30.08.2008
rosyjski romans
Może właśnie dlatego tak mnie wkurzała Natasza Rostow, że o Kareninie już nie wspomnę. Czyżbym przeczuwała w tych kobietach siebie? Uzależnienie emocjonalne, które wiąże je do kochanka z siłą, jakiej nic się nie oprze - to tak żałosne i tak głupie. Kobiety niewolnice zapominające o wszystkim, w całości oddane mężczyźnie, który na to nie zasługuje. Bo żadna wszak istota ludzka nie ma takich praw nad drugą ludzką istotą. Takie prawo ma tylko Bóg, a i On z niego nie korzysta.
Ciekawe, że te Natasze i te Kareniny zawsze pogrążają się w mężczyznach niedojrzałych, nieodpowiedzialnych i ekstremalnie wręcz egoistycznych. Oczywiście psychologia dawno już odnotowała ten mechanizm. Ale nawet gdyby trafiały na facetów, których dojrzałość, odpowiedzialność i egoizm nie odstają od średniej krajowej - takich zwyczajnych sobie, nieszczególnie złych facetów - niewolnicze oddanie tych kobiet uczyni łajdakiem każdego mężczyznę. No bo jak tu nie korzystać z praw Pana, kiedy ktoś się tak dalece zapomina w swej uległości?
Nieprzyjemna jest myśl, że może mam coś z tych rosyjskich ofiar miłości; że byle palant (jak jakiś Anatol czy inny Wroński) mógłby mnie właściwie uwieść w rekordowym tempie. A może właśnie żaden palant nie próbuje, bo nawet palanta zniechęci poprzeczka umieszczona zbyt nisko?
Nie, nie przesadzajmy. Nie ma tak nisko umieszczonej poprzeczki, żeby się jakiś leniwy palant na nią nie połasił. Choćby z nudów, choćby po to, by się rozerwać przez godzinkę. Ludzie z nudów przecież nawet "Metro" czytają! Więc nie przesadzajmy....
Tak naprawdę to myślę, że Bóg mnie chroni przed palantami. Między innymi przez to, że dał mi żyć pod koniec XX wieku, a nie w dziewiętnastowiecznej Rosji. I chwała Mu za to!
29.08.2008
deszczowy piątek
W realu, na gadzie, na skypie. Dłuższe i krótsze, wesołe i przykre. Czasem trudne.
Porozumienia i nieporozumienia.
Ale nawet te ostatnie mają jakiś głębszy sens. Kiedy nagle się okazuje, że jednak się nie dogadujemy. Że mówiąc w tym samym języku o tym samym i używając tych samych słów na opisanie tej samej sytuacji rozumiemy i czujemy coś innego. Bo każde z nas zapatrzone jest we własny ból. Jałowość takiego dzielenia się jest frustrująca. Żenująca. Irytująca. Przykra.
Bo przecież się otwieram - wydawałoby się - do dna. Ujawniam sprawy niełatwe, nawet wstydliwe i bolesne. Ujawniam, bo nie mogę ich już w sobie pomieścić, taić, ukrywać.
Po co zresztą taić? Po co stroić miny, unosić się honorem, odgrywać jakiś teatr? Jest, jak jest i lepiej o tym mówić. Zwłaszcza komuś, do kogo się ma zaufanie.
Ujawniam zatem i liczę, że będę zrozumiana. Że zaufanie nie zawiedzie, że będzie można wchodzić w głębsze jeszcze porozumienie.
A tu - nic z tego. Bo opowiadając o własnym bólu trafiam w ból cudzy. Reakcją jest zamknięcie, po czym wysłuchuję grzecznie i pokornie wymówek i pouczeń. Niezbyt to miłe, ale o dziwo humorystyczne!
Widzę w tym rękę Taty. Z czułością i wyrozumiałością pokazuje mi granice ludzkiego porozumienia. Mój ruch teraz: czy zechcę to uznać?
