2.11.2008

kolej z Werony wciąż za drogo

I pewnie jeszcze zdrożeje, bo mamy wszak kryzys...

Co na to Tata?
Tato, zrozum: potrzebuję jakiejś odpowiedzi! Czego mam szukać? Czy pustka i ból to "moja dola", którą mam przyjąć bez szemrania i czekać na lepszy los po Tamtej stronie? Licząc na to, że czas szybko leci, więc wędrówka nie potrwa długo?
Czy mam jednak walczyć o pragnienia serca? I zostać siedemdziesięcioletnią staruszką "pełną nadziei", bo dla Boga nie ma nic niemożliwego?
A może te pragnienia są złe? Może te wszystkie "autorytety", które twierdzą inaczej, się mylą? Może zatem agere contra i na pustynię? Włosienica i brak higieny - czy tymi metodami można zwalczyć tęsknotę za bliskością?

A ta kolej z Werony to chyba na dodatek strajkuje....

21.10.2008

logiki ciąg dalszy

Rozmyślania o sobie samej i własnych przywarach tudzież ułomnościach dają takie rezultaty, jak ostatnio. Czasem jednak poprzez zasłonę egocentryzmu przedrze się coś tak ewidentnego, że nie sposób tego nie zauważyć. Wybije z samozapatrzenia i samoużalania. A takim czymś bywa jawny dowód cudzych przywar i ułomności. I faktycznie tak mi w tych ostatnich dniach owych dowodów obrodziło. A głównie dowodów na cudzą niestałość, niedojrzałość, niezdolność budowania relacji i ogólnie skłonność do rozmieniania się na drobne i skakania z kwiatka na kwiatek.
Nie rozumiem i nie potrafię zrozumieć. Jak można być z kimś blisko, bardzo blisko i to publicznie bardzo blisko, a potem się rozstać i w dwa, trzy tygodnie po rozstaniu zaczynać już być blisko z kimś nowym? Nie potrafię tego pojąć.
Nie rozumiem, jak można za kimś chodzić, "urabiać" go, podrywać i uwodzić, po czym nagle zainteresować się kimś innym i nawet nie mieć wyrzutów sumienia? Tego też pojąć nie umiem.
Tata powiedział: "Wydaj za mąż córkę, a dokonasz wielkiego dzieła,
ale daj ją mądremu mężowi" (Syr 7).
I tak sobie myślę, że może Tata jest bezradny, bo nie ma już nigdzie mądrych facetów?

17.10.2008

szukając logiki

Jeśli chcę być sprawiedliwa; szukać Prawdy, a nie dowodzić własnych prawd; obiektywnie popatrzeć na siebie i własne bycie z ludźmi w świetle tego, w co wierzę, to rozwiązanie moich egzystencjalnych problemów jest proste: sama sobie jestem winna. To fakt: nie pasuję. Nie umiem tworzyć realnych, solidnych więzi, wymagających przede wszystkim realnego spojrzenia na siebie i samoakceptacji.
Wszak człowiek by być Z kimś, musi najpierw sam BYĆ. Mieć własnego bycia mocną niezachwianą świadomość. Nie tylko świadomość faktu bycia, ale również świadomość natury i jakości swego bycia. Jak się tego nie ma, to się nie jest. Albo się jest na pół gwizdka. A takie półgwizdkowe bycie nie może z drugim byciem stworzyć wspólnego BYCIA Z.
I to jest o mnie opowieść. Opowieść o półgwizdku. Może i półgłówku przy okazji? Pytanie, czy to się da wyleczyć, już przerabiałam. Ponoć się daje. Na ogół. Ale chyba już i tak za późno, by owo leczenie przyniosło jakieś konkretne zmiany. Za późno. Przyjdzie się z półprzegwizdanym życiem borykać jeszcze lat ileś. Do wyczekanego końca...

