nie może zmienić przeszłości. Może tylko zmienić jej skutki.

To nie przypadek, że Środa Popielcowa przypada w środę; albo, że "moje środy" zbiegły się z początkiem Wielkiego Postu. Dostałam pomoc. Fachową. Z nią łatwiej mi będzie realizować moje postanowienie. Choć pewnie i tak się w pełni nie uda. Nie od razu, nie w jednym Wielkim Poście. Ale spróbuję, postaram się.

No i jeszcze poranny uśmiech do Taty.
Czy mylę się sądząc, że to Ty byłeś głosem moich wątpliwości? Że nie w tych grzmiących, ognistych słowach kapłanów przemawiałeś, ale w cichym powiewie mojego własnego serca? Szeptałeś: "NIE! To nie tak, nie o to chodzi." Zapraszałeś do ryzyka, do zdobycia się na odwagę i do walki o siebie samą. Bo jestem tego warta. Nigdy nie sądziłam, że możesz być takim cichym, a jednak tak upartym Bogiem. Chcę wierzyć, że to właśnie Ty. Że jesteś dokładnie tam, gdzie się Ciebie nie spodziewam. Że jesteś duchem, a nie literą, a kiedy przepływa przeze mnie radość i pokój, to one właśnie są Twoim pokojem, Twoją radością. Natomiast niepokoje, udręki, przerażenie i stres, choćby mówiły cytatami z Pisma i głosem znad koloratki, nie od Ciebie pochodzą.

25.02.2009

lacrimae

"Nie każde łzy są złe" powtarzał za Gandalfem Reverendissimus. I słusznie. Na przykład te, którymi był pisany ten blog, okazały się całkiem owocne. Oczyszczające. Spłynęły z oczu, przybrały kształt liter i słów, by krążyć w cyberprzestrzeni, i jako słowa wracają do mnie i szepczą o sensie tego wszystkiego.
W KKK czytam: "Przyjaźń rozwijana między osobami tej samej płci bądź różnych płci stanowi wielkie dobro dla wszystkich. Prowadzi do wspólnoty duchowej."
I widzę, jak wiele okazji do mnożenia owego dobra dla wszystkich ciągle dostaję. Może to ma być ta wartość dodana mojego życia w ostatecznym rozrachunku? Mam do tego wszystko, co potrzebne, więc "tyłki ze stołków i do roboty", jak mówił pan prezydent Dyzma.

22.02.2009

nowe

W roku 1992 usłyszałam po raz pierwszy dysangelię głoszoną w sposób autorytatywny. Usłyszałam i przyjęłam. Choć pełne goryczy było przekonanie, że nie jestem panią swego losu, że nie mam żadnej władzy i nic nie mogę, a wszystko, co mnie spotka, zostało już dawno zaprojektowane, jednak łatwiej mi było się z tym zgodzić niż podjąć się pracy nad sobą i własnym życiem. W efekcie zyskałam 15 lat całkowitego zastoju. I dziś odkrywam z dużym opóźnieniem, jak wiele mogłam była zrobić. Na przykład nauczyć się nawiązywać kontakt wzrokowy. Zwłaszcza z mężczyznami, z którymi mam ochotę zatańczyć.
Od półtora roku uczę się wszystkiego od nowa. Boga, świata i siebie samej. Wczoraj dowiedziałam się na przykład, że mogę naprawdę fajnie wyglądać z włosami uczesanymi w stylu lat 20tych. Nigdy bym nie przypuszczała. A wszystko dlatego, że z tradycyjnym już u mnie perfekcjonizmem w tej dziedzinie, zechciałam być na balu jak najbardziej stylowa. I postanowiłam się poświęcić myśląc: "trudno, najwyżej będę przez miesiąc wyglądać jak głupek, póki mi włosy nie odrosną; czego się nie robi dla sztuki!" A tu, o dziwo, zebrałam naręcze bardzo pozytywnych recenzji na temat mojego nowego looku. Mogę więc teraz wchodzić w Wielki Post z bogactwem niezwykłych doświadczeń.

16.02.2009

65FF

Przedwczoraj zawalił mi się kolejny świat, czyli kolejne przekonanie, że coś o czymś wiem. Solidne poszlaki wskazują, że dotychczas nie wiedziałam nic o rozmiarach biustonoszy. Jeśli próba rewolucyjnego rozmiaru okaże się pozytywna, to wyjdzie na to, że przez długie, długie lata chodziłam w źle dobranych stanikach. A wszelkie związane z tym niedogodności uważałam za normalne i nieuniknione. Ciekawe, że podobnie jest w wielu innych sferach życia. Można się nawet przyzwyczaić do gwoździa w bucie, jeśli się uzna, że tak właśnie ma być, że taki jest nasz człowieczy los. Pamiętam, jak kiedyś szokiem dla mnie było, gdy obdarzony niezwykłym zmysłem estetycznym optyk dobrał mi oprawki okularów według własnego a nie mojego pomysłu. Ja sama nigdy bym po takie właśnie oprawki nie sięgnęła. A w momencie, kiedy je założyłam, odkryłam, jak beznadziejnie wyglądałam w poprzednich - dobieranych zgodnie z moim widzimisię. Czy z życiem jest tak samo? Czy też ktoś z zewnątrz musi przyjść i powiedzieć: "to nie Twój rozmiar, to nie Twój kolor!" ?
I dopiero wtedy otwierają się oczy?
Tato! Kto jak nie Ty? To Ty jesteś najbardziej utalentowanym artystą życia - specjalistą od rozmiarów i barw. Czy kiedyś próbowałeś mi założyć inne okulary? Czy to ja byłam głucha na Twój głos, czy też Ty nigdy nie przychodziłeś?
A może moje życie, w przeciwieństwie do bielizny, ma odpowiedni rozmiar? Jak to jest, Tato?

14.02.2009

święto murarzy

Na mieście zaczęło się "walenie tynków". Na szczęście mogę większość dzisiejszego dnia spędzić w domu, więc uniknę serduszkowej czerwoności na ulicach. Kupiłam sobie natomiast sztuczne rzęsy, by na balu robić za wampa. Ale próba ich przyklejenia nie wypadła zbyt pomyślnie. Na dodatek od tego kleju lepią mi się powieki. Najbardziej przeraziła mnie informacja na opakowaniu, że są to "rzęsy sztuczne ręcznie plecione z naturalnych rzęs"! Mam gorącą nadzieję, że to reklamowa brednia.
A poza tym ferie dobiegają końca. Niebawem trzeba będzie znów zacząć uczyć studentów. Drugi semestr jest zawsze dłuższy, ale jakoś lepiej się go przeżywa, bo przychodzi wiosna i zmierzcha się później. I tym sposobem, ani się obejrzę, jak minie pierwszy rok w nowej pracy. I w nowym mieszkaniu. Pierwszy rok wielu dobrych nowości. Myśl ta uspokaja mnie dziwnie i dodaje otuchy. I coraz jaśniej widzę, czym jest "nadzieja mojego powołania", że pozwolę sobie na przewrotną interpretację Pisma. Coraz jaśniej widzę, że dążę do pełnego uwolnienia serca. Do tego, by moje widzenie rzeczywistości, moje widzenie Prawdy było ostre i zdrowe; żeby nie mąciły go żadne fałszywe podszepty mówiące, iż moja wartość zależy w jakimś stopniu od tego, co myślą o mnie inni. Czy raczą mnie akceptować i kochać, czy też odrzucą.

12.02.2009

12.02

A! no i dziś właśnie się postarzałam. Z tej okazji zrobię sobie kurczaka w tandori i rodzynkach.

logika i argumentacja

Przedwczoraj słuchałam debat oksfordzkich. Fajnie, że są w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią logicznie myśleć, wyłapywać logiczne błędy przeciwnika, argumentować w sposób spójny i rzeczowy. Szkoda, że jest ich tak niewielu. Nawet w takich dyskusjach, w których ma się sporo czasu na przygotowanie argumentacji; w dyskusjach, w których uczestniczą osoby wybrane (czyli - jak należy przypuszczać - radzące sobie z logicznym myśleniem i z umiejętnością werbalizowania swych poglądów w sposób zrozumiały); w dyskusjach na tematy trochę abstrakcyjne nie dotyczące naszego życia - nawet w takich dyskusjach rozmówcy nie potrafią się ściśle trzymać tematu, pozwalają sobie na argumenty ad personam i zupełnie niemerytoryczne uwagi. Trudno się wobec tego dziwić, że takie rzeczy zdarzają się nagminnie na forach internetowych, również na naszym Forum.
Ale najwyraźniej się starzeję. Wyciąganie nielogiczności i przejawów erystyki już mnie nie zajmuje, lecz męczy. Wobec zalewu absurdu i braku logiki naprawdę mam ochotę powiedzieć "pas". I coraz częściej to robię. Coraz więcej tematów odznaczam jako "ignorowane", bo aż mi przykro patrzeć i nie chcę się dołować. Czasem się tylko zastanawiam, dokąd zmierza świat. Kiedyś odrzuciliśmy metafizykę, żeby się zająć epistemologią. W obu tych dziedzinach umiejętność wyciągania logicznych wniosków była kluczowa. Dziś wydaje się, że również z epistemologii przyjdzie nam zrezygnować, bo gubimy podstawowe narzędzie, jakim jest logika. W postmodernistycznym permisywizmie i globalnym egalitaryzmie totalnie nielogiczne bredzenie ma mieć taką samą wartość jak rzetelny spójny wywód. To kolejny dowód, że ludzkość zmierza do samounicestwienia.

9.02.2009

jako i my odpuszczamy

Wczoraj - niedziela. Kościół Dominikanów na Freta. Zamierzałam iść wcześniej, na próbę scholi i śpiewać na mszy. Ale spać mi się zachciało, więc na próbę nie poszłam, wskutek czego na mszy zamiast w prezbiterium stałam normalnie w kościele. Przy Ojcze Nasz zaczęłam myśleć, jak to jest z tym moim wybaczeniem. Bo niedawno dowiedziałam się, że nie najlepiej. Że wciąż mi żal tej małej skrzywdzonej dziewczynki sprzed 30 lat. I przez myśl przemknęli mi różni moi winowajcy. Chwilę później przekazujemy sobie znak pokoju. Na prawo, na lewo. Do tyłu... I zaskoczenie, bo oto jeden z winowajców za mną właśnie stoi. Przed komunią intensywny rachunek sumienia. No to jak to jest z tym moim wybaczeniem? I nagle uświadamiam sobie, że przecież - niewiele myśląc, instynktownie - JA się do niego uśmiechnęłam, a moje oczy mówiły: "O! ale niespodzianka! Kopę lat!" Bo naprawdę w pierwszym ułamku sekundy nie czułam żadnej niechęci. Natomiast ON miał minę jakby zobaczył ducha. I tak mi potem przyszło do głowy, że on chyba nie jest w stanie mi wybaczyć całego zła, którego się wobec mnie dopuścił. To są dalsze konsekwencje potykania się o własne sznurówki. Biedny!

7.02.2009

Bóg w kryzysie

Im dłużej rozmyślam nad przypadkiem RRN, tym bardziej podziwiam Boże działanie. Bo gdyby się dwóch wielebnych prominentów nie pożarło w żenujący sposób o władzę; gdyby jeden z nich nie doniósł na kolegów do kurii, wytykając im nieprawidłowości, które on sam osobiście przez kilkanaście lat współtworzył i promował, to wszystko toczyłoby się po staremu, według dobrze już wypracowanych metod hierarchizowanej manipulacji.
Episkopat wszak przez długie lata pozwalał Ruchowi działać nie zgłębiając zbyt gorliwie ani doktryny ani praktyki. Tylko dlatego, że ruchowi prominenci mieli dobre układy wśród biskupów. To, co teraz komisja wytknęła, istniało przez ponad dwadzieścia lat. Publikacje dostawały imprimatur (choć najwyraźniej nikt ich nie czytał, ufając po prostu księdzu Piłatowi), a biskupi wizytowali rekolekcje Ruchu. Dużo rzeczy kazano trzymać w tajemnicy, ale wiem, że bezskutecznie: czy naprawdę może się zachować tajemnica znana tysiącom ludzi? Kurii się zatem nie spieszyło do porządkowania tego bałaganu.
Ale NA SZCZĘŚCIE Bóg tak stworzył ludzką naturę, że gdy idziemy w zło, to prędzej czy później, na tej wygodnej z pozoru ścieżce, przewrócimy się o własne sznurowadła.