Tak, Tato. Uznaję. Uznaję naszą ludzką kruchość i ograniczoność. I to, że nigdy nikt nie pojmie mnie do dna. Że są obszary samotności zarezerwowane tylko dla Ciebie. Żaden człowiek tam nie dotrze, bo żaden nie ma tyle siły, odwagi i miłości.
20.08.2008
Z MAKUSZYŃSKIEGO
"W tej chwili księżyc ucałował jej głowinę, bo musiał iść dalej. Ona patrzyła za nim jak ktoś, co stoi na brzegu wielkiego morza i żegna spojrzeniem srebrną łódź, co pod żaglem białej chmury płynie na kraniec świata. Ale ten, co odpływa, zostawił jej srebrną okruszynę mądrości o ludzkiej tęsknoci za tym, co jest piękne i mieszka na wysokościach, i zostawił jej duże srebrne łzy, szczęśliwe, dobre łzy, co ciężko spływają jej po twarzy. Nikt nie wie, gdzie jest źródło takich łez."
19.08.2008
ILUZORYCZNY POSTĘP I SAMOOSZUKIWANIE
A przecież czasem, no kurczę, wrażenie zmian jest tak silne. I nawet ludzie wokoło mówią: "zmienia się". A potem przebudzenie. I żadnych zmian. I życie w martwym punkcie.
Skąd ta zdolność do samooszukiwania? Czy z obawy przed prawdą? Prawdą, że nic nie mogę, że nikogo nie zbawię, że nie pomogę ani innym ani sobie? Czy trzeba również w tym osiągnąć dno i z dna zawyć o ratunek? Ale przecież wydawało mi się, że coś z tego już było... A może osiąganie dna i wołanie o ratunek to kolejna seria deja vu? Która się dopiero po tamtej stronie skończy?
16.08.2008
Gorzej z szukaniem piękna we własnym życiu. No i z tym, że już zupełnie nie wiadomo, kogo winić za jego brak. Jakoś nie mam serca, by winić Tatę, bo przecież tyle wysiłku włożyłam i nadal wkładam w to, by wierzyć, że On mi dobrze życzy. A może nie ma sensu szukać winnych. Po prostu czasem "tak się życie układa". Bezosobowo.
Zwrócono mi uwagę, że ostatnio znów wpadłam w kanał zbędnego rozdyskutowania. No fakt. To objaw "starego człowieka". Z braku bodźców tektonika serca nie daje o sobie znać żadnymi wstrząsami i znów zaczynam zastygać. Z braku sytuacji lakrymogennych robię się wysuszona, a objawem tego jest ucieczka w wirtualne polemiki. Z tego wniosek, że muszę sobie znów popłakać.... najprościej to zrobić czytając Makuszyńskiego :) Na przykład:
"Serce można znaleźć wszędzie. Serca ludzkie kwitną jak bezpańskie kwiaty na łąkach. Miłość ludzka unosi się w powietrzu. Przyjaźń prosi słodkim głosem, by ją wziąć i przycisnąć do piersi. Musi jednak to być zamiana uczciwa: serce za serce, miłość za miłość, przyjaźń za przyjaźń."
12.08.2008
No i to wszystko jeszcze z olimpiadą w tle. I w Chinach.
Świat potępia i śle noty dyplomatyczne. Ale nie ROBI nic. Cały świat jest bezsilny wobec rosyjskiej i chińskiej ANTYDEMOKRACJI. Bo przecież Chiny to nie tylko problem Tybetu. To problem systematycznego gwałcenia elementarnych praw człowieka.
Kraj o największej powierzchni i kraj o największym zaludnieniu kpią sobie jawnie ze wszystkich naszych demokratycznych wielkich słówek.
Czy to nie jest najlepszy dowód słabości demokracji? My tu sobie monarchię i feudalizm uważamy za mity przeszłości, ale tak naprawdę to właśnie absolutyzm i feudalizm (w ciekawym połączeniu) ewidentnie kładą naszą demokrację na łopatki!
Co będzie dalej?