15.10.2008

wszechniepasowanie

Nie pasuje. Nic do niczego. A przede wszystkim ja nie pasuję. Albo do mnie nie pasują. Ludzie, narracje, archetypy. Czy to pycha czuć się tak niepasująco? Pycha, nie pycha, ale takie poczucie boli. Boli gdzieś nawet poza łzami, głębiej niż łzy. Najbardziej w nim boli obawa, że tak już będzie na zawsze. Na lata. I choć czas szybko (czasem za szybko) upływa, jednak przewidywanie długich lat niepasowania pogłębia ból i rodzi lęk. Może ten lęk to wyraz niewiary. Może grzeszę obawą. Ale czy mam prawo wierzyć? Czy upieranie się przy optymizmie jest właściwą drogą? Może raczej świadczy o ignorowaniu rzeczywistości? Może brak realizmu jest większym grzechem jednak?

14.10.2008

zapis choroby

Wczorajszy wieczór w Teatrze Polonia zainspirował mnie, by wrócić do tematyki heroin rosyjskich romansów. Miałam okazję poznać piosenkę "Rebeka" i jej nieprawdopodobny tekst. Spośród rozlicznych zapisów chorób psycho-gynicznych, ten jest szczególnie przerażający. Trwający całe życie sen Rebeki, która kocha człowieka ujrzanego raz w życiu - za takie teksty powinno się odpowiadać przed sądem. To jest gorsze niż sprzedawanie wódki nieletnim. To niemal handel narkotykami.
A ponieważ jestem "na głodzie", ta tematyka odzywa się we mnie wielokrotnym echem.
W przeciwieństwie do tekściarza-dealera, Tata odpowiedział zupełnie inaczej na uświadomiony przeze mnie głód relacji.
Tego samego dnia, gdy pisałam posta o brakach, czytania mszalne mówiły o uczcie. A ojciec Kubiak na Freta wspomniał w kazaniu o "duchowej anoreksji". O tym, że umieramy z głodu siedząc przy uginającym się od potraw stole. A wystarczy tylko się do tego głodu przyznać i wyciągnąć rękę. Wystarczy prosić. Zgodzić się przyjmować zamiast ciągle chcieć tylko dawać.
Przyznaję się więc i wyciągam rękę. Czy coś w tę wyciągniętą dłoń wpadnie?
Tato?

12.10.2008

braki

Człowiek wybrakowany porusza się niezbornie. Jeśli braki są fizyczne, niezborność przyjmujemy do wiadomości bez zdziwienia. Trudniej pojąć związek między niezbornością ruchów innego rodzaju a brakami psychiczno-społecznymi, że się tak wyrażę.
Myślę o tym, że człowiek pozbawiony na przykład poczucia bezpieczeństwa wykonuje różne "ruchy" i podejmuje decyzje nacechowane niezbornością. Obserwuję to sama na sobie, jak dalece moje braki powodują moimi poczynaniami. Głód też jest skutkiem braku i jako taki wpływa na ludzkie postępowanie. Człowiek głodny (odczuwający brak jedzenia) nie postępuje tak jak człowiek syty. Robi co prawda to, co ma robić, ale wszystkiemu, co robi, towarzyszy podskórny głód. Można o nim zapomnieć, ale tylko do czasu. Nadejdzie moment, gdy głód weźmie górę i najpierw zacznie zakłócać, a w końcu uniemożliwi skutecznie robienie czegokolwiek.
Z brakiem relacji i z głodem miłości jest dokładnie tak samo jak z fizycznym wybrakowaniem i z niedożywieniem.
Nie sposób wówczas poruszać się i postępować w życiu mądrze, dojrzale i "zbornie". Co gorsza niezborność ruchów wywołana takim brakiem i takim głodem jest doprawdy irytująca. Nie potrafię sama u siebie jej zaakceptować. I wciąż się zastanawiam, co na to Tata? Czy zechce ułatwić mi "zborne" funkcjonowanie uzupełniając braki i sycąc głód? W jakikolwiek sposób? Czy zechce coś z tym zrobić?