6.02.2009

sekta

Kuria się wypowiedziała ostatecznie. Abp podpisał dekret.
Można go znaleźć tu:
http://www.archidiecezja.warszawa.pl/
Ruch Rodzin Nazaretańskich, w którym zmarnowałam kilkanaście najlepszych lat życia, musi gruntownie się zreformować, jeśli chce nadal istnieć. A obowiązujące w nim dotychczas zasady zostały bardzo ostro skrytykowane przez specjalistów jako sprzeczne z praktyką Kościoła. Najbardziej przerażające jest to, że do bezwzględnego posłuszeństwa nakłaniali przy pomocy straszenia ludzie, którzy sami byli nieposłuszni Kościołowi. I robiło się mnóstwo rzeczy przeczących zdrowemu rozsądkowi i naturalnemu porządkowi świata pod pozorem, że do takiego agere contra zaprasza Matka Boża, której SZCZEGÓLNĄ obecność w tym Ruchu gwarantowały jego najwyższe władze. A tu nagle się okazuje, że te najwyższe władze wypierają się bezczelnie tego, co same mówiły, i na dodatek zrzucają winę jeden na drugiego. Jak nie przymierzając pierwsi rodzice w Raju. Postępują w całkowitej sprzeczności do tego, o czym nauczali. Najbardziej mnie szokuje takie zdanie z komunikatu komisji: "W rozmowach z kierownictwem RRN [komisja] nie znalazła nikogo, kto poczuwałby się do winy za kryzys i brał za to odpowiedzialność."
Ale Tata wie, kto jakie krzywdy wyrządził tysiącom ludzi manipulacją, socjotechniką i kłamstwem. I przed Tatą nie będą się mogli wypierać odpowiedzialności.

5.02.2009

te role w tym teatrzyku

Dziś dzień pisania. Ale to pewnie dlatego, że czwartek. A czwartek jest po środzie. Wróciła do mnie tematyka odgrywanych w życiu ról i tego pytania, dlaczego gram nie to, co bym chciała? I czy da się to jeszcze zmienić? Rok temu bardzo tego chciałam. Tyle było we mnie determinacji, żeby jeszcze coś uratować. Żeby jak ten Theoden choć na chwilę poczuć wiatr we włosach. Myślałam, że może nie wszystko stracone. Dziś już nie jestem tego pewna. Nie jestem wcale pewna, czy to dobry pomysł z tą próbą zmiany roli. Z wiedźmy na księżniczkę. W tym wieku? I po tym jak się całe życie było aktorką "charakterystyczną". I jak się zna tę rolę na pamięć i na wyrywki. Po czubki palców. Że już nawet przez sen się ją recytuje. No i przecież ona nie jest taka zła ta rola. Całkiem fajna w sumie. Ma się swoje popisowe numery. I jest się cenionym. Czasem nawet ktoś o autograf poprosi. Przecież można było skończyć dużo, dużo gorzej. Więc czemu się oglądać za kanarkami na dachu, jak tu całkiem niezły wróbel w garści?
A przecież wiem, że takie poczucie jest chwilowe. W każdej chwili może się przydarzyć nowy casting. Bo lata latami, ale ja ciągle jeszcze miewam zielono w głowie, aż wstyd. I wtedy znów będzie boleć, cholernie boleć, że nadal ta wiedźma, a nigdy księżniczka. Więc może jednak nie powinnam się poddawać i skoro zaczęłam już chodzić na "warsztaty teatralne", to może lepiej kontynuować?

LOTR

Zamiast Biblii czytam Władcę Pierścieni. Z zamiarem skontaktowania się z Tatą tą właśnie drogą. Mało ortodoksyjnie, fakt. Nie będę się do tego przyznawać przed przyjaciółmi z Ordo Praedicatorum, bo się w nich jeszcze duch inkwizycji obudzi i stosy przypomną. A przecież sami obecnie bywają niepokojąco heterodoksyjni. Zresztą nie tylko obecnie. Wystarczy przypomnieć Mistrza Eckharta. Quis inquiret ipsam Inquisitionem? O dominikanach myśleć mi teraz trzeba intensywnie, bo otom znów spóźniona z przekładem. Quaestiones de Potentia Dei czekają.
Ale miało być o Tolkienie. Wczoraj w ramach wieczornej modlitwy czytałam akurat o królu Theodenie. I bardzo stał mi się bliski po tych słowach: "I feel as one new-awakened. I would now that you had come before, Gandalf. For I fear that already you have come too late, only to see the last days of my house." Też często przychodzi mi żałować, że przebudzenie nie nadeszło wcześniej, tylko dopiero teraz, po tylu zmarnowanych latach; teraz, gdy nie bardzo można już liczyć na przyszłość. Ale te ostatnie dni Theodena były wielkie i ważne. I warto się przebudzić, choćby na finał. Sprawić, by finał był naprawdę spektakularny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy, że zacytuję innego twórcę.

3.02.2009

po Roosevelcie

Uff. Skończony przekład. Teraz parę drobiazgów do zrobienia - akurat żeby wypełnić nimi ferie i za chwilę powrót na zajęcia. No i najwyższy czas, by odkurzyć kazania starego dobrego Mauryca.

A w chwilach między pracą, tańczeniem i myśleniem o bohaterach francuskiej literatury, spoglądam sobie na księżyc. Właśnie rośnie! Spoglądam i sobie się dziwię, bo logiki w tym nie ma za grosz. Przecież to jest kawał jakiejś skały, co się wokół ziemi kręci, światłem świeci odbitym, a oglądają go wszyscy ludzie i wyją do niego wszystkie psy. To co mi się nagle uroiło, że to jest prezent? Specjalnie dla mnie! A może nawet mój towarzysz. Czyż to nie głupie, że jak go widzę, to przestaję się czuć samotna? A w sercu mam pamięć tej wielkiej Księżycowej Radości, która tak niedawno temu dosłownie mnie zalała.

Ostatnio jakoś mniej czasu poświęcam na bezpośrednie rozmowy z Tatą. Ale nie czuję z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Jakbym wiedziała, że On wie. Że liczy się ten jakiś spokój w sercu i to dziwne poczucie bezpieczeństwa (o Zaufaniu mówić nie śmiem, zbyt grzeszny ze mnie człowiek). Że póki noszę w sercu pamięć o tym, iż księżyc to Jego dar specjalnie dla mnie, to jest między mną a Nim jakieś wyjątkowe porozumienie. Takie, jakiego dawno (a może nigdy) nie było. Niewykluczone, że własne uczucia zwodzą mnie na manowce, bo kto to widział, żeby tak długo zaniedbywać regularną modlitwę! A jednak chcę pozwolić im się prowadzić. Raz dla odmiany posłucham mojego serca.

1.02.2009

zbrodnia Cyrana de Bergerac 2

Było skojarzenie z Cyranem. A zaraz po nim nastąpiła pogłębiona refleksja nad tym przypadkiem. Z wnioskiem, że Cyrano jak najbardziej BYŁ głupcem. Uznał, że Roksana nie może go pokochać - takiego brzydala - i z punktu ustawił się w roli "tego trzeciego". By być blisko niej i móc jej wyrażać swoje uczucia, pomógł Christianowi stworzyć nieprawdziwego człowieka: z powierzchownością przystojnego Christiana i elokwencją oraz miłością pana de Bergerac. To tak kochał Roksanę, że ją oszukiwał? I że nie dał jej żadnej szansy? Gdyby nie był głupcem, powiedziałby: "jeśli Roksana jest rzeczywiście tą, za jaką ją uważam, nie będzie się przejmować moim wielkim nosem. A jeśli mnie odrzuci z powodu powierzchowności, to znaczy, że jest małostkowa i niegodna moich uczuć." A tymczasem ten dzielny żołnierz, słynący z niezliczonych pojedynków zawadiaka, stchórzył. I z tchórzostwa zrobił coś potwornego: zniszczył życie ukochanej kobiecie wmanewrowując ją w związek z nieistniejącym człowiekiem. Oto do czego prowadzą wybujałe kompleksy.

31.01.2009

zbrodnia Cyrana de Bergerac

Cyrano był fantastą. Odbywał podróże na księżyc. I tracił kontakt z ziemią i rzeczywistością. Najsmutniejszą i najokrutniejszą w jej kłamliwej urodzie rzeczą, jaką uczynił, było zbudowanie relacji Christiana i Roksany. Relacji iluzorycznej, bo opartej na potwornym fałszu. Na całe szczęście Christian miał na tyle rozumu, by dać się zabić na wojnie zanim prawda wyjdzie na jaw i zrobi się straszliwa kaszana. A może wcale nie na szczęście, bo biedna Roksana przez następne lata oblewała wdowimi łzami pamięć po fałszywej miłości, nie wiedząc wcale, jak bardzo była fałszywa. A wszystko przez głupiego Cyrana. Oszukana prawda mści się okrutnie. Nie będę więc Cyraną. Proszę mnie nie prosić o klucz do cudzego serca. Proszę go znaleźć samemu! Najlepszą drogą do znalezienia jest przyznanie się, że się klucza nie ma i nawet nie wie, gdzie szukać. To ostatnia rada niedoszłej Cyrany.

26.01.2009

leń?

To prawda, że nie chodzę do pracy. Ale mam zwolnienie. I to prawda, że już dawno nic tu nie napisałam. Ale nic się nie wydarzyło. Oprócz tego że grypa. I zapalenie zatok na dokładkę. Wydarzyły się trzy lekcje tańca, na które nie poszłam. Przez tę grypę. I wernisaż Reverendissimusa, na który też nie poszłam. Powód do znudzenia ten sam. Ale zdalnie załatwiłam już pierwsze czynności niezbędne do nawiązania erazmusowej umowy z Paris IV. No i przetłumaczyłam już ponad pół książki o tym jak Smedley Butler uniemożliwił próbę faszystowskiego ponoć puczu w USA. Generała Butlera lubiłabym jeszcze bardziej, gdyby nie jego sympatia do etatysty F.D.R. A Roosevelta nie lubimy. Za etatyzm i za Jałtę. Patrząc na kryształowego i niegłupiego przecież Butlera myślę sobie, że polityka jest i będzie szambem. Uczciwość i inteligencja nie pomogą: nie da się nie ubabrać. A z tym moim lenistwem nie jest chyba tak źle, skoro tyle zrobiłam nic nie robiąc...

20.01.2009

odcinek pierwszy

Na początku był kot. Zaczęło się od kota. Ściśle rzecz biorąc kotki. Małej, białej i dzikiej, którą trzeba było cierpliwie oswajać. Jak to się stało, że nieznająca czułości i otwartości kobieta, którą byłam, znalazła drogę do kociego serca? A może to kot znalazł drogę do mojego? Kotka na początku nie dawała się dotknąć i chowała się pod szafą. Zupełnie jak moje własne ja. Jedyne, co można było zrobić, to położyć się płasko na podłodze, żeby nad nią nie górować. I ze sporej odległości, wyciągając rękę muskać końcem palca jej łapki. I cieszyć się, gdy zaczęła obwąchiwać rękę. Takie były moje pierwsze spotkania ze światem prawdziwych, serdecznych relacji. 10 lat temu. Do dziś nie wiem, kto kogo bardziej resocjalizował: ja Balbinę, czy Balbina mnie.

19.01.2009

Klacid Uno

Tak się nazywa mój nowy "przyjaciel" - antybiotyk, w którego towarzystwie minie mi najbliższy tydzień. A to za przyczyną grypy, do której dołączyło się jeszcze zapalenie zatok.
Przez pewien czas zatem będę mało widoczna w realu, spędzając czas w łóżku z moim nowym przyjacielem.

16.01.2009

neostrada to zło

Od trzech miesięcy jestem tego zła ofiarą. Zdążyłam już w tym czasie zmarnować kilkanaście godzin na rozmowy z "ratownikami" oraz wymieniać liveboxa po 6 tygodniach użytkowania. Nowy livebox niestety też rozłącza bez dania racji i odmawia łączenia. Łączy "tylko lokalnie", a kiedy próbuję - już kiedyś przez to przechodziłam, więc zanotowałam wszystkie etapy - ponownie się zarejestrować, to bezczelnie twierdzi, że hasło jest nieprawidłowe! Co jest podłym kłamstwem. Tym razem na dodatek nie mogłam sprawić sobie przyjemności w postaci miłej konwersacji z panem z obsługi klientów, który nie pojmuje, że wiem, jak uruchomić "połącz z" i zawsze tłumaczy w ten sam sposób: "w lewym dolnym rogu ma pani takie niebieskie kółeczko. Proszę je kliknąć". Przyjemności tej nie mogłam sobie sprawić, bo okazało się, że połączenie z serwisem neostrady jest niedostępne. Moja landlady bowiem jakiś czas temu zrezygnowała z korzystania z usług konkurencyjnego wobec tepsy operatora połączeń zamiejscowych. Od owego pamiętnego dnia, chcąc gdziekolwiek zadzwonić, trzeba wykręcić najpierw 01033. Niestety, gdy po tych cyferkach wykręcam 0800 lub 800 - w obu przypadkach nie uzyskuję połączenia. W jednym przypadku automatyczny głos w słuchawce (chciałabym kiedyś zobaczyć tę panią, którą zatrudnili do tego nagrania - chyba najsłynniejszy głos w kraju) mówi: "nie ma takiego numeru", w drugim: "połączenie nie może być zrealizowane".
A zatem postanowione: kupuję sobie internet komórkowy, bo mam tej neostrady po dziurki w nosie!