Patrząc na Putina tracę z oczu prawdę, że to Tata jest Panem Historii. Najwyższy czas się nawracać!
6.08.2008
A przecież mamy sierpień i tłumy pielgrzymów wędrują na Jasną Górę. Mokną i marzną biedacy. Choć pamiętam, że jako dziecko zdecydowanie wolałam na pielgrzymce deszcz niż upał. Zwłaszcza gdy się przechodziło przez pustynny odcinek od Nowego Miasta do Różanny (Różannej?). Ci, którzy wyszli dziś, będą tamtędy szli pojutrze.
Ja tymczasem dostałam radę, by z prostotą pytać Tatę: "co chcesz, bym zrobiła?". Pytam więc. Co chcesz, bym zrobiła, Tato? Kim chcesz, bym była? Czym chcesz, bym wypełniła moje życie? Ta kłoda drewna, która przede mną leży, czym ma się stać? Mam pytać i czekać na odpowiedź. I pytać i czekać. Spróbuję.
A kolejne dnie płyną sobie niby to leniwie. Jakby się nigdzie nie spieszyły, wolniutko. Ale to pozory, bo wystarczy na moment spuścić je z oka, a one już znikają za horyzontem i czasu robi się mało, oj mało, a tłumaczenie książki o czytaniu rękopisów leży odłogiem i sumienie zaczyna mnie gryźć. Ale to dobre gryzienie. Doskonale mi znane i wiem, jak sobie z nim poradzić. Czuję, że znów znalazłam się w oswojonym świecie, gdzie każda reakcja mojego organizmu jest łatwa do kontrolowania. Z pamięci trochę odchodzą dni totalnego zamętu. Powoli wraca jakiś spokój. Trzeba się nim nasycić, nacieszyć, wykorzystać go maksymalnie (głównie do tego, by jednak posunąć naprzód tłumaczenie), bo już niedługo spokój pryśnie, gdy zamęt znów powróci. A może tym razem nie? Może uda mi się tak serdecznie ów spokój ogarnąć, wchłonąć w siebie, że żadne zewnętrzne zmiany konfiguracji, żadne powroty, nie zdołają już nim wstrząsnąć?
Nie wiem, czy mogę na to liczyć. Tak naprawdę nie wiem nawet, czy powinnam do tego dążyć, patrząc na całkiem pozytywne owoce dotychczasowych wstrząsów.
Myślę, że to też - tektonikę mojego serca - muszę powierzyć Tacie. Jeśli chce, by kolejne trzęsienia prowadziły do odsłaniania się nowych warstw kardiologicznych, niech tak będzie. Wiem na pewno, że to, czego Tata nie chce, to kolejna epoka lodowcowa. I chwała Mu za to.
2.08.2008
Mnie też to pytanie nurtuje, zwłaszcza gdy na ślubie (a śpiewałam dziś na jednym) słyszę słowa: "nie opuszczę Cię aż do śmierci". Miłość i śmierć się splatają w jednym obrzędzie.
A ja niekiedy naprawdę tęsknię za tą chwilą, kiedy nadejdzie kres spragnionego osamotnienia.
Kiedy jawa przestanie tak strasznie boleć.
Wtedy ze łzami będę mogła wtulić się w ramiona Taty rzeczywiście a nie tylko przez wiarę.
Po pierwszej od pewnego czasu nocy spędzonej we własnym łóżku - które niedługo zresztą nie będzie już moim - i ze świadomością, że jeszcze trochę kolejnych nocy tu spędzę, witam się z Tobą porannie. Towarzyszy temu witaniu zwykły poranny smuteczek, który okazuje się nieodłącznym towarzyszem. Ilekroć przychodzi mi wyjść ze snu - który, nawet jeśli niezbyt przyjemny, ma jednak oniryczną nierealność - i przejść do jawy, która w najlepszych nawet okolicznościach boli, smuteczek jest już pod ręką. Gotów wraz ze mną przeżywać tę jawę i zaproponować mi, gdy będzie bolało za bardzo, łzy jako pigułki przeciwbólowe.