6.10.2008

radar

Mam radar na donżuanów. Dziwaczna to przypadłość i nie wiem, jak się z niej leczyć. W praktyce działanie radaru polega na tym, że jeśli w polu widzenia trafi się donżuan, to natychmiast wpada mi w oko. Zanim jeszcze mój mózg zarejestruje, że właśnie z donżuanem mam do czynienia, podświadomy, instynktowny radar działa i kreuje mi - w sercu czy gdzieś tam - fałszywy hologram obiektu w najpiękniejszych barwach. W efekcie wyobraźnia - lub jakaś inna "władza duszy" odpowiedzialna za takie sztuczki - jest w stanie mi wmówić, że inkryminowany pan jest wrażliwy, delikatny i romantyczny naprawdę. Choć każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, dostrzeże natychmiast, że jest on wrażliwy, delikatny i romantyczny na pokaz. Ale jak widać tego rodzaju "na pokaz" trafia w jakiś czuły we mnie punkt i powoduje całkowity wyciek oleju z głowy. Jakby ktoś przyciskiem wyłączał mi rozsądek. Ostatecznie chyba na tym właśnie polega kobieciarstwo, prawda? Na umiejętności wyłączania rozsądku w kobietach. Zazdroszczę tym, które są na to odporne. Jak one to robią?

1.10.2008

było sobie Miasto

Miasto powstało i rosło. Przeżyło kilka sacchi i znów powstawało i rosło. Jest wielkie wzdłuż i wgłąb. A ludzie tam mówią wszystkimi narzeczami świata. Jest oczywiście brudne. A jeszcze brudniejsza jest rzeka, nad którą leży. Ale to jest Miasto Miast. Nie ma drugiego takiego. Archetyp Miasta po prostu.
Właśnie stamtąd wróciłam. Z lata prosto w jesień. Szarą i chłodną. Z nierzeczywistości i zupełnie odlotowej fantastyczności (której nie zdołał nawet zmniejszyć fakt, że w Mieście na każdym kroku próbują człowieka okraść) w codzienny konkret. W setki niecierpiących zwłoki spraw. W czas tak ciasny, że nie ma w nim chwili na nocne przesiadywanie na schodach hiszpańskich przy winie z kartonu; nie ma w nim chwili na zagapienia, zapatrzenia, zamarzenia.
Czas w Mieście płata figle. Wśród wszechobecnej aeternitas łatwo stracić rachubę własnych lat i poczuć się dużo młodziej. Niebezpiecznie młodo do utraty głowy. Albo dużo starzej. I jednocześnie nie mieć na nic czasu. Czas Miasta ma własny rytm, co łatwo było dostrzec na znakomitej większości zegarów, z których każdy zatrzymał się na innej godzinie. W Mieście nie da się żyć. To Miasto żyje w tobie. I za ciebie. Bierze cię w posiadanie i musisz do niego wrócić, nawet gdy nie wrzuciłeś monety do fontanny di trevi. Nie należy jednak sądzić, że w Mieście jest zawsze miło. Bynajmniej. Zresztą gdyby było zawsze miło, to nie chciałoby się tam wcale wracać. Miasto bywa wredne i parszywe. Najbardziej wredni i parszywi są mieszkańcy Miasta. Miasto utrudnia ci wszystko, co dotychczas wydawało się łatwe. Z drugiej jednak strony ułatwia rzeczy, które gdzie indziej są po prostu niemożliwe.
Piszę enigmatycznie? No pewnie! Kto chce wiedzieć więcej, niech się przejdzie samowtór po nocnych ulicach Miasta z tanim winem w ręku.

17.09.2008

wypadałoby

Wypadałoby wreszcie coś napisać. Bo ostatni wpis ciągle jest ostatnim i chyba mu się już być tym ostatnim znudziło. Co prawda w jego przypadku jest to również bycie pierwszym. Ale i to się znudzić może.
Ostatni, pierwszy. Koniec i początek. Jak mawiał mistrz Sapkowski: "coś się kończy, coś się zaczyna". Skończyły mi się Siedlce. Nie będzie już jazd busami z Ronda Wiatraczna. Nie będzie udawania historyka, którym nie jestem. Teraz zagnieżdżę się w lesie. Bielańskim. Czyli na tak zwanym "Uksfordzie", na wydziale humanistycznym, w instytucie polonistyki, na kierunku "kulturoznawstwo".
Ale przedtem: Rzym. Ostatnie chwile dogrzewania przed zimą.