13.01.2009

narozrabiałam

No i narozrabiałam. A poszło o pewne katolickie szkoły (jak ktoś chce wiedzieć, które konkretnie, to proszę o kontakt na priva). I o to, że mają tam we zwyczaju nie przyjmować dzieci z rozbitych rodzin. A jeśli któremuś uczniowi przytrafi się, że się rodzice rozejdą, to taki uczeń wylatuje ze szkoły. Zasada taka. Na takie zasady jest ładne słówko o łacińskiej etymologii: DYSKRYMINACJA. Czyli taka segregacja, w której zainteresowany nie może zrobić nic, by w momencie wytyczania granicy znaleźć się po tej stronie, po której by chciał. Ta dyskryminacja ma ponoć chronić pozostałe dzieci przed przykrymi konsekwencjami uczenia się w szkole w towarzystwie dzieci, których rodzice podjęli tę głupią i nieodpowiedzialną decyzję. Bo takie dzieci są ponoć zapatrzone w siebie i konfliktowe. Z czego by wynikało, że zadaniem szkoły nie jest uczyć, jak rozwiązywać konflikty, tylko dbać, by dziecko się z konfliktami nie stykało. Czyli szkoła-cieplarnia. To że wyrzucenie ze szkoły ma wszelkie znamiona potępienia, że pozostałym uczniom przekazuje się w ten sposób komunikat: "oni są gorsi, wy jesteście lepsi", że uczy się ich po prostu faryzeizmu i dulszczyzny (no bo trzeba skrzętnie ukrywać własne kłopoty, żeby nie podpaść pod paragraf); to wszystko nie wydawało się memu rozmówcy oczywiste. Gorzej, bo teraz jego ewentualna przyszła - której nieopatrznie zdradziłam temat dyskusji - zaczęła go nagabywać w tej jakże istotnej sprawie edukacji ewentualnego przyszłego przychówku... Ot - narozrabiałam.

11.01.2009

Księżyc i Dame Joie

Dostałam. Niespodziewanie. Spotkałam. Tak po prostu spotkałam Panią Radość. Jakby się Ktoś postarał, żeby mi pokazać, że Ona istnieje. Taka prawdziwa, głęboka. A wszystko za sprawą Księżyca, który nagle - gdy wyszłam zza węgła kamienicy - zajaśniał przede mną ogromny, pełny i złoty w szerokiej aureoli, zaplątany w konary drzew na skwerze. I aż się zachłysnęłam, bo poczułam, że on jest dla mnie. Należę do grona księżycowych kochanków, stąd tak bliska memu sercu była zawsze poezja Konstantego Ildefonsa - księżycowego trubadura. Spacer na starówkę z takim Księżycem we włosach i z taką Radością w sercu. Dar bardzo efemeryczny. Nie sposób tego zatrzymać i mieć. Ale można zatrzymać pamięć o nim. Żeby wiedzieć, że cuda bywają. I nie zdoła tego zmienić napuszone bredzenie jakiegoś faceta. Bo to tylko człowiek w końcu. Choćby i w koloratce. Wszystkie jego słowa są niczym w porównaniu z tym księżycowym blaskiem. Z tą księżycową euforią. Bo nadal czuję radość na myśl, że on tam ciągle jest za oknem. Wierny i piękny.

9.01.2009

lepiej

Zrobiło się lżej. Nie wiem od czego, ale wyraźnie lżej. Może to tak na zachętę, żeby kontynuować zaczętą w środę nową drogę. Znów powtarza się to niezwykłe, przed paroma laty odnotowane wrażenie zmieniania skóry. Jak wąż. I to stare, które ze mnie schodzi i zostaje w tyle, to już nie ja. Ja już zaczynam być gdzie indziej. Więc jest lżej bez tej starej skóry, bez starych przywiązań i uwikłań. Bez starych głupich oczekiwań. One zamykały świat z przodu, zakotwiczały moje życie w jakiejś przestrzeni, która wydawała się ostateczna. Teraz cumy się pourywały i dryfujemy. I jest lżej. Ciekawe też są powroty. Pijana historia, która się zatacza i wraca po własnych śladach. Napotykani w tej nowej rzeczywistości dawni ludzie. Dawni a nowi. To przez tę nową skórę. Jakby widziani nowymi oczami. Kiedyś się do nich cumowałam. Dziś jestem wolna. Mogę pomachać im chusteczką i dryfować dalej.
Zrobiło się spokojniej. Powierzchnia wody gładsza. Od razu więc widzi się lepiej, mniej mętnie. Pytania o sens pozostają. Pytania o cel i powód. Dlaczego tak? Dlaczego tu? Dlaczego ja? Ale otuchy dodaje spojrzenie wstecz: na tamte czeluście mroku, które już za mną. Skoro tyle przeszłam i wyszłam cało; skoro takie bitwy stoczyłam zwycięsko, to znaczy, że mam więcej siły, niż kiedykolwiek sądziłam. Zrobiłam naprawdę trudne rzeczy. Przeszłam naprawdę długą i ciężką drogę. Mam blizny. Ale żyję i wiem, na co mnie stać. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wciąż nie wiem, na co ta siła. Oto znów pytanie o cel i powód. Na razie musi zostać bez odpowiedzi. Na razie ważne, że oddycham swobodniej.
A dziś nawet na momencik przyszło takie coś. Jakby podobne trochę do Radości. Dawno nie widzianej (o ile w ogóle kiedykolwiek miałam okazję spotkać tę Damę, bo czasem myślę, że to były tylko Jej kiepskie sobowtóry). A teraz przebiegło toto, oko puściło. Jak mały promyk w duszy. Czyżby Obietnica? Nie! Nie chcę tak myśleć. Nie ma obietnic.
No, dobra. Jest jedna. Ważna i wielka. Tak wielka, że ani jej zobaczyć, ani poczuć nie mogę. Wierzę, że prawdziwa, że On naprawdę jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Ale czy czuję się przez to lepiej? Czy wędruje się łatwiej? Nie wiem. Łatwo nie jest. I nie ma być. Tego nie obiecywano. Ani żadnej innej rzeczy z tych, których bym chciała. Wolę więc pamiętać, że obietnic nie ma. Jest tylko droga. I wybory nie do uniknięcia, bo niepodejmowanie wyboru też jest wyborem. I czas, którego coraz mniej.
Ale to dobrze, to bardzo dobrze, że lżej i spokojniej się dryfuje choć przez chwilę.

8.01.2009

był sobie księżyc

Wczoraj w księgarni zobaczyłam nową książkę Pelanowskiego. Natychmiast więc ją zakupiłam nauczona dotychczasowym doświadczeniem, że jego książki są dobre. Ta dobra nie jest. Rozczarowanie. Rozważań o tym, jak dobrze jest się umartwiać, mam serdecznie dość. Dziękuję! Przerabiałam to już przez wiele lat i wiem, że masochizm nie daje radości. A w każdym razie nie normalnym ludziom. A w każdym razie nie masochizm dla masochizmu. To są chore opowieści i na pewno nie dla mnie. Wielebny ojciec Pelanowski na dziwne bocznice zjeżdża i nie zamierzam się nim przejmować. Zwłaszcza, gdy jestem świadkiem takich cudów, jak zaplątany w gałęzie drzew księżych i chmury tańczące wokół niego dokładnie w takt muzyki Bacha akurat rozbrzmiewającej mi w słuchawkach iPoda.

5.01.2009

zamarzamy

No więc zdecydowanie nie lubię. Co roku, gdy jesień dobiega końca zaczynam się żywo interesować zagadnieniami ekologicznymi i zaklinam protokół z Kioto, żeby te zawarte w nim alarmujące dane stały się wreszcie prawdą, i żeby w końcu osławione ocieplenie klimatu zaistniało. Eeech... gdyby tak móc dotrwać do marca bez nakrywania głowy! Bez rękawiczek (które i tak nieustannie gubię) i bez ubierania się na cebulę! Niech już nawet pada, jeśli musi, niech te lodowce topnieją, a pustynie rosną i niech grozi nam ogólna zagłada, gdyby tylko w zamian za to móc chodzić w styczniu w lekkich ciuchach, które nie maskują sylwetki.
A tu nic z tego: zagłada i tak grozi, protokół każe wydawać kasę na ochronę środowiska, za plastikowe torebki z Carrefourze trzeba płacić, a jak zamarzaliśmy, tak zamarzamy. Zmieniło się tylko to, że zamarzanie zaczyna się ciut później - bo w styczniu, a nie w grudniu. Napada tego białego świństwa i nawet nie na święta (kiedy - trzeba świństwu przyznać - pewien nastrój toto buduje), ale dopiero od stycznia. A potem leży to białe świństwo do marca (w międzyczasie zmieniając kolor na brudno bury), a mnie szlag trafia. No bo najbardziej, ale to już zupełnie najbardziej, nie cierpię, jak ta parszywa zima budzi się z ręką w nocniku i nagle przyłazi wtedy, gdy człowiek już palce gryzie nie mogąc doczekać się wiosny.
I z takimi ponurymi przemyśleniami marznę sobie w najlepsze nie wiedząc, kogo bardziej nie lubić: zimy, czy ekologów. No bo co w końcu, kurczę blade! (Jak mawiał Mikołajek). Obiecują nam to ocieplenie już tyle lat i obiecują i co?!

30.12.2008

coś się kończy, coś się zaczyna

Zainspirowała mnie Biegnąca-Po-Falach ze swoim podsumowaniem roku. I pomyślałam, że spróbuję spełnić życzenia, które sama składałam na tych tu "łamach" i pójdę w ślady Cioci Lucy z domu dla emerytowanych niedźwiedzi w Limie. (Jeśli ktoś nie wie, kim jest Ciocia Lucy, to odsyłam do przygód Misia Paddingtona).
Ciocia Lucy miała zwyczaj - kładąc się spać - dziękować za wszystko dobre, co ją spotkało. Ja też już niebawem będę się kładła, tymczasem więc mogę pomyśleć o wszystkim dobrym, które się wydarzyło w mijającym roku (choć z jakiejś ogólnej perspektywy rok ten jawi mi się dość ponuro) i spróbować za to podziękować.
Po pierwsze więc dziękuję, że balu napoleońskiego, wbrew mym własnym czarnym przewidywaniom, nie spędziłam w kuchni chlipiąc w ścierkę do naczyń. Po drugie dziękuję za ludzi, którzy byli przy mnie, kiedy było mi naprawdę bardzo rozpaczliwie źle. Zwłaszcza za Samprasaranę. Po trzecie dziękuję za Pigmaliona. Co prawda dłuto boli (z czego artyści nie zawsze zdają sobie sprawę), ale nie da się inaczej uwolnić Galatei z kamiennego więzienia. Dziękuję za determinację, która posłała mnie na nowe ścieżki. Dziękuję za wszystko, co się pokończyło i wyczyściło. I za to, co się zaczyna. Dziękuję za mądrych przewodników na szlaku. Za to, że ci, przed którymi się otwierałam, okazali się dojrzali i kompetentni. Dziękuję za Rzym, za nowych ludzi. Za Miłego Człowieka - to zawsze dodaje życiu ciepła, spotkać kogoś miłego. Dziękuję za nową pracę i nowe horyzonty. Dziękuję za to, że potrafię się jeszcze buntować, że potrafię odchodzić, zrywać to, co krępuje, a jednocześnie nie boję się zadzierzgiwać nowych więzi. I dziękuję za wyjątkowo dużą dawkę poezji, cudzej i mojej własnej, która towarzyszyła mi w tym odchodzącym roku. Dziękuję też za Koziołka Matołka, za Misia Paddingtona i za Muminki. Dziękuję za wszystkie kontredansy i kadryle w Parku Saskim i za szaloną wyprawę do Serocka. Za muzykę - ten najbardziej transcendentny z ludzkich wynalazków. No i wreszcie (niech na koniec będzie trochę autotelicznie) dziękuję za to, że mogę dziękować i że, im dłużej nad tym myślę, tym więcej powodów do dziękowania się pojawia i wychodzi na to, że ten rok może wcale nie był taki zły.
Ale kolejny - niech będzie lepszy.
I tego Nam wszystkim życzę.