Odkąd rozmawiam z Tatą coś w moim życiu jest inaczej. Niby nic się nie zmieniło, wciąż ta sama sceneria do tej samej gorzkiej groteski, ale jednak inaczej. Przede wszystkim dlatego, że mam się u kogo wypłakać. Tak się skulić i łkać pamiętając, że Tata przytula. To jest zupełna nowość.
Dziś przede mną napięty program dnia i duże szanse, że nie raz sięgnę po moje pigułki przeciwbólowe. Jak to dobrze Tato, że dałeś nam łzy!
26.07.2008
SOBOTA
Liczni pasterze zniszczyli moją winnicę,
stratowali moją posiadłość.
Obrocili moje ulubione pole
w dzikie pustkowie.
Zamienili je na pole pełne żałoby
odludzie - jest wobec Mnie pustynią.
Tak, Tato: byłam wobec Ciebie pustynią. Cała woda uciekła gdzieś bardzo głęboko, bo ci, co mieli mnie "uprawiać", czyli dać mi "kulturę", okazali się nieudolni i nieświadomi. Nie było to ich winą, tak jak nie było winą ich "pasterzy", że oni sami stali się pustynią. Tak wyglądają nasze grzechy przekazywane z pokolenia na pokolenia. Nie ma końca tym żałosnym uwarunkowaniom, które więżą nas w schematach myślenia "starych ludzi" i są tym, co najbardziej zamyka nas na Ciebie. Kolejne generacje powtarzają bezmyślnie te mechanizmy grzechu, a Twój nieprzyjaciel zaciera ręce. Nie dlatego, że mordujemy, gwałcimy, podpalamy. Ale dlatego, że na śmierć głodzimy nasze własne serca i nie pozwalamy Ci, byś nam pomógł.
Ale oto na pustyni pojawia się wilgoć. Z głębi ziemi woda wypływa strumieniami łez. Bo:
...
Wtedy nastąpi okres ucisku,
jakiego nie było, odkąd narody powstały,
aż do chwili obecnej.
W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia,
każdy, kto się okaże zapisany w księdze.
Wielu zaś, co posnęli
w prochu ziemi, zbudzi się
Studnie artezyjskie kopie się głęboko i żelazo musi rozrywać kolejne warstwy ziemi. Ucisk, jakiego nie było, to wstęp do przebudzenia. Dzięki Tato, że wciąż o mnie walczysz. Ze mną.
PIĄTEK
Gdzie jestem? Najwyższy czas odpowiedzieć na to pytanie. Otóż jestem w zabitej dechami podwarszawskiej dziurze. Najbliższy sklep oddalony jest o jakieś trzy kilometry, najbliższy przystanek komunikacji o jakieś siedem. Zostałam tu zaproszona na rekolekcje, które zupełnie mnie nie dotyczą. Przyjechałam, by służyć jako tłumacz dla dwóch francuskich uczestniczek tego turnusu. Przyjechałam, bo nie umiałam odmówić. A przecież nie tędy wiedzie moja droga. Przepraszam Cię, Tato, za ten kolejny przejaw "niewyprostowania". A w zasadzie to siebie powinnam za to przeprosić, bo nie Tobie, a sobie wyrządzam tym szkodę.
Coś jednak i w tej szkodzie można zyskać. W czasie posiłków czytają tu książkę o św. Józefie. Mój ulubiony święty! Od czasu, gdy przeczytałam genialny wierszyk Andrzeja Bursy zaczynający się od słów:
Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię świętego Józefa.
Bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec,
tylko fachowiec: zawsze z tą siekierą...