Wśród różnych końców odnotowuję z pewną satysfakcją koniec ostatnich powikłań po przykrej dolegliwości zwanej fachowo amor furiosus. Natura przemogła chorobę.
Z pomocą homeopatii. Nigdy nie wierzyłam w tę metodę, ale tym razem, na tę chorobę akurat okazała się całkiem skuteczna. Czytelnikom przypomnę, że zasadą homeopatii jest: "co zaszkodziło, to też pomoże". Czasem działa, mówię Wam!
A poza tym w ostatnich dniach zajmowałam się ankietowaniem wśród krewnych i znajomych królika na temat podrywania i czucia się podrywanym/ną. Zadziwiająca jednomyślność znakomitej większości respondentów wprawiła mnie zaiste w dobry humor.
I na tym poprzestanę na razie. Następny wpis może już z Italii.

7.09.2008

wrzesień

Pora kończyć te miłosno-powieściowe wątki jako prowadzące donikąd. Tata jak widać czuwa nade mną na serio i ratuje mnie przed niszczącymi relacjami. Pora popatrzeć na własną historię pozytywnie jako na sensowną narrację. Pora uwierzyć, że skoro ratuje i chroni, to wynika to z Jego wobec mnie życzliwości i troski. A skoro się troszczył dotąd, troszczyć się będzie nadal i wyprowadzi z ciemnej doliny auto-niechęci i auto-destrukcji.
Życie jest większe i bardziej niesamowite od powieści (a już zwłaszcza od dziewiętnastowiecznych romansideł). Dzieją się w nim sprawy naprawdę ważne i doniosłe, sprawy o wymiarze wiecznym i transcendentnym. W ich obliczu te śmieszne opowiastki o chorych i nieszczęśliwych zakochaniach, o koślawych i kłamliwych relacjach wyglądają dość groteskowo. Najwyższa pora wyjść z zakurzonych kulis wewnętrznego teatrzyku w prawdziwy świat.

6.09.2008

JESZCZE O MIŁOŚCI ROMANTYCZNEJ

Kontynuując rozważania o typowych narracjach i o cechach gatunkowych dziewiętnastowiecznych romansów dochodzę do wniosku, że najważniejsze w powieściowych miłościach jest to, iż są nieszczęśliwe. Porządna romantyczna miłość szczęśliwa być nie może. Miłość szczęśliwa jest nudna i kołtuńska. W dawnych romansach niezbędnym składnikiem narracji jest więc jakaś siła, która uniemożliwia miłości przejście w stan szczęśliwy i w ten sposób utrzymuje ją w stanie romantycznym. Albo oboje kochanków kocha się nawzajem na ślepo i na zabój, a na przykład źli rodzice stają na przeszkodzie ich miłości (stąd się pewnie wzięło uwielbienie romantyków dla Szekspira), albo tylko jedno z nich kocha do szaleństwa, a drugie to uczucie odrzuca.
Czy to z jakiegoś nadmiernego rozczytania w literaturze romantycznej bierze się u mnie to, że permanentnie zakochuję się w facetach, którzy mnie kochać nie mogą, nie będą i nie chcą? Czyżbym szóstym zmysłem wyczuwała w nich jakiś rodzaj niechęci do mnie, który sprawia, że taki właśnie facet (jako znakomity kandydat do odegrania roli w kolejnej romantycznej i ex definitione nieszczęśliwej miłości) staje się automatycznie obiektem moich westchnień? Nie muszę dodawać, że im więcej wzdycham, tym bardziej delikwent się oddala i z czasem cała narracja zaczyna przypominać Sen Nocy Letniej z nieszczęśliwymi kochankami goniącymi obiekty swych nieodwzajemnionych uczuć. Szkoda, że nie umiem pisać powieści.... Choć z drugiej strony w dzisiejszych czasach modny jest stereotyp holiłudzki z obowiązkowym happy-endem, a nie model romantyczny. Czy to kolejny dowód na to, że nie pasuję do mojej epoki?