28.12.2008

Reverendissimus

Należą się podziękowania. Najpierw Tacie, bo sprawa jest wszak sakramentalna. A potem mojemu Pigmalionowi. Bo to w końcu dzięki niemu spotkałam wreszcie księdza, który rozumie, co do niego mówię. I mówi tak, że ja rozumiem. Jestem pod wrażeniem, bo Reverendissimus od razu wiedział, o co chodzi z Koziołkiem Matołkiem. Mało tego: on zna tę bajkę. Nie musiałam też wcale tłumaczyć, dlaczego ze wszystkich bohaterów Tolkiena najbliższy memu sercu jest Sam Gamgee. O jejku jej! Jaką niesamowitą ulgę przynosi mieć wreszcie spowiednika, z którym się nadaje na tych samych falach. To ci dopiero prezent! Dziękuję, gorąco dziękuję!

26.12.2008

pionierzy żalu

A może to taki sens? Może to taka służba? Słuchać ze zrozumieniem? Możliwa tylko dlatego, że już się przetarło te ścieżki. Że już się było w tych krainach mroku i z nich wyszło. Że się doświadczyło, zaznało. I w cudzych historiach widzi się odbicie własnych. A wtedy zaczyna się rozumieć lepiej również te swoje. I się odkrywa, że przecież z niejednego żalu wyrósł niejeden już bal. I w naszych wzajemnych łzach jak w lustrach odbija się w nieskończoność ta sama prawda. I wtedy dając jednocześnie się bierze. Cykl wsparcia prowadzący ku wieczności.

24.12.2008

obyśmy

Nadeszła pora heroicznego wysiłku, jakim jest składanie życzeń. Bo to nigdy nie wiadomo, czy mówić, co leży na sercu, czy może lepiej się powstrzymać i zdawkowo tak rzucić zdrowiem, szczęściem i pomyślnością. Ja w tym roku do tych ostatnich trzech nie bardzo mam melodię, życzę więc Wam i sobie, żebyśmy postarali się pójść za przykładem Cioci Lucy, rezydentki domu dla emerytowanych niedźwiedzi w Limie, i nauczyli się codziennie dziękować. Nauczyli się widzieć, że mamy za co. Tego nam życzę wśród tej nocnej ciszy. I jeszcze tego, byśmy MIMO WSZYSTKO położyli dziś, jak co roku, "na wigilijnym białym stole" nasze podniszczone już podania do Niebieskiego Dyrektora.

23.12.2008

z mrocznych zakątków Peru

Dziś nie było dobrze. Człowiek czasem zna prawdę o sobie - tę mniej przyjemną prawdę - i sądzi, że ją nawet akceptuje. A jednak usłyszeć tę samą prawdę wypowiedzianą głośno boli. Chodziłam więc zbolała pocieszając się tylko myślą, że pewne śliczne i pociągające panie jakoś nic z tego nie mają, więc nie ma im czego zazdrościć. Ale z Tatą się pokłóciłam i wykrzyczałam Mu, czego żądam w zamian za to, że On się nie zajmie zmianą liter i mój żal pozostanie żalem. W takim mrocznym nastroju wróciłam do domu, gdzie znalazłam choinkę. Moja landlady kupiła i ubrała drzewko i nawet dała mi prezent: brakującą mi, pierwszą część Misia Paddingtona. Kochana jest!

21.12.2008

Wam, którzy tu wchodzicie

Zimowe przesilenie to dziś. A ja wciąż nie kupiłam choinki.
Ale myślę o Was, którzy tu wchodzicie, i chciałabym, naprawdę bym chciała czymś się z Wami podzielić. Teraz będzie patetycznie, więc proszę się odpowiednio nastroić.
Bo też jedyne, co mam do dzielenia, to owe "to, czego nie mam komu dać". I pozostaje mi zaufać ks. Twardowskiemu, że to jest komuś potrzebne.
Nie mogę się dzielić wiarą. Codziennie udaje mi się jej wydrzeć tyle, by mieć na czym przeżyć do następnego dnia. Nadzieją też nie mogę, bo resztki już wyskrobałam we wrześniu. Mam jednak w sobie sporo życzliwości (nie, dużym słowom na "M" dziękujemy, bo się zrobi mdło i megalomańsko). Więcej niż kiedykolwiek. Lubię Was i naprawdę chcę, byście byli szczęśliwi. Co prawda moje chcenie to niezbyt cenny prezent. Ale tym lepiej: możecie go przyjąć, bo niezobowiązujący. Tym więc "voglio bene" dzielę się z Wami, kochani, na te święta i na ten nowy rok.

20.12.2008

niusy

Wróciła Samprasarana. Taka inna. Doroślejsza jakby? Trochę jakby się jej szlaki jakieś przetarły i spojrzenie wyostrzyło. Miło patrzeć jak ludzie się pięknie zmieniają. A Fabritiuss śliczne myśli na swym blogu zamieścił i zdjęcia jakby szersze, z horytontem takie. Znaczy Duch Tchnie.
A w odpowiedzi na mój ostatni wpis M powiedziała: "Wiesz, że te święta są tylko po to, by przypominać i dbać o świeżość miłości?" Ha! No to mam temat do rozmyślań na najbliższe dni.

18.12.2008

idą święta

No właśnie - cóż za truizm. Idą jak co roku i jak co roku muszę się nad nimi bardzo nagłowić. Rozważania "O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia" prowadzą mnie natychmiast do oczywistego wniosku: Wielkanoc rulez. Bo Wielkanoc to prawdziwe święto. Prastara Pascha upamiętniająca potężną i jakże spektakularną interwencję Boga w ludzkie sprawy. I poranek Zmartwychwstania - jedynego wydarzenia w historii, w którym mogę jeszcze zacumować coś na kształt na nadziei. A Boże Narodzenie? Umowna data przyjęta jakieś 1600 lat temu, by "adoptować" pogańskie przywiązanie do świętowania zimowego przesilenia. I czemu niby miałabym w tym właśnie czasie ubierać choinkę? (I co to w ogóle jest ta choinka? Nota bene coraz mniej przypominająca drzewo, a coraz bardziej świecący stożek.) Gruntownie sprzątać? I spędzać cały dzień w kuchni na pichceniu 12 potraw? Nawet nie znam takiej liczby dań. Co to ma mieć wspólnego z moim wyznaniem wiary? Czy raczej, co to ma mieć wspólnego z moją walką o wiarę? Zaiste prościej by było dać sobie spokój z choinką, sprzątaniem i ucztowaniem. I z gorączką przedświątecznych zakupów.
Ale oto moja landlady powiedziała mi dziś, że ubierzemy sobie choinkę. I pomyślałam sobie, że takie ubieranie bez przekonania może się okazać gestem magicznym. Że im więcej wykonam tych czarodziejskich czynności, tym większą stworzę szansę, by przesilenie zimowe dotarło też do mojego serca. Spróbujemy...

15.12.2008

po co

Po co ten blog? I co z niego mam?
Już kiedyś o tym było, ale teraz mam więcej przemyśleń, wracam więc do tego pytania, zwłaszcza, że mi je wczoraj postawiono.
Blog to prawie pamiętnik. Prawie, a nie zupełnie. Załóżmy, że na początku zasiadałam do bloga jak do pamiętnika. Z myślą, że i tak nikt tego nie przeczyta. Gdyby to był pamiętnik - faktycznie nikt by nie przeczytał, a ja po dwóch tygodniach pisania zaprzestałabym tej czynności. Ale to nie jest pamiętnik, dlatego ktoś przeczytał, ktoś skomentował. I to zachęciło mnie do dalszego pisania. Oczywiście wstępne założenie jest fałszywe. Od początku wiedziałam, że to blog, a nie pamiętnik, i że ktoś może tu wejść i przeczytać. Dlatego pisałam mając przed oczyma jakiegoś "idealnego czytelnika", że się posłużę pojęciem rodem z narratologii. Od początku więc blog daje to, czego nie daje żaden pamiętnik: potencjalność dialogu. Dzięki temu nie tylko chce mi się pisać dalej. Dzięki temu również moje wyrażanie siebie jest niejako otwarte. Nie zasklepia się samo na sobie, nie zwija jak ślimak. Pisząc o sprawach osobistych do zamkniętego pamiętnika nie miałabym tak naprawdę żadnej motywacji, by starać się jasno i czytelnie werbalizować to, co się we mnie dzieje. Wszak jeśli opowiadam to tylko sobie, to wystarczy system skrótów i półsłówek. Kiedy natomiast mam świadomość, że ktoś może zechcieć to przeczytać, dążę do uporządkowania uczuć i rozmyślań. I powstaje z tego coś na kształt obiektywizacji. Jest rzeczą znaną w psychologii, że nazywanie stanów ducha sprzyja ich "oswajaniu". W ten sposób możemy lepiej zdać sobie z nich sprawę. Każda zaś terapia odbywa się w dialogu. Pacjent nie zostaje sam z sobą i nie wykonuje owego wysiłku nazywania poprzez głośne mówienie do siebie, lecz proces nazywania odbywa się w ramach rozmowy. Jest to nazywanie otwarte i właśnie obiektywne. Nazywanie tak, by zostać przez drugiego człowieka zrozumianym. Tak właśnie dzieje się na blogu: świadomość istnienia potencjalnego intelokutora, czy przynajmniej czytelnika, zmusza mnie do opisywania mojego wewnętrznego świata w taki sposób, by był podzielny z innymi.

Kolejny aspekt bloga odkryłam niedawno. Blog to trochę jak pozostawione informacje o tym, "co u mnie". Do podobnych celów używamy opisów na gg czy skypie. Kto zechce może taką notkę przeczytać i już wie, co u nas nowego (w bardziej lub mniej konkretnym wymiarze). Nawet bez spotykania się czy bezpośredniego kontaktowania (trudno przecież z każdym znajomym z osobna kontaktować się codziennie) rozrzucamy jakby ślady naszych fizycznych lub metaforycznych wędrówek. I czasem dostajemy sygnały, że ktoś te nasze notki zbierał, nasze ślady dostrzegł, a może nawet po nich dokądś dotarł. Kiedy mnie to spotyka, czuję, że dzięki blogowi pozostaję w pewnej dyskretnej łączności. Że bliscy mi ludzie pomiędzy wierszami moich wpisów (które wszak są oględne, bo blog jest publiczny) nie tylko wyczytują moje uczucia, ale też odkodowują konkretne zdarzenia i postaci. Nasze blogi tworzą jakby cieniutką, niekrępującą ale jak najbardziej rzeczywistą, sieć wzajemnej życzliwości.

11.12.2008

smutno

Wczoraj usłyszałam od pewnego miłego człowieka, że mój blog jest smutny. No chyba faktycznie... jakby nie patrzeć, "radością nie eksploduje" - jak to określiła Samprasarana. Samprasarana powiedziała mi też, że zaczynam tworzyć błędne koło: "piszesz smutne rzeczy na blogu, potem jest Ci smutno, że jest smutny, więc będziesz pisać jeszcze smutniejsze rzeczy. i masz"
Rzeczywiście należałoby to błędne koło w którymś punkcie przerwać. Może na początek zmienię kolorystykę tego bloga i w ogóle jakoś poprawię mu dizajn. W końcu nie ma sensu tonąć w smutku, nawet jeśli ten smutek realnie występuje. Nie smutek mnie, ale ja smutek muszę trzymać na smyczy. Również wczoraj pogawędziłam chwilkę z Anią, która zacytowała mi bardzo szczególny tekst księdza Twardowskiego. I takie między innymi słowa:

nawet to czego nie mam komu dać
zawsze jest komuś potrzebne

Cennym prezentem są takie słowa, gdy walczy się o to, by własny smutek okiełznać.

9.12.2008

kwestia zmiany liter

Tato, słyszałam dziś jedną z najpiękniejszych modlitw. Jedną z takich, których - mam ochotę Ci to zarzucić - z zasady nie wysłuchujesz. W piosence Podanie Andrzej Poniedzielski napisał: "Zamień mój żal na bal, a sny pozamieniaj na dni. Dla Ciebie to kwestia zmiany liter. Dla mnie to życie." Śpiewałam ją płacząc w ten adwentowy czas i myśląc o kolejnych świętach i kolejnych prośbach, które pójdą w Twym biurze ad acta.
To prawda, że te słowa powstały do melodii walca wiedeńskiego. Ale czyż można tańczyć TAKIE modlitwy? A już na pewno nie w parze.

7.12.2008

najnowsza Musierowicz

Wczoraj przeczytałam Sprężynę. To miło, że autorka dała Tygrysowi takiego fajnego faceta. Śliczna opowiastka w sumie. Pewnie dlatego tak śliczna, bo tak bardzo bardzo nieprawdziwa. Łatwiej chyba uwierzyć w krasnoludki albo w Kod Leonarda da Vinci. Na dodatek prawa narracyjne są tam tak żelazne, że już na trzy strony przed "pierwszym wejrzeniem" było dla mnie jasne, że za chwilę TO nastąpi. Jakbym siedziała w kinie na filmie sensacyjnym, w którym wyraźna zmiana muzyki zapowiada, że za parę kadrów na głównego bohatera wyskoczy zza węgła zamachowiec.
Ale i tak Sprężyna jest dużo lepsza od Czarnej Polewki i od Żaby, w których roiło się od nieprawdopodobieństw nie tylko nieprawdopodobnych, ale na dodatek nieślicznych. No i wreszcie bohater o jakimś NORMALNYM imieniu!
Teraz zmienię nastrój i poczytam Misia Paddingtona. Jak znam życie, wykopię z tej książeczki setkę egzystencjalnych prawd o terapeutycznej wartości.