Od czasu, gdy przeczytałam ten wiersz, zaczęłam się naprawdę zaprzyjaźniać z Józefem, którego życie było proste jak gwóźdź i młotek. I bezpretensjonalne. Nie stworzył żadnego systemu, żadnej tak zwanej "duchowości". Po prostu był wierny i robił, co do niego należało. Dziś w ramach tej uroczej lektury usłyszałam o nim ciekawe zdanie. Ktoś ponoć kiedyś powiedział, że Józef, nawet gdy adorował Jezusa w stajence, myślał o tym, jak załatać dziurawy dach. Po prostu fachowiec. Fachowiec od ciesiołki lub stolarki. Jakoś do końca nie wiadomo: jeśli był cieślą, parał się grubszą robotą, solidną i wytrzymałą, jeśli stolarzem - musiał być finezyjny i mieć poczucie piękna. Gdyby tak życie wziąć w ręce, jak cieśla lub stolarz bierze kawał drewna. Robota czeka, trzeba zakasać rękawy i zaczynać w imię Boże. A moje życie to wciąż nietknięty pniak. Stoję nad nim latami, bo wciąż boję się porządnie zamachnąć siekierą. Wciąż myślę, że coś spartaczę i Tata się obrazi. A wygląda na to, że najgorsze to właśnie nic nie robić. Jeśli coś obraża Tatę, to nie to, że stół wyjdzie koślawy, ale to, że wciąż zamiast stołu jest tylko surowa kłoda.
CZWARTEK
Myślę o "małej drodze" świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. I myślę, że ona nie jest dla mnie. A w każdym razie, w takiej wersji, jaką rozumiałam i jaką mi podawano, nie jest dla mnie. Bycie dzieckiem w znaczeniu "dziecko - potomek" o.k. Ale bycie dzieckiem w znaczeniu "dziecko - osoba niedorosła", nie.
Nie jestem specjalistką od św. Tereski. Być może - gdyby wejść w jej doświadczenia głębiej - to "dziecięctwo", o którym pisze, ma jakiś inny wymiar. Niemniej obraz jej duchowości, który stawiano mi przed oczami, polegał na jakimś niezdrowym infantylizmie.
Wiem, że Tata chce mojej dorosłości. Dziecko jest jakby człowiekiem in potentia. Nie urzeczywistniającym jeszcze tego wszystkiego, co nosi w sobie "w zarodku". Dziecko potrzebuje chodzić za rączkę i nie myśli samodzielnie. Tata chce, żebym dorosła, żebym przynosiła owoc, żebym się nie bała chodzić sama i sama myśleć. Nawet gdyby samomyślenie miało mnie doprowadzić do samowoli i samozagłady. On podejmuje to ryzyko i chce, bym ja też je podjęła. Bo tylko ten odnosi zwycięstwo, kto walczy. A kunktatorom niesława.
Dziś w Ewangelii było o mnie, bo otwartymi oczami nie widziałam, otwartymi uszami nie słyszałam i nie mogłam się nawrócić, by Bóg mnie uzdrowił. Te słowa mówił do Żydów Izajasz. Te same słowa powiedział do nich Jezus. Do pobożnych Żydow, którzy wypełniali Prawo i wypatrywali Mesjasza tak, że Go nie poznali, gdy przyszedł. Czy słusznie mi się wydaje, Tato, że chcesz, bym przestała wreszcie być pobożna, a zrobiła się prawdziwa? Nawet jeśli prawdziwa w moim przypadku, to znaczy bezczelna?
Bo to ja jestem tą niesubordynowaną dziewczynką, która wlazła na dach garażu i podarła rajstopki. Ale nie miała już na tyle odwagi, by zwyczajnie się przyznać. By napyskować. Śmiało powiedzieć: "i co mi możecie zrobić?!" Bo myślała, że mogą. Porzucić, zostawić, odepchnąć. Kiedy ta dziewczynka tak bojąca się zostawienia zaczęła się dostosowywać? "Radzić" sobie sama zupełnie sobie nie radząc?