1.09.2008

rosyjski romans part two

Rozmawiam sobie z Samprasaraną o zakochiwaniu się na ślepo i na zabój.
Wielce ciekawy temat. Głównie w perspektywie mojej własnej introspekcji. O ile bowiem żywię dość solidne przekonanie, że zakochiwanie się na zabój jest .... zabójcze właśnie, o tyle zaczynam sama siebie podejrzewać, że ja to chyba inaczej nie potrafię.
Z uporem godnym lepszej sprawy zakochuję się na ślepo, na zabój i na dodatek nieszczęśliwie. I jakoś wyrozumowany ideał spokojnego rozsądnego zakochania w porządnym człowieku, który będzie potrafił na moje uczucia odpowiedzieć odpowiedzialnie, jest i - jak przeczuwam - pozostanie dla mnie niedościgły.
Święta Tereska miała taką tezę na temat własnego powołania. Twierdziła, że z jej uczuciowością spaliłaby się w ludzkiej miłości jak ćma w płomieniu lampy. Że nie umiałaby "zarządzać" tym uczuciem roztropnie. Czyżby ona też była z gatunku "heroin rosyjskich romansów" ?? Najwyraźniej!
Dla Tereski odkrycie to stanowiło potwierdzenie jej własnej drogi życiowej: Bóg zaprosił ją do życia dla Miłości po to właśnie, by nie zginęła w ogniu ludzkiego, niedoskonałego kochania. Z pewnością oceniała słusznie, bo też droga ta zaprowadziła ją do świętości.
Ale to była ona a ja nie jestem nią. Bycie typem heroiny rosyjskich romansów wcale nie jest dla mnie potwierdzeniem, że powinnam szukać szczęścia w zakonie. Wręcz przeciwnie.
Tak sobie jednak myślę, że te moje nieszczęśliwe zakochania na ślepo i na zabój to jakieś prawo narratologiczne: zgodnie ze wszystkimi regułami gatunku heroina rosyjskiego romansu dziewiętnastowiecznego nie może się zakochać szczęśliwie. Po prostu nie może. Nie może też dożyć późnej starości. Powinna umrzeć młodo i na suchoty, a niewdzięczny kochanek powinien przy jej łożu śmierci odkryć, że kochał ją wszak do szaleństwa, ale sam tego nie wiedział. A wszystkiemu powinien towarzyszyć wzruszający podkład muzyczny z przewagą wiolonczeli.
Niestety, nie znam żadnych wiolonczelistów. A to pech :(

30.08.2008

rosyjski romans

Zbiór opowiadań Czechowa stał na półce. Od lat. Czemu akurat dziś go wzięłam do ręki? Co mnie podkusiło - nie wiem. Ale już w połowie książki doszłam do wstydliwego wniosku, że jestem typem bohaterki dziewiętnastowiecznych romansów. I to na dodatek rosyjskich!
Może właśnie dlatego tak mnie wkurzała Natasza Rostow, że o Kareninie już nie wspomnę. Czyżbym przeczuwała w tych kobietach siebie? Uzależnienie emocjonalne, które wiąże je do kochanka z siłą, jakiej nic się nie oprze - to tak żałosne i tak głupie. Kobiety niewolnice zapominające o wszystkim, w całości oddane mężczyźnie, który na to nie zasługuje. Bo żadna wszak istota ludzka nie ma takich praw nad drugą ludzką istotą. Takie prawo ma tylko Bóg, a i On z niego nie korzysta.
Ciekawe, że te Natasze i te Kareniny zawsze pogrążają się w mężczyznach niedojrzałych, nieodpowiedzialnych i ekstremalnie wręcz egoistycznych. Oczywiście psychologia dawno już odnotowała ten mechanizm. Ale nawet gdyby trafiały na facetów, których dojrzałość, odpowiedzialność i egoizm nie odstają od średniej krajowej - takich zwyczajnych sobie, nieszczególnie złych facetów - niewolnicze oddanie tych kobiet uczyni łajdakiem każdego mężczyznę. No bo jak tu nie korzystać z praw Pana, kiedy ktoś się tak dalece zapomina w swej uległości?
Nieprzyjemna jest myśl, że może mam coś z tych rosyjskich ofiar miłości; że byle palant (jak jakiś Anatol czy inny Wroński) mógłby mnie właściwie uwieść w rekordowym tempie. A może właśnie żaden palant nie próbuje, bo nawet palanta zniechęci poprzeczka umieszczona zbyt nisko?
Nie, nie przesadzajmy. Nie ma tak nisko umieszczonej poprzeczki, żeby się jakiś leniwy palant na nią nie połasił. Choćby z nudów, choćby po to, by się rozerwać przez godzinkę. Ludzie z nudów przecież nawet "Metro" czytają! Więc nie przesadzajmy....
Tak naprawdę to myślę, że Bóg mnie chroni przed palantami. Między innymi przez to, że dał mi żyć pod koniec XX wieku, a nie w dziewiętnastowiecznej Rosji. I chwała Mu za to!