6.12.2008

o wolności

Antygona Anouilha, wystawiona po raz pierwszy w okupowanym przez Niemców Paryżu, mówi między innymi o wolności. O tym, jak chuderlawa, czarniawa dziewczyna wybiera nonkonformistycznie śmierć, by zamanifestować, że jest wolna. Dziś napisałam komuś te dwa słowa: "jestem wolna". I dogłębnie poczułam ich treść. Jestem wolna nie do śmierci, ale do miłości. Nie muszę dowodzić mej wolności umierając, mogę jej dowieść darząc miłością kogo zechcę, bez żadnych zobowiązań i oczekiwań. Po prostu dawać. Bez okoliczników i przydawek. Nie muszę tego mojego miłowania uzależniać od czyjeś odpowiedzi. A Tata może uczynić prawdziwy cud i sprawić, że moje życie - takie jakie tu i teraz jest (a każdy widzi, jakie) - nie będzie bezowocne. Twój ruch, Tato!

2.12.2008

literatury dziecięcej ciąg dalszy

"Muszę się spieszyć i żyć. Tyle czasu zmarnowałem." powiedział Ti-ti-uu, bohater "Wiosennej piosenki", pierwszego z Opowiadań z Doliny Muminków. Tego opowiadania, które właśnie w ramach Saturnaliów tłumaczymy na łacinę. A ja też jestem takie Ti-ti-uu. W ciągu ostatnich miesięcy odkryłam na nowo własne imię, wyprowadziłam się do nowego mieszkania i teraz wszystko, co się przydarza ma znaczenie, bo "nie przydarza się w ogóle, tylko przydarza się mnie."
Z biegiem czasu coraz więcej mądrości odkrywam w literaturze dziecięcej i dochodzę do wniosku, że tylko ją naprawdę warto czytać. Już się nie mogę doczekać, kiedy mi z Albertusa przyślą Misia Paddingtona. Może Quaestiones Disputatae de Potentia Dei Tomasza z Akwinu mówią strasznie mądre rzeczy o naturze Boga. Ale w niczym mnie nie przybliżają do przeżywania Jego i mojej tajemnicy w głębszy i lepszy sposób. A takie Muminki wręcz przeciwnie. Podobnie jak Koziołek Matołek albo Kubuś Puchatek. Po prostu bohaterowie na moją miarę.

30.11.2008

Samprasaranie się podobało

.... pomyślałam więc, że wkleję fragment naszej rozmowy tutaj:

"W piątek byłam na tej Miodowej;

jak zawsze szłam pod rękę z myślą, że moje życie jest przegwizdane, bo już nie zrobię tego, co pragnę...;

to było dla mnie śmieszne wrażenie: wchodzić do Akademii Teatralnej... Całymi latami patrzyłam na ten budynek jak na zaczarowane miejsce;

w którym można zobaczyć naprawdę ludzi zza rampy;

ludzie teatru zawsze mnie fascynowali i zawsze się czułam takim małym pyłkiem w porównaniu z nimi...;

a teraz tam weszłam, wypożyczyłam bez problemu tę Antygonę, wyszłam stamtąd i popatrzyłam sobie na niebo...;

i nagle sobie pomyślałam, że życie jest tak samo niezmierne jak niebo;

że nawet jeśli pewne rozwiązania są już niemożliwe, bo za późńo, to w niczym nie zmienia to faktu, że nadal ma się przed sobą nieskończoność;

bo jak się coś odejmie od nieskończoności, to ona przecież nadal jest nieskończonością..."

28.11.2008

jak podnieść słupki sondażowe

Szanowni Zwiedzający!
You are in the candid camera! Don't smile! Trzy dni temu Samprasarana podłączyła niniejszy blog do maszyny obliczającej, ile osób tu zagląda. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, że przedwczoraj odwiedziło nas 26 osób! Ale Samprasarana podłubała w maszynie i dotarła do szczegółowszych informacji o naszych wielce szanownych gościach. Okazało się, że większość trafiła tu z... GOOGLA! Po haśle "nekrofilia"!
Jak zatem widać wypróbowałam na własnym blogu zasadę marketingową o chwytliwych hasłach.

A poza tym dziś po raz drugi w życiu weszłam w mury gmachu, który zawsze był i pozostanie dla mnie magiczny. Mam na myśli Akademię Teatralną na Miodowej. A poszłam tam jako do jedynego miejsca na ziemi, gdzie można dostać polski przekład "Antygony" Anouilha. No bo przecież - mówiłam sobie - ten przekład musi istnieć. Sama kiedyś w teatrze TV (w dawnych czasach, gdy TV była oglądalna) widziałam tę sztukę z młodziutką Szczepkowską (jeszcze zanim została "tą-panią-co-ogłosiła-upadek-komunizmu") i dystyngowanym Łapickim w głównych rolach Antygony i Kreona. Wciąż mam przed oczami to genialne przedstawienie. A skoro grali i to po polsku, to ktoś to musiał przetłumaczyć. I ten tekst gdzieś musi być. No i jest! W bardzo "user friendly" bibliotece Akademii Teatralnej, pod opieką życzliwych i znających się na rzeczy bibliotekarzy. Czuję, że to nie ostatnia moja wizyta w tym magicznym miejscu.

25.11.2008

nekrofilia

Powoli zbliża się chwila, w której trzeba będzie podjąć jakąś konkretną decyzję co do dalszych poczynań zawodowych. Dziś dał mi do myślenia życzliwy dr hab. mówiąc, że relacja z Homerem to poważne ryzyko. Koleś jest niezbyt monogamiczny. W zasadzie wszyscy go mieli, każdy sądzi, że go poznał, i wszyscy są o niego wściekle zazdrośni. Jeśli więc nie mam solidnych dowodów, najlepiej w postaci kompromitujących zdjęć, że sypiam z Homerem od czterech lat noc w noc, to wszystko, co powiem, zostanie użyte przeciwko mnie. Co innego taki Maurycy de Sully. Fakt, że dużo mniej atrakcyjny. Gdzie mu do tego ciacha - Homera! Ale za to będę jego jedyną. Żadnej konkurencji! Nikt mi nie przyszura, bo nikt go nie zna. Nawet życzliwy dr hab. Wszystkie więc auspicia (nawet to, że jednak - nie da się ukryć - w łacinie poruszam się swobodniej niż w grece) wskazują na Maurycego.
Ciekawe, że ta alternatywa (poligamiczny przystojniak contra wierny nieatrakcyjny) dotyczy w równej mierze żywych co martwych facetów...

24.11.2008

Pacanowów wbród!

Obrodziło tym światem okrągłym i pięknym i miejscami do zwiedzania i ludźmi do towarzyszenia w drodze. Zanim dojdzie do Hiszpanii, to jeszcze jakaś Turcja woła minaretami Drugiego Rzymu i wybrzeżem jońskim. I jakoś inaczej zupełnie się czyta Dzieje Apostolskie na seminarium do Janisza, kiedy sobie Matołek pomyśli, że może już niedługo te wszystkie miejsca zobaczy na własne brązowe oczy. A na tych wszystkich szlakach oprócz historii - ludzie. Nowe twarze, do których można się uśmiechać. I dalej sumować kolejne niedokładne dane (bo tak na niekozi rozum to wszystko nadal jest bez sensu) ufając, że gdzieś w jakimś Ostatecznym Rachunku wyjdzie z tego dokładna suma.
Bilet lotniczy do Konstantynopola z przesiadką w Zurichu (i 12 godzinami oczekiwania - jeszcze nocny Zurich zwiedzę!) kosztuje niecały tysiąc. Zaczyna mi się to podobać.

23.11.2008

Pacanów OLE!

Wygląda na to, że najbliższy Pacanów ma szansę być w Hiszpanii. Idąc za dobrą radą dobrego człowieka, postanawiam odrobić lekcję z dzieciństwa i zacząć żyć i robić głupie rzeczy TERAZ, skoro ich nie robiłam, gdy była na to pora. Łatwo powiedzieć "rób głupie rzeczy"... Ale mnie nic odpowiednio głupiego jakoś nie chciało przyjść do głowy. No ale od czego są przyjaciele? Już mam ofertę bardzo szalonej wyprawy do Monserrat. Autostopem przez pół Europy.
Swoją drogą do tańczenia flamenco podkowy byłyby w sam raz....

19.11.2008

no to jak z tym Pacanowem?

Anioł Karol napisał mi na skypie: "Po co Ci ten Pacanów? Przecież to ściema jest. Tam wcale kóz nie kują." A gdyby nawet kuli, to po co kozłu podkowy??
No tak. Jeśli tak postawić sprawę, to faktycznie frajer z tego koziołka. Zamiast siedzieć na koziej rzyci w Koziej Wólce, wyrusza w świat, żeby dać się podkuć. Po kiego grzyba?
Ponoć inne kozy uznały, że trzeba kogoś wysłać, kto by sprawdził, czy to dobrze mieć podkowy. No i frajer Matołek zgłosił się na ochotnika.
Mamy zatem opowieść o kimś, kto podejmuje się wędrówki do określonego miejsca i w określonym, ale jednak GŁUPIM celu. Na dodatek idzie do tego miejsca drogą wielce - mówiąc bardzo oględnie - okrężną. A jak już tam dochodzi, to okazuje się, że w tym miejscu i tak tego celu (wbrew plotkom) osiągnąć się nie da. I nie wiadomo, czy się cieszyć z tego, że się w końcu doszło do Pacanowa, czy biadać nad tym, że tam nikt kóz nie podkuwa. A może cieszyć się, że nikt kóz nie podkuwa, bo przecież to idiotyzm, żeby koza nosiła podkowy...
Spiętrzenie bezsensowności i paranoi.
Tyle że gdyby nie ten durny nieprawdziwy cel (pierwsza pomyłka), kozioł nie wyruszyłby do Pacanowa, gdzie i tak ten cel jest nieosiągalny, ale on o tym nie wie (druga pomyłka) i nie zabłądziłby do Chin, Ameryki i na księżyc (trzecia pomyłka), a tym samym zamiast zostać Najsłynniejszym Koziołkiem W Literaturze Dziecięcej, byłby całe życie anonimową kozą siedzącą na anonimowej rzyci w anonimowej wólce....
No to w końcu jak z tym Pacanowem?

Może jednak wieszcz miał rację: "w życiu nie ma nic oprócz życia". I nie o podkucie i Pacanów chodzi, ale o to wędrowanie właśnie? O to spiętrzenie bezsensownych paranoidalnych pomyłek, które daje "dokładną sumę niedokładnych danych"?

14.11.2008

wiedźmy i matołki

Kiedyś na skypie dałam sobie taki opis: "wiedźma do usług". Wywołałam tym sporo ciekawych reakcji. Większość uznała, że źle robię wymyślając sobie od wiedźm. A ja o takiej etymologicznej wiedźmie myślałam... o takiej, która "wie". Co to w baśniach występuje, rad udziela... Stara, mądra. Ale niektórych to i tak nie przekonało. "Jesteś księżniczką" mówili "a nie żadną wiedźmą."
No nie wiem, nie wiem. Bo oto znów rozmawiam z kimś o jego życiu, o jego uczuciach i jego obawach (nie ze mną oczywiście związanych). I staram się jakoś wesprzeć, dodać otuchy. No jak tak wiedźma zupełnie. I szczerze to robię: chcę, by ludzie, których darzę życzliwością, zdobywali swoje szczyty, budowali swoje szczęścia. Tylko tak między wierszami odzywa się cichutki głosik: "a ja? a co ze mną?"
Może jednak prawdziwa wiedźma nie powinna zadawać tego typu pytań.

Inna rzecz - jak się tak sobie dobrze przyjrzę - to może faktycznie "pretensji do wiedzenia wiele", że sparafrazuję wieszcza (... więc się na pretensjach kończy, a nie kończy się w kościele...). Gdzie mnie do wiedźmy? Do wiedzącej? Czy ja mam jakieś doświadczenie? Pasmo sukcesów? Czy ja mam jakieś nadmierne pokłady otuchy, by ją innym wlewać? Czy ja w ogóle coś o życiu wiem?
Ja przecież matołek jestem, a nie żadna wiedźma...
Ot taki:

"Rzekł do siebie: "Niech wprzód spyta,
Ten, co w drogę się wybiera!"
Więc z powagą wielką wkroczył
Do księgarni Gebethnera.
Tam go pięknie przywitali,
On zaś wszystkim podał łapę
I powiada: "Niech panowie
Jakąś mi pokażą mapę".
Gdy mu wszystko objaśnili,
Kozioł, ucieszony wielce,
Zapamiętał, że iść musi
W stronę, gdzie jest miasto Kielce.
Lecz gdy wyszedł na ulicę,
I gdy ujrzał ludzi mrowie,
Wszystko mu się poplątało
W jego biednej, koziej głowie..."