Jest w tym jakiś paradoks. To właśnie konieczność "radzenia sobie", to właśnie poczucie osamotnienia sprawiło, że przestałam się normalnie rozwijać. Rozwijałam się pozornie na zewnątrz, zdobywając kolejne "szczyty" zaradności. A głęboko w sercu tkwiłam w martwym punkcie. Tam wciąż byłam trzyletnią dziewczynką pozostawioną zupełnie niespodziewanie na szpitalnym korytarzu. Tata chce, bym zaczęła sobie radzić naprawdę. Bym osiągnęła samodzielność gdzieś głęboko w sercu. I chyba chcę Go posłuchać. Zaufać.
ŚRODA
Lotnisko. Odprawa za pół godziny. Miałam nadzieję, że zabiję nadmiar czasu podłączając się do netu. Niestety, tutejsze hotspoty, choć podpisane "a votre disposition" nie są darmowe. Trzeba mieć abonament w telefonii komórkowej. No tak. Czego się spodziewałam po Francuzach? Samolot ma odlecieć o czasie. Tak informują nas napisy na elektronicznych tablicach. Dla mnie w praktyce oznacza to, że nikt nie pomoże mi taszczyć bagaży. Mam za swoje: było nie brać tylu ciuchów do tego miasta. Rozważania na temat zapachów powracają, gdyż Issey Miyake wydał nową sezonową odmianę swojej słynnej Eau. Przepiękny zapach, ale niestety tylko w wersji "wody letniej", a więc niezbyt trwały. No i znów nie zdecydowałam się na żadne perfumy. I niech tak zostanie. Siedzę więc na lotnisku i dziwuję się ludziom, którzy już się ustawili w kolejkę, choć bramka jeszcze zamknięta, a każdy przecież i tak ma już bilet i miejsce. Właśnie jakaś pani koło mnie zwróciła się do stojącego w ogonku współpasażera ze słowami: "Panie Andrzeju, Pan trzyma dla mnie kolejkę." Oto kolejny dowód, jak bardzo my Polacy mamy mentalność kolejkową. Jak ustawi się trzech gości, to natychmiast cały tłum odczuwa palącą potrzebę ustawienia się za nimi. Czuję że sama muszę walczyć z jakąś wyższą i irracjonalną siłą, która wypycha mnie z krzesła, by też się ustawić. Co chwila sobie powtarzam, że wygodniej jest siedzieć niż stać i że wchodząc jako ostatnia do samolotu nastoję się najmniej z nich wszystkich. Miejsce mam przy oknie i jak tam wejdę, to dwie osoby będą musiały wstawać, żeby mnie przepuszczać. No to sobie wstaną. A ja sobie tymczasem posiedzę. W podręcznym bagażu topi mi się czekolada. Nie mam nic do czytania. W domu będę późno, a jutro z samego rana trzeba wyruszać dalej. A jeszcze przecież trzeba będzie zamieścić ten tekst na blogu.
A propos bloga i jego przydatności, to dziś z lektury "Lacrimis scripta" oraz "Myśli zakurzonych" dowiedziałam się, że Samprasarana wróciła z wykopków. Wielce mnie to cieszy, choć zobaczę ją dopiero w sierpniu. Ale to w sumie niedługo.
Oczywiście, moja droga Zmiano-Z-Półsamogłoski-W-Samogłoskę, że "ta" Ci wybacza. W ogóle, to ja Ci niczego nie mam za złe. Wiesz przecież, że mam do Ciebie słabość i wybaczyłabym Ci wszystko.
Ja tu sobie piszę w najlepsze, a atmosfera tymczasowości w kolejce się wzmaga. Mamy niby startować za 20 minut, a jeszcze nie zaczęli wpuszczać. Temperatura rośnie, czekolada topnieje, a ja się w duchu modlę do Taty, by opóźnił wylot. Zdarza mi się to w moim podróżniczym życiu po raz pierwszy. Hmmmm gdybym teraz gdzieś się zadekowała, to zważywszy, że jestem po odprawie bagażu, samolot raczej by beze mnie nie odleciał. Pytanie, czy chcę ryzykować, że polscy kolejkowicze rozerwą mnie na strzępy, jeśli spowoduję opóźnienie wylotu. Wydaje mi się, Tato, że jeszcze nie jestem na tyle "wyprostowana", by móc wykręcić taki numer.