29.08.2008

deszczowy piątek

Rozmowy, rozmowy, rozmowy.
W realu, na gadzie, na skypie. Dłuższe i krótsze, wesołe i przykre. Czasem trudne.
Porozumienia i nieporozumienia.
Ale nawet te ostatnie mają jakiś głębszy sens. Kiedy nagle się okazuje, że jednak się nie dogadujemy. Że mówiąc w tym samym języku o tym samym i używając tych samych słów na opisanie tej samej sytuacji rozumiemy i czujemy coś innego. Bo każde z nas zapatrzone jest we własny ból. Jałowość takiego dzielenia się jest frustrująca. Żenująca. Irytująca. Przykra.
Bo przecież się otwieram - wydawałoby się - do dna. Ujawniam sprawy niełatwe, nawet wstydliwe i bolesne. Ujawniam, bo nie mogę ich już w sobie pomieścić, taić, ukrywać.
Po co zresztą taić? Po co stroić miny, unosić się honorem, odgrywać jakiś teatr? Jest, jak jest i lepiej o tym mówić. Zwłaszcza komuś, do kogo się ma zaufanie.
Ujawniam zatem i liczę, że będę zrozumiana. Że zaufanie nie zawiedzie, że będzie można wchodzić w głębsze jeszcze porozumienie.
A tu - nic z tego. Bo opowiadając o własnym bólu trafiam w ból cudzy. Reakcją jest zamknięcie, po czym wysłuchuję grzecznie i pokornie wymówek i pouczeń. Niezbyt to miłe, ale o dziwo humorystyczne!
Widzę w tym rękę Taty. Z czułością i wyrozumiałością pokazuje mi granice ludzkiego porozumienia. Mój ruch teraz: czy zechcę to uznać?
Tak, Tato. Uznaję. Uznaję naszą ludzką kruchość i ograniczoność. I to, że nigdy nikt nie pojmie mnie do dna. Że są obszary samotności zarezerwowane tylko dla Ciebie. Żaden człowiek tam nie dotrze, bo żaden nie ma tyle siły, odwagi i miłości.

20.08.2008

Z MAKUSZYŃSKIEGO

Dziś nie będzie nic ode mnie. Dziś przemówi o łzach Kornel Makuszyński, którego cudowne książki wyciskają tyle łez rzewnych, serdecznych i ciepłych...
"W tej chwili księżyc ucałował jej głowinę, bo musiał iść dalej. Ona patrzyła za nim jak ktoś, co stoi na brzegu wielkiego morza i żegna spojrzeniem srebrną łódź, co pod żaglem białej chmury płynie na kraniec świata. Ale ten, co odpływa, zostawił jej srebrną okruszynę mądrości o ludzkiej tęsknoci za tym, co jest piękne i mieszka na wysokościach, i zostawił jej duże srebrne łzy, szczęśliwe, dobre łzy, co ciężko spływają jej po twarzy. Nikt nie wie, gdzie jest źródło takich łez."