I w efekcie zamiast w pociąg jadący do Kielc, wsiadł w taki, który jechał do Zakopanego...
I to jest moja historia...
Więc niby jakim cudem matołek miałby być wiedźmą...

Czemu w takim razie życie nawiewa mi ludzi do wysłuchiwania, wspierania, wlewania otuchy?
Nie żebym się skarżyła, broń Boże! Nawiewa mi też takich, którzy wysłuchują, wspierają i wlewają... To nawet zrozumiałe, bo matołki bez takich ludzi daleko by nie zaszły. A już na pewno nie do Pacanowa.
Ale na odwrót? Czyżbym mogła komuś coś dać? Czy może tylko pycha mi takie myśli podsuwa?

A matołek jednak doszedł do Pacanowa. Co prawda nie podkuli go tam, bo okazało się, że to niezupełnie o to chodzi:
"Wtem się zbliża pan profesor
I tak mówi: - "Próżne żale!
W Pacanowie kóz nie kują,
Lecz się Kozy zwą kowale.
Jest tu kowal Maciej Koza,
Jan i Wojciech, dwaj bratowie,
Stąd na świecie powiadają:
Kują Kozy w Pacanowie"
Jęknął kozioł i tak płacze:
"Jakiż to Matołek ze mnie!
Tyle wycierpiałem trudów,
I to wszystko nadaremnie!"
Wtedy jeden stary człowiek
Dłoń na głowie mu położył
I rzekł: -"Po co ci odmiany?
Tak żyj, jak cię Pan Bóg stworzył."

No i chyba nic tu dodać... nic tu ująć...
Ale żeby na odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania znajdować w "Koziołku Matołku"....

4.11.2008

baśniowo

Marzenia małej dziewczynki o pięknej sukni, balu na królewskim dworze i o niekończącym się walcu (Czajkowski lub Szostakowicz. Ewentualnie Strauss) z najprzystojniejszym księciem świata. I o bezgranicznym zachwycie w oczach tego księcia.
Głupie, prawda? A może jednak nieprawda... Może wcale nie głupie. Albo jeszcze inaczej: może i głupie, ale tak autentyczne, że niemal tożsame z ową małą dziewczynką.
Bo te marzenia wielkie są. Niezmierne tak naprawdę. Nie ma takiego pałacu, takiej sukni (i takich pantofelków - bo nie dość że muszą być śliczne i wygodne do tańczenia, to na dodatek szklane!) i takiego księcia na ziemi. Tu, gdzie wszystko jest ograniczone i przemijające, niemożliwy jest bezbrzeżny zachwyt w cudzych oczach. Tu, gdzie wszystko jest śmiertelne, zawsze kiedyś wybije północ.
Więc może dopiero Tam, gdzie wieczyście trwa ten kwadrans przed dwunastą, będzie i bal i królewskie pałace i Książę z rozkochanym wzrokiem. I może właśnie o to chodzi w tych baśniowych marzeniach. O prawdę najprawdziwszą.
I tylko na jedno liczę, a nawet się tego domagam. Jak już Tam będę szła, to chóry niebieskie mają mi zagrać walca! Czajkowski i Szostakowicz. Ewentualnie Strauss.

3.11.2008

wypatrywanie

Z moich dzisiejszych komunikacyjnych zadumań (kręcących się oczywiście wokół mnie samej jak na egocentryczkę przystało) wynika, że może chodzi jeszcze o coś innego. Pustka jest wszak nieodłącznym elementem ludzkiej kondycji. Sensowniej byłoby ją oswoić, przytulić. Bo tylko ona towarzyszyć nam będzie do końca. Wierna samotność.
A w niej - w tej nicości - ślady nieuchwytne, które uchwycić trzeba. Żeby żyć.
Ślady wiecznej Obecności. Tyle, że ja ich ciągle nie widzę. Ciągle tylko pustka pustką zieje. Nie wiem, jak szukać. Jak wypatrywać. Czuję, że gdybym znalazła, gdyby nicość zaczęła układać się w Oblicze, to wszystko zaczęłoby wyglądać inaczej. I można by wtedy naprawdę własne życie - takie jakie jest - przytulić. Więc może kiedyś jakoś znajdę? I "powołanie do samotności" okaże się mieć sens?
Oby....

2.11.2008

kolej z Werony wciąż za drogo

I pewnie jeszcze zdrożeje, bo mamy wszak kryzys...

Co na to Tata?
Tato, zrozum: potrzebuję jakiejś odpowiedzi! Czego mam szukać? Czy pustka i ból to "moja dola", którą mam przyjąć bez szemrania i czekać na lepszy los po Tamtej stronie? Licząc na to, że czas szybko leci, więc wędrówka nie potrwa długo?
Czy mam jednak walczyć o pragnienia serca? I zostać siedemdziesięcioletnią staruszką "pełną nadziei", bo dla Boga nie ma nic niemożliwego?
A może te pragnienia są złe? Może te wszystkie "autorytety", które twierdzą inaczej, się mylą? Może zatem agere contra i na pustynię? Włosienica i brak higieny - czy tymi metodami można zwalczyć tęsknotę za bliskością?

A ta kolej z Werony to chyba na dodatek strajkuje....

21.10.2008

logiki ciąg dalszy

Rozmyślania o sobie samej i własnych przywarach tudzież ułomnościach dają takie rezultaty, jak ostatnio. Czasem jednak poprzez zasłonę egocentryzmu przedrze się coś tak ewidentnego, że nie sposób tego nie zauważyć. Wybije z samozapatrzenia i samoużalania. A takim czymś bywa jawny dowód cudzych przywar i ułomności. I faktycznie tak mi w tych ostatnich dniach owych dowodów obrodziło. A głównie dowodów na cudzą niestałość, niedojrzałość, niezdolność budowania relacji i ogólnie skłonność do rozmieniania się na drobne i skakania z kwiatka na kwiatek.
Nie rozumiem i nie potrafię zrozumieć. Jak można być z kimś blisko, bardzo blisko i to publicznie bardzo blisko, a potem się rozstać i w dwa, trzy tygodnie po rozstaniu zaczynać już być blisko z kimś nowym? Nie potrafię tego pojąć.
Nie rozumiem, jak można za kimś chodzić, "urabiać" go, podrywać i uwodzić, po czym nagle zainteresować się kimś innym i nawet nie mieć wyrzutów sumienia? Tego też pojąć nie umiem.
Tata powiedział: "Wydaj za mąż córkę, a dokonasz wielkiego dzieła,
ale daj ją mądremu mężowi" (Syr 7).
I tak sobie myślę, że może Tata jest bezradny, bo nie ma już nigdzie mądrych facetów?

17.10.2008

szukając logiki

Jeśli chcę być sprawiedliwa; szukać Prawdy, a nie dowodzić własnych prawd; obiektywnie popatrzeć na siebie i własne bycie z ludźmi w świetle tego, w co wierzę, to rozwiązanie moich egzystencjalnych problemów jest proste: sama sobie jestem winna. To fakt: nie pasuję. Nie umiem tworzyć realnych, solidnych więzi, wymagających przede wszystkim realnego spojrzenia na siebie i samoakceptacji.
Wszak człowiek by być Z kimś, musi najpierw sam BYĆ. Mieć własnego bycia mocną niezachwianą świadomość. Nie tylko świadomość faktu bycia, ale również świadomość natury i jakości swego bycia. Jak się tego nie ma, to się nie jest. Albo się jest na pół gwizdka. A takie półgwizdkowe bycie nie może z drugim byciem stworzyć wspólnego BYCIA Z.
I to jest o mnie opowieść. Opowieść o półgwizdku. Może i półgłówku przy okazji? Pytanie, czy to się da wyleczyć, już przerabiałam. Ponoć się daje. Na ogół. Ale chyba już i tak za późno, by owo leczenie przyniosło jakieś konkretne zmiany. Za późno. Przyjdzie się z półprzegwizdanym życiem borykać jeszcze lat ileś. Do wyczekanego końca...

15.10.2008

wszechniepasowanie

Nie pasuje. Nic do niczego. A przede wszystkim ja nie pasuję. Albo do mnie nie pasują. Ludzie, narracje, archetypy. Czy to pycha czuć się tak niepasująco? Pycha, nie pycha, ale takie poczucie boli. Boli gdzieś nawet poza łzami, głębiej niż łzy. Najbardziej w nim boli obawa, że tak już będzie na zawsze. Na lata. I choć czas szybko (czasem za szybko) upływa, jednak przewidywanie długich lat niepasowania pogłębia ból i rodzi lęk. Może ten lęk to wyraz niewiary. Może grzeszę obawą. Ale czy mam prawo wierzyć? Czy upieranie się przy optymizmie jest właściwą drogą? Może raczej świadczy o ignorowaniu rzeczywistości? Może brak realizmu jest większym grzechem jednak?

14.10.2008

zapis choroby

Wczorajszy wieczór w Teatrze Polonia zainspirował mnie, by wrócić do tematyki heroin rosyjskich romansów. Miałam okazję poznać piosenkę "Rebeka" i jej nieprawdopodobny tekst. Spośród rozlicznych zapisów chorób psycho-gynicznych, ten jest szczególnie przerażający. Trwający całe życie sen Rebeki, która kocha człowieka ujrzanego raz w życiu - za takie teksty powinno się odpowiadać przed sądem. To jest gorsze niż sprzedawanie wódki nieletnim. To niemal handel narkotykami.
A ponieważ jestem "na głodzie", ta tematyka odzywa się we mnie wielokrotnym echem.
W przeciwieństwie do tekściarza-dealera, Tata odpowiedział zupełnie inaczej na uświadomiony przeze mnie głód relacji.
Tego samego dnia, gdy pisałam posta o brakach, czytania mszalne mówiły o uczcie. A ojciec Kubiak na Freta wspomniał w kazaniu o "duchowej anoreksji". O tym, że umieramy z głodu siedząc przy uginającym się od potraw stole. A wystarczy tylko się do tego głodu przyznać i wyciągnąć rękę. Wystarczy prosić. Zgodzić się przyjmować zamiast ciągle chcieć tylko dawać.
Przyznaję się więc i wyciągam rękę. Czy coś w tę wyciągniętą dłoń wpadnie?
Tato?

12.10.2008

braki

Człowiek wybrakowany porusza się niezbornie. Jeśli braki są fizyczne, niezborność przyjmujemy do wiadomości bez zdziwienia. Trudniej pojąć związek między niezbornością ruchów innego rodzaju a brakami psychiczno-społecznymi, że się tak wyrażę.
Myślę o tym, że człowiek pozbawiony na przykład poczucia bezpieczeństwa wykonuje różne "ruchy" i podejmuje decyzje nacechowane niezbornością. Obserwuję to sama na sobie, jak dalece moje braki powodują moimi poczynaniami. Głód też jest skutkiem braku i jako taki wpływa na ludzkie postępowanie. Człowiek głodny (odczuwający brak jedzenia) nie postępuje tak jak człowiek syty. Robi co prawda to, co ma robić, ale wszystkiemu, co robi, towarzyszy podskórny głód. Można o nim zapomnieć, ale tylko do czasu. Nadejdzie moment, gdy głód weźmie górę i najpierw zacznie zakłócać, a w końcu uniemożliwi skutecznie robienie czegokolwiek.
Z brakiem relacji i z głodem miłości jest dokładnie tak samo jak z fizycznym wybrakowaniem i z niedożywieniem.
Nie sposób wówczas poruszać się i postępować w życiu mądrze, dojrzale i "zbornie". Co gorsza niezborność ruchów wywołana takim brakiem i takim głodem jest doprawdy irytująca. Nie potrafię sama u siebie jej zaakceptować. I wciąż się zastanawiam, co na to Tata? Czy zechce ułatwić mi "zborne" funkcjonowanie uzupełniając braki i sycąc głód? W jakikolwiek sposób? Czy zechce coś z tym zrobić?