19.08.2008

ILUZORYCZNY POSTĘP I SAMOOSZUKIWANIE

Przychodzą chwile, gdy można popatrzeć w tył i zobaczyć całą serię deja vu. Różnych okoliczności, w których popełniło się głupie błędy, dokonało głupich wyborów i zmarnowało na nieprawdziwe historie dużo serdecznej energii. Okoliczności rzeczywiście były różne. Czasem tak różne, że w danym momencie wydawało się, że całkiem inne. I wydawało się, że "nie; tym razem wybieram słusznie; to w niczym nie przypomina tamtej pomyłki sprzed lat". A jednak różnice są pozorne. Nic się nie zmienia. Błędy w kółko te same i te same potem łzy.
A przecież czasem, no kurczę, wrażenie zmian jest tak silne. I nawet ludzie wokoło mówią: "zmienia się". A potem przebudzenie. I żadnych zmian. I życie w martwym punkcie.
Skąd ta zdolność do samooszukiwania? Czy z obawy przed prawdą? Prawdą, że nic nie mogę, że nikogo nie zbawię, że nie pomogę ani innym ani sobie? Czy trzeba również w tym osiągnąć dno i z dna zawyć o ratunek? Ale przecież wydawało mi się, że coś z tego już było... A może osiąganie dna i wołanie o ratunek to kolejna seria deja vu? Która się dopiero po tamtej stronie skończy?

16.08.2008

Byliśmy w Sokołowie, by świętować zaległe już nieco urodziny Gochy. Jubilatka dostała naszą zapałczaną twórczość i nie miała w zasadzie żadnych trudności z odgadnięciem, że tę "wielką megalomańską wieżę" na brzegu makiety postawiłam ja. Trzeba mi nad tym pomyśleć, bo megalomanii nie lubię. Siebie też za bardzo nie lubię z kilku powodów. Jeśli mam do tego dodać jeszcze megalomanię, to mi już chyba żadna terapia nie pomoże i znienawidzę siebie na dobre. Sokołowski piątek minął mi w towarzystwie dwóch uroczych par. Cieszyć się należy, że się ludzie tak pięknie dobierają i życzymy im żeby to piękno trwało, bo jest dobre.
Gorzej z szukaniem piękna we własnym życiu. No i z tym, że już zupełnie nie wiadomo, kogo winić za jego brak. Jakoś nie mam serca, by winić Tatę, bo przecież tyle wysiłku włożyłam i nadal wkładam w to, by wierzyć, że On mi dobrze życzy. A może nie ma sensu szukać winnych. Po prostu czasem "tak się życie układa". Bezosobowo.
Zwrócono mi uwagę, że ostatnio znów wpadłam w kanał zbędnego rozdyskutowania. No fakt. To objaw "starego człowieka". Z braku bodźców tektonika serca nie daje o sobie znać żadnymi wstrząsami i znów zaczynam zastygać. Z braku sytuacji lakrymogennych robię się wysuszona, a objawem tego jest ucieczka w wirtualne polemiki. Z tego wniosek, że muszę sobie znów popłakać.... najprościej to zrobić czytając Makuszyńskiego :) Na przykład:

"Serce można znaleźć wszędzie. Serca ludzkie kwitną jak bezpańskie kwiaty na łąkach. Miłość ludzka unosi się w powietrzu. Przyjaźń prosi słodkim głosem, by ją wziąć i przycisnąć do piersi. Musi jednak to być zamiana uczciwa: serce za serce, miłość za miłość, przyjaźń za przyjaźń."

12.08.2008

Ja tu sobie gadu-gadu o KARDIOSEJSMICE, a na wschodzie zaczęła się wojna. Przyznam, że patrzę na nią z dużym niepokojem. Każde wydarzenie, które dowodzi siły Rosji, wywołuje u mnie lęk. Nie wierzę Rosji jak psu. Nigdy. Cała historia tego kraju pokazuje, że był jest i zawsze będzie imperialistyczny. Jedyna szansa dla Azji i Europy wschodniej to słaba Rosja. Ilekroć Rosja rośnie w siłę, należy zacząć się bać. Dziś Gruzja, a kiedy przyjdzie kolej na "Priwislińskij Kraj"?
No i to wszystko jeszcze z olimpiadą w tle. I w Chinach.
Świat potępia i śle noty dyplomatyczne. Ale nie ROBI nic. Cały świat jest bezsilny wobec rosyjskiej i chińskiej ANTYDEMOKRACJI. Bo przecież Chiny to nie tylko problem Tybetu. To problem systematycznego gwałcenia elementarnych praw człowieka.
Kraj o największej powierzchni i kraj o największym zaludnieniu kpią sobie jawnie ze wszystkich naszych demokratycznych wielkich słówek.
Czy to nie jest najlepszy dowód słabości demokracji? My tu sobie monarchię i feudalizm uważamy za mity przeszłości, ale tak naprawdę to właśnie absolutyzm i feudalizm (w ciekawym połączeniu) ewidentnie kładą naszą demokrację na łopatki!
Co będzie dalej?
Patrząc na Putina tracę z oczu prawdę, że to Tata jest Panem Historii. Najwyższy czas się nawracać!

6.08.2008

No i nadeszła środa. Jak zwykle po wtorku. Niebo zaciągnęło się malowniczymi chmurami i trochę zapominam już o lecie. Wczoraj w "Orsay" widziałam fajne kurteczki, takie cieplejsze, i poważnie zastanawiałam się nad kupnem jednej w kolorze ceglastym. Grawitacja rejonów kurtek i płaszczy jest odwrotnie proporcjonalna do temperatury. Banalne odkrycie, prawda?
A przecież mamy sierpień i tłumy pielgrzymów wędrują na Jasną Górę. Mokną i marzną biedacy. Choć pamiętam, że jako dziecko zdecydowanie wolałam na pielgrzymce deszcz niż upał. Zwłaszcza gdy się przechodziło przez pustynny odcinek od Nowego Miasta do Różanny (Różannej?). Ci, którzy wyszli dziś, będą tamtędy szli pojutrze.
Ja tymczasem dostałam radę, by z prostotą pytać Tatę: "co chcesz, bym zrobiła?". Pytam więc. Co chcesz, bym zrobiła, Tato? Kim chcesz, bym była? Czym chcesz, bym wypełniła moje życie? Ta kłoda drewna, która przede mną leży, czym ma się stać? Mam pytać i czekać na odpowiedź. I pytać i czekać. Spróbuję.
A kolejne dnie płyną sobie niby to leniwie. Jakby się nigdzie nie spieszyły, wolniutko. Ale to pozory, bo wystarczy na moment spuścić je z oka, a one już znikają za horyzontem i czasu robi się mało, oj mało, a tłumaczenie książki o czytaniu rękopisów leży odłogiem i sumienie zaczyna mnie gryźć. Ale to dobre gryzienie. Doskonale mi znane i wiem, jak sobie z nim poradzić. Czuję, że znów znalazłam się w oswojonym świecie, gdzie każda reakcja mojego organizmu jest łatwa do kontrolowania. Z pamięci trochę odchodzą dni totalnego zamętu. Powoli wraca jakiś spokój. Trzeba się nim nasycić, nacieszyć, wykorzystać go maksymalnie (głównie do tego, by jednak posunąć naprzód tłumaczenie), bo już niedługo spokój pryśnie, gdy zamęt znów powróci. A może tym razem nie? Może uda mi się tak serdecznie ów spokój ogarnąć, wchłonąć w siebie, że żadne zewnętrzne zmiany konfiguracji, żadne powroty, nie zdołają już nim wstrząsnąć?
Nie wiem, czy mogę na to liczyć. Tak naprawdę nie wiem nawet, czy powinnam do tego dążyć, patrząc na całkiem pozytywne owoce dotychczasowych wstrząsów.
Myślę, że to też - tektonikę mojego serca - muszę powierzyć Tacie. Jeśli chce, by kolejne trzęsienia prowadziły do odsłaniania się nowych warstw kardiologicznych, niech tak będzie. Wiem na pewno, że to, czego Tata nie chce, to kolejna epoka lodowcowa. I chwała Mu za to.