6.10.2008

radar

Mam radar na donżuanów. Dziwaczna to przypadłość i nie wiem, jak się z niej leczyć. W praktyce działanie radaru polega na tym, że jeśli w polu widzenia trafi się donżuan, to natychmiast wpada mi w oko. Zanim jeszcze mój mózg zarejestruje, że właśnie z donżuanem mam do czynienia, podświadomy, instynktowny radar działa i kreuje mi - w sercu czy gdzieś tam - fałszywy hologram obiektu w najpiękniejszych barwach. W efekcie wyobraźnia - lub jakaś inna "władza duszy" odpowiedzialna za takie sztuczki - jest w stanie mi wmówić, że inkryminowany pan jest wrażliwy, delikatny i romantyczny naprawdę. Choć każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, dostrzeże natychmiast, że jest on wrażliwy, delikatny i romantyczny na pokaz. Ale jak widać tego rodzaju "na pokaz" trafia w jakiś czuły we mnie punkt i powoduje całkowity wyciek oleju z głowy. Jakby ktoś przyciskiem wyłączał mi rozsądek. Ostatecznie chyba na tym właśnie polega kobieciarstwo, prawda? Na umiejętności wyłączania rozsądku w kobietach. Zazdroszczę tym, które są na to odporne. Jak one to robią?

1.10.2008

było sobie Miasto

Miasto powstało i rosło. Przeżyło kilka sacchi i znów powstawało i rosło. Jest wielkie wzdłuż i wgłąb. A ludzie tam mówią wszystkimi narzeczami świata. Jest oczywiście brudne. A jeszcze brudniejsza jest rzeka, nad którą leży. Ale to jest Miasto Miast. Nie ma drugiego takiego. Archetyp Miasta po prostu.
Właśnie stamtąd wróciłam. Z lata prosto w jesień. Szarą i chłodną. Z nierzeczywistości i zupełnie odlotowej fantastyczności (której nie zdołał nawet zmniejszyć fakt, że w Mieście na każdym kroku próbują człowieka okraść) w codzienny konkret. W setki niecierpiących zwłoki spraw. W czas tak ciasny, że nie ma w nim chwili na nocne przesiadywanie na schodach hiszpańskich przy winie z kartonu; nie ma w nim chwili na zagapienia, zapatrzenia, zamarzenia.
Czas w Mieście płata figle. Wśród wszechobecnej aeternitas łatwo stracić rachubę własnych lat i poczuć się dużo młodziej. Niebezpiecznie młodo do utraty głowy. Albo dużo starzej. I jednocześnie nie mieć na nic czasu. Czas Miasta ma własny rytm, co łatwo było dostrzec na znakomitej większości zegarów, z których każdy zatrzymał się na innej godzinie. W Mieście nie da się żyć. To Miasto żyje w tobie. I za ciebie. Bierze cię w posiadanie i musisz do niego wrócić, nawet gdy nie wrzuciłeś monety do fontanny di trevi. Nie należy jednak sądzić, że w Mieście jest zawsze miło. Bynajmniej. Zresztą gdyby było zawsze miło, to nie chciałoby się tam wcale wracać. Miasto bywa wredne i parszywe. Najbardziej wredni i parszywi są mieszkańcy Miasta. Miasto utrudnia ci wszystko, co dotychczas wydawało się łatwe. Z drugiej jednak strony ułatwia rzeczy, które gdzie indziej są po prostu niemożliwe.
Piszę enigmatycznie? No pewnie! Kto chce wiedzieć więcej, niech się przejdzie samowtór po nocnych ulicach Miasta z tanim winem w ręku.

17.09.2008

wypadałoby

Wypadałoby wreszcie coś napisać. Bo ostatni wpis ciągle jest ostatnim i chyba mu się już być tym ostatnim znudziło. Co prawda w jego przypadku jest to również bycie pierwszym. Ale i to się znudzić może.
Ostatni, pierwszy. Koniec i początek. Jak mawiał mistrz Sapkowski: "coś się kończy, coś się zaczyna". Skończyły mi się Siedlce. Nie będzie już jazd busami z Ronda Wiatraczna. Nie będzie udawania historyka, którym nie jestem. Teraz zagnieżdżę się w lesie. Bielańskim. Czyli na tak zwanym "Uksfordzie", na wydziale humanistycznym, w instytucie polonistyki, na kierunku "kulturoznawstwo".
Ale przedtem: Rzym. Ostatnie chwile dogrzewania przed zimą.

Wśród różnych końców odnotowuję z pewną satysfakcją koniec ostatnich powikłań po przykrej dolegliwości zwanej fachowo amor furiosus. Natura przemogła chorobę.
Z pomocą homeopatii. Nigdy nie wierzyłam w tę metodę, ale tym razem, na tę chorobę akurat okazała się całkiem skuteczna. Czytelnikom przypomnę, że zasadą homeopatii jest: "co zaszkodziło, to też pomoże". Czasem działa, mówię Wam!
A poza tym w ostatnich dniach zajmowałam się ankietowaniem wśród krewnych i znajomych królika na temat podrywania i czucia się podrywanym/ną. Zadziwiająca jednomyślność znakomitej większości respondentów wprawiła mnie zaiste w dobry humor.
I na tym poprzestanę na razie. Następny wpis może już z Italii.

7.09.2008

wrzesień

Pora kończyć te miłosno-powieściowe wątki jako prowadzące donikąd. Tata jak widać czuwa nade mną na serio i ratuje mnie przed niszczącymi relacjami. Pora popatrzeć na własną historię pozytywnie jako na sensowną narrację. Pora uwierzyć, że skoro ratuje i chroni, to wynika to z Jego wobec mnie życzliwości i troski. A skoro się troszczył dotąd, troszczyć się będzie nadal i wyprowadzi z ciemnej doliny auto-niechęci i auto-destrukcji.
Życie jest większe i bardziej niesamowite od powieści (a już zwłaszcza od dziewiętnastowiecznych romansideł). Dzieją się w nim sprawy naprawdę ważne i doniosłe, sprawy o wymiarze wiecznym i transcendentnym. W ich obliczu te śmieszne opowiastki o chorych i nieszczęśliwych zakochaniach, o koślawych i kłamliwych relacjach wyglądają dość groteskowo. Najwyższa pora wyjść z zakurzonych kulis wewnętrznego teatrzyku w prawdziwy świat.

6.09.2008

JESZCZE O MIŁOŚCI ROMANTYCZNEJ

Kontynuując rozważania o typowych narracjach i o cechach gatunkowych dziewiętnastowiecznych romansów dochodzę do wniosku, że najważniejsze w powieściowych miłościach jest to, iż są nieszczęśliwe. Porządna romantyczna miłość szczęśliwa być nie może. Miłość szczęśliwa jest nudna i kołtuńska. W dawnych romansach niezbędnym składnikiem narracji jest więc jakaś siła, która uniemożliwia miłości przejście w stan szczęśliwy i w ten sposób utrzymuje ją w stanie romantycznym. Albo oboje kochanków kocha się nawzajem na ślepo i na zabój, a na przykład źli rodzice stają na przeszkodzie ich miłości (stąd się pewnie wzięło uwielbienie romantyków dla Szekspira), albo tylko jedno z nich kocha do szaleństwa, a drugie to uczucie odrzuca.
Czy to z jakiegoś nadmiernego rozczytania w literaturze romantycznej bierze się u mnie to, że permanentnie zakochuję się w facetach, którzy mnie kochać nie mogą, nie będą i nie chcą? Czyżbym szóstym zmysłem wyczuwała w nich jakiś rodzaj niechęci do mnie, który sprawia, że taki właśnie facet (jako znakomity kandydat do odegrania roli w kolejnej romantycznej i ex definitione nieszczęśliwej miłości) staje się automatycznie obiektem moich westchnień? Nie muszę dodawać, że im więcej wzdycham, tym bardziej delikwent się oddala i z czasem cała narracja zaczyna przypominać Sen Nocy Letniej z nieszczęśliwymi kochankami goniącymi obiekty swych nieodwzajemnionych uczuć. Szkoda, że nie umiem pisać powieści.... Choć z drugiej strony w dzisiejszych czasach modny jest stereotyp holiłudzki z obowiązkowym happy-endem, a nie model romantyczny. Czy to kolejny dowód na to, że nie pasuję do mojej epoki?

1.09.2008

rosyjski romans part two

Rozmawiam sobie z Samprasaraną o zakochiwaniu się na ślepo i na zabój.
Wielce ciekawy temat. Głównie w perspektywie mojej własnej introspekcji. O ile bowiem żywię dość solidne przekonanie, że zakochiwanie się na zabój jest .... zabójcze właśnie, o tyle zaczynam sama siebie podejrzewać, że ja to chyba inaczej nie potrafię.
Z uporem godnym lepszej sprawy zakochuję się na ślepo, na zabój i na dodatek nieszczęśliwie. I jakoś wyrozumowany ideał spokojnego rozsądnego zakochania w porządnym człowieku, który będzie potrafił na moje uczucia odpowiedzieć odpowiedzialnie, jest i - jak przeczuwam - pozostanie dla mnie niedościgły.
Święta Tereska miała taką tezę na temat własnego powołania. Twierdziła, że z jej uczuciowością spaliłaby się w ludzkiej miłości jak ćma w płomieniu lampy. Że nie umiałaby "zarządzać" tym uczuciem roztropnie. Czyżby ona też była z gatunku "heroin rosyjskich romansów" ?? Najwyraźniej!
Dla Tereski odkrycie to stanowiło potwierdzenie jej własnej drogi życiowej: Bóg zaprosił ją do życia dla Miłości po to właśnie, by nie zginęła w ogniu ludzkiego, niedoskonałego kochania. Z pewnością oceniała słusznie, bo też droga ta zaprowadziła ją do świętości.
Ale to była ona a ja nie jestem nią. Bycie typem heroiny rosyjskich romansów wcale nie jest dla mnie potwierdzeniem, że powinnam szukać szczęścia w zakonie. Wręcz przeciwnie.
Tak sobie jednak myślę, że te moje nieszczęśliwe zakochania na ślepo i na zabój to jakieś prawo narratologiczne: zgodnie ze wszystkimi regułami gatunku heroina rosyjskiego romansu dziewiętnastowiecznego nie może się zakochać szczęśliwie. Po prostu nie może. Nie może też dożyć późnej starości. Powinna umrzeć młodo i na suchoty, a niewdzięczny kochanek powinien przy jej łożu śmierci odkryć, że kochał ją wszak do szaleństwa, ale sam tego nie wiedział. A wszystkiemu powinien towarzyszyć wzruszający podkład muzyczny z przewagą wiolonczeli.
Niestety, nie znam żadnych wiolonczelistów. A to pech :(

30.08.2008

rosyjski romans

Zbiór opowiadań Czechowa stał na półce. Od lat. Czemu akurat dziś go wzięłam do ręki? Co mnie podkusiło - nie wiem. Ale już w połowie książki doszłam do wstydliwego wniosku, że jestem typem bohaterki dziewiętnastowiecznych romansów. I to na dodatek rosyjskich!
Może właśnie dlatego tak mnie wkurzała Natasza Rostow, że o Kareninie już nie wspomnę. Czyżbym przeczuwała w tych kobietach siebie? Uzależnienie emocjonalne, które wiąże je do kochanka z siłą, jakiej nic się nie oprze - to tak żałosne i tak głupie. Kobiety niewolnice zapominające o wszystkim, w całości oddane mężczyźnie, który na to nie zasługuje. Bo żadna wszak istota ludzka nie ma takich praw nad drugą ludzką istotą. Takie prawo ma tylko Bóg, a i On z niego nie korzysta.
Ciekawe, że te Natasze i te Kareniny zawsze pogrążają się w mężczyznach niedojrzałych, nieodpowiedzialnych i ekstremalnie wręcz egoistycznych. Oczywiście psychologia dawno już odnotowała ten mechanizm. Ale nawet gdyby trafiały na facetów, których dojrzałość, odpowiedzialność i egoizm nie odstają od średniej krajowej - takich zwyczajnych sobie, nieszczególnie złych facetów - niewolnicze oddanie tych kobiet uczyni łajdakiem każdego mężczyznę. No bo jak tu nie korzystać z praw Pana, kiedy ktoś się tak dalece zapomina w swej uległości?
Nieprzyjemna jest myśl, że może mam coś z tych rosyjskich ofiar miłości; że byle palant (jak jakiś Anatol czy inny Wroński) mógłby mnie właściwie uwieść w rekordowym tempie. A może właśnie żaden palant nie próbuje, bo nawet palanta zniechęci poprzeczka umieszczona zbyt nisko?
Nie, nie przesadzajmy. Nie ma tak nisko umieszczonej poprzeczki, żeby się jakiś leniwy palant na nią nie połasił. Choćby z nudów, choćby po to, by się rozerwać przez godzinkę. Ludzie z nudów przecież nawet "Metro" czytają! Więc nie przesadzajmy....
Tak naprawdę to myślę, że Bóg mnie chroni przed palantami. Między innymi przez to, że dał mi żyć pod koniec XX wieku, a nie w dziewiętnastowiecznej Rosji. I chwała Mu za to!

29.08.2008

deszczowy piątek

Rozmowy, rozmowy, rozmowy.
W realu, na gadzie, na skypie. Dłuższe i krótsze, wesołe i przykre. Czasem trudne.
Porozumienia i nieporozumienia.
Ale nawet te ostatnie mają jakiś głębszy sens. Kiedy nagle się okazuje, że jednak się nie dogadujemy. Że mówiąc w tym samym języku o tym samym i używając tych samych słów na opisanie tej samej sytuacji rozumiemy i czujemy coś innego. Bo każde z nas zapatrzone jest we własny ból. Jałowość takiego dzielenia się jest frustrująca. Żenująca. Irytująca. Przykra.
Bo przecież się otwieram - wydawałoby się - do dna. Ujawniam sprawy niełatwe, nawet wstydliwe i bolesne. Ujawniam, bo nie mogę ich już w sobie pomieścić, taić, ukrywać.
Po co zresztą taić? Po co stroić miny, unosić się honorem, odgrywać jakiś teatr? Jest, jak jest i lepiej o tym mówić. Zwłaszcza komuś, do kogo się ma zaufanie.
Ujawniam zatem i liczę, że będę zrozumiana. Że zaufanie nie zawiedzie, że będzie można wchodzić w głębsze jeszcze porozumienie.
A tu - nic z tego. Bo opowiadając o własnym bólu trafiam w ból cudzy. Reakcją jest zamknięcie, po czym wysłuchuję grzecznie i pokornie wymówek i pouczeń. Niezbyt to miłe, ale o dziwo humorystyczne!
Widzę w tym rękę Taty. Z czułością i wyrozumiałością pokazuje mi granice ludzkiego porozumienia. Mój ruch teraz: czy zechcę to uznać?
Tak, Tato. Uznaję. Uznaję naszą ludzką kruchość i ograniczoność. I to, że nigdy nikt nie pojmie mnie do dna. Że są obszary samotności zarezerwowane tylko dla Ciebie. Żaden człowiek tam nie dotrze, bo żaden nie ma tyle siły, odwagi i miłości.

20.08.2008

Z MAKUSZYŃSKIEGO

Dziś nie będzie nic ode mnie. Dziś przemówi o łzach Kornel Makuszyński, którego cudowne książki wyciskają tyle łez rzewnych, serdecznych i ciepłych...
"W tej chwili księżyc ucałował jej głowinę, bo musiał iść dalej. Ona patrzyła za nim jak ktoś, co stoi na brzegu wielkiego morza i żegna spojrzeniem srebrną łódź, co pod żaglem białej chmury płynie na kraniec świata. Ale ten, co odpływa, zostawił jej srebrną okruszynę mądrości o ludzkiej tęsknoci za tym, co jest piękne i mieszka na wysokościach, i zostawił jej duże srebrne łzy, szczęśliwe, dobre łzy, co ciężko spływają jej po twarzy. Nikt nie wie, gdzie jest źródło takich łez."

19.08.2008

ILUZORYCZNY POSTĘP I SAMOOSZUKIWANIE

Przychodzą chwile, gdy można popatrzeć w tył i zobaczyć całą serię deja vu. Różnych okoliczności, w których popełniło się głupie błędy, dokonało głupich wyborów i zmarnowało na nieprawdziwe historie dużo serdecznej energii. Okoliczności rzeczywiście były różne. Czasem tak różne, że w danym momencie wydawało się, że całkiem inne. I wydawało się, że "nie; tym razem wybieram słusznie; to w niczym nie przypomina tamtej pomyłki sprzed lat". A jednak różnice są pozorne. Nic się nie zmienia. Błędy w kółko te same i te same potem łzy.
A przecież czasem, no kurczę, wrażenie zmian jest tak silne. I nawet ludzie wokoło mówią: "zmienia się". A potem przebudzenie. I żadnych zmian. I życie w martwym punkcie.
Skąd ta zdolność do samooszukiwania? Czy z obawy przed prawdą? Prawdą, że nic nie mogę, że nikogo nie zbawię, że nie pomogę ani innym ani sobie? Czy trzeba również w tym osiągnąć dno i z dna zawyć o ratunek? Ale przecież wydawało mi się, że coś z tego już było... A może osiąganie dna i wołanie o ratunek to kolejna seria deja vu? Która się dopiero po tamtej stronie skończy?

16.08.2008

Byliśmy w Sokołowie, by świętować zaległe już nieco urodziny Gochy. Jubilatka dostała naszą zapałczaną twórczość i nie miała w zasadzie żadnych trudności z odgadnięciem, że tę "wielką megalomańską wieżę" na brzegu makiety postawiłam ja. Trzeba mi nad tym pomyśleć, bo megalomanii nie lubię. Siebie też za bardzo nie lubię z kilku powodów. Jeśli mam do tego dodać jeszcze megalomanię, to mi już chyba żadna terapia nie pomoże i znienawidzę siebie na dobre. Sokołowski piątek minął mi w towarzystwie dwóch uroczych par. Cieszyć się należy, że się ludzie tak pięknie dobierają i życzymy im żeby to piękno trwało, bo jest dobre.
Gorzej z szukaniem piękna we własnym życiu. No i z tym, że już zupełnie nie wiadomo, kogo winić za jego brak. Jakoś nie mam serca, by winić Tatę, bo przecież tyle wysiłku włożyłam i nadal wkładam w to, by wierzyć, że On mi dobrze życzy. A może nie ma sensu szukać winnych. Po prostu czasem "tak się życie układa". Bezosobowo.
Zwrócono mi uwagę, że ostatnio znów wpadłam w kanał zbędnego rozdyskutowania. No fakt. To objaw "starego człowieka". Z braku bodźców tektonika serca nie daje o sobie znać żadnymi wstrząsami i znów zaczynam zastygać. Z braku sytuacji lakrymogennych robię się wysuszona, a objawem tego jest ucieczka w wirtualne polemiki. Z tego wniosek, że muszę sobie znów popłakać.... najprościej to zrobić czytając Makuszyńskiego :) Na przykład:

"Serce można znaleźć wszędzie. Serca ludzkie kwitną jak bezpańskie kwiaty na łąkach. Miłość ludzka unosi się w powietrzu. Przyjaźń prosi słodkim głosem, by ją wziąć i przycisnąć do piersi. Musi jednak to być zamiana uczciwa: serce za serce, miłość za miłość, przyjaźń za przyjaźń."

12.08.2008

Ja tu sobie gadu-gadu o KARDIOSEJSMICE, a na wschodzie zaczęła się wojna. Przyznam, że patrzę na nią z dużym niepokojem. Każde wydarzenie, które dowodzi siły Rosji, wywołuje u mnie lęk. Nie wierzę Rosji jak psu. Nigdy. Cała historia tego kraju pokazuje, że był jest i zawsze będzie imperialistyczny. Jedyna szansa dla Azji i Europy wschodniej to słaba Rosja. Ilekroć Rosja rośnie w siłę, należy zacząć się bać. Dziś Gruzja, a kiedy przyjdzie kolej na "Priwislińskij Kraj"?
No i to wszystko jeszcze z olimpiadą w tle. I w Chinach.
Świat potępia i śle noty dyplomatyczne. Ale nie ROBI nic. Cały świat jest bezsilny wobec rosyjskiej i chińskiej ANTYDEMOKRACJI. Bo przecież Chiny to nie tylko problem Tybetu. To problem systematycznego gwałcenia elementarnych praw człowieka.
Kraj o największej powierzchni i kraj o największym zaludnieniu kpią sobie jawnie ze wszystkich naszych demokratycznych wielkich słówek.
Czy to nie jest najlepszy dowód słabości demokracji? My tu sobie monarchię i feudalizm uważamy za mity przeszłości, ale tak naprawdę to właśnie absolutyzm i feudalizm (w ciekawym połączeniu) ewidentnie kładą naszą demokrację na łopatki!
Co będzie dalej?
Patrząc na Putina tracę z oczu prawdę, że to Tata jest Panem Historii. Najwyższy czas się nawracać!

6.08.2008

No i nadeszła środa. Jak zwykle po wtorku. Niebo zaciągnęło się malowniczymi chmurami i trochę zapominam już o lecie. Wczoraj w "Orsay" widziałam fajne kurteczki, takie cieplejsze, i poważnie zastanawiałam się nad kupnem jednej w kolorze ceglastym. Grawitacja rejonów kurtek i płaszczy jest odwrotnie proporcjonalna do temperatury. Banalne odkrycie, prawda?
A przecież mamy sierpień i tłumy pielgrzymów wędrują na Jasną Górę. Mokną i marzną biedacy. Choć pamiętam, że jako dziecko zdecydowanie wolałam na pielgrzymce deszcz niż upał. Zwłaszcza gdy się przechodziło przez pustynny odcinek od Nowego Miasta do Różanny (Różannej?). Ci, którzy wyszli dziś, będą tamtędy szli pojutrze.
Ja tymczasem dostałam radę, by z prostotą pytać Tatę: "co chcesz, bym zrobiła?". Pytam więc. Co chcesz, bym zrobiła, Tato? Kim chcesz, bym była? Czym chcesz, bym wypełniła moje życie? Ta kłoda drewna, która przede mną leży, czym ma się stać? Mam pytać i czekać na odpowiedź. I pytać i czekać. Spróbuję.
A kolejne dnie płyną sobie niby to leniwie. Jakby się nigdzie nie spieszyły, wolniutko. Ale to pozory, bo wystarczy na moment spuścić je z oka, a one już znikają za horyzontem i czasu robi się mało, oj mało, a tłumaczenie książki o czytaniu rękopisów leży odłogiem i sumienie zaczyna mnie gryźć. Ale to dobre gryzienie. Doskonale mi znane i wiem, jak sobie z nim poradzić. Czuję, że znów znalazłam się w oswojonym świecie, gdzie każda reakcja mojego organizmu jest łatwa do kontrolowania. Z pamięci trochę odchodzą dni totalnego zamętu. Powoli wraca jakiś spokój. Trzeba się nim nasycić, nacieszyć, wykorzystać go maksymalnie (głównie do tego, by jednak posunąć naprzód tłumaczenie), bo już niedługo spokój pryśnie, gdy zamęt znów powróci. A może tym razem nie? Może uda mi się tak serdecznie ów spokój ogarnąć, wchłonąć w siebie, że żadne zewnętrzne zmiany konfiguracji, żadne powroty, nie zdołają już nim wstrząsnąć?
Nie wiem, czy mogę na to liczyć. Tak naprawdę nie wiem nawet, czy powinnam do tego dążyć, patrząc na całkiem pozytywne owoce dotychczasowych wstrząsów.
Myślę, że to też - tektonikę mojego serca - muszę powierzyć Tacie. Jeśli chce, by kolejne trzęsienia prowadziły do odsłaniania się nowych warstw kardiologicznych, niech tak będzie. Wiem na pewno, że to, czego Tata nie chce, to kolejna epoka lodowcowa. I chwała Mu za to.

2.08.2008

"Czy to już pora umierać?" zapytuje zaprzyjaźniona Blogini.
Mnie też to pytanie nurtuje, zwłaszcza gdy na ślubie (a śpiewałam dziś na jednym) słyszę słowa: "nie opuszczę Cię aż do śmierci". Miłość i śmierć się splatają w jednym obrzędzie.
A ja niekiedy naprawdę tęsknię za tą chwilą, kiedy nadejdzie kres spragnionego osamotnienia.
Kiedy jawa przestanie tak strasznie boleć.
Wtedy ze łzami będę mogła wtulić się w ramiona Taty rzeczywiście a nie tylko przez wiarę.
Dzień dobry, Tato.
Po pierwszej od pewnego czasu nocy spędzonej we własnym łóżku - które niedługo zresztą nie będzie już moim - i ze świadomością, że jeszcze trochę kolejnych nocy tu spędzę, witam się z Tobą porannie. Towarzyszy temu witaniu zwykły poranny smuteczek, który okazuje się nieodłącznym towarzyszem. Ilekroć przychodzi mi wyjść ze snu - który, nawet jeśli niezbyt przyjemny, ma jednak oniryczną nierealność - i przejść do jawy, która w najlepszych nawet okolicznościach boli, smuteczek jest już pod ręką. Gotów wraz ze mną przeżywać tę jawę i zaproponować mi, gdy będzie bolało za bardzo, łzy jako pigułki przeciwbólowe.
Odkąd rozmawiam z Tatą coś w moim życiu jest inaczej. Niby nic się nie zmieniło, wciąż ta sama sceneria do tej samej gorzkiej groteski, ale jednak inaczej. Przede wszystkim dlatego, że mam się u kogo wypłakać. Tak się skulić i łkać pamiętając, że Tata przytula. To jest zupełna nowość.
Dziś przede mną napięty program dnia i duże szanse, że nie raz sięgnę po moje pigułki przeciwbólowe. Jak to dobrze Tato, że dałeś nam łzy!