No i co ja będę robić w tym samolocie? Może by się tak pomodlić? Dla odmiany? W końcu tam wysoko można sobie wyobrażać, że jest się bliżej Taty, że myśli lepiej się niosą po chmurach.
No a tymczasem mogę sobie pisać. Właśnie się okazało, że samolot, który stał za szybą, to nie był nasz. Nasz dopiero teraz przyleciał z Polski. Kolejne minuty zeszły nam na obserwowaniu wychodzących zeń pasażerów. Kolejkowicze próbują wzrokiem zaczarować rzeczywistość, by przyspieszyć bieg spraw. Nie dziwię się: pewnie ich już nogi bolą od stania w tej kolejce. A mogliby siedzieć. Trochę dalej od bramki jest pełno wolnych miejsc. Ale żaden prawdziwy kolejkowicz nie opuści swojej wywalczonej pozycji. Ja w przeciwieństwie do reszty pasażerów próbuję zaczarować rzeczywistość w odwrotną stronę, ale jestem sama przeciw tylu bolącym nogom.
No dobra. Powoli zbliżam się do końca tego tekstu. Zaczęli nas wpuszczać, spóźnienie mamy za małe jak na mój gust, a kiedy przepłynie kolejka, będę musiała zamknąć laptopa i skierować się do samolotu.
22.07.2008
jako że...
bo ma :)
czy w takim razie "ta" mi wybaczy dotychczasowe milczenie? ;-)
21.07.2008
autotelicznie
Wszystko wskazuje na to, że jawa jest jeszcze bardziej odjechana niż wszelkie senne deliria.
Jawa dała mi znać o sobie i to w sposób domagający się, by coś z tym zrobić, kiedy przyjechałam znad wiślanej rzeki nad tę ka(na)łową Sekwanę. Nagła pustka, która zajęła koło mnie miejsce wszystkich życzliwych przyjaciół wysłuchujących od miesięcy - z godną podziwu cierpliwością - moich egzystencjalnych gorzkich żalów, była nie do zniesienia. Zamiast ludziom zaczęłam się zwierzać literom.
Ale w miejsce dziewiętnastowiecznego "kochany pamiętniku" wiek XXI dał nam między innymi dobrodziejstwo netu, a w nim blogów. Jaka jest różnica między pamiętnikiem a blogiem? Chyba trochę taka, jak między terapią indywidualną, a grupową. Bo blog publiczny jest. Każdy może tu przyjść, przeczytać, osądzić i rzucić kamieniem. Ale o dziwo nikt nie rzuca. A przynajmniej nie kamieniami. Niektóre "feedbacki", jak to się mówi w neosnobistycznych kręgach można by bowiem nawet wziąć za "rzuty". Ale już nie za "zarzuty". Przypomina to raczej rzucanie kwiatami z widowni (toute proportion gardee, oczywiście). Wygląda na to, że mój pisany z potrzeby gadulstwa blog niektórym się podoba. I może - cóż za zawrotna w swym narcyzmie myśl - jakoś tak pomaga? Dziwne, przedziwne. Zjawisko to mogę tylko wytłumaczyć jakąś tajemniczą "zwrotnością" ludzkich spraw. Kiedy staram się dawać, dostaję, kiedy staram się otwierać dłonie, by przyjąć to, co dla mnie dobre, daję. Bezwiednie i niezamierzenie.
Domyślam się w tym ręki Taty. Chyba chce mi pokazać, jak bardzo jest blisko.
Dobiegający końca pobyt w Paryżu dziwnie się bilansuje. Za dużo czasu straciłam na pisaniu bloga, gadaniu przez skype'a itd. Przecież - myślałam jeszcze wczoraj z poczuciem winy i niesmaku - to samo mogłabym robić siedząc w Warszawie. Więc po co było wydawać kasę na samolot? "Ale czy aby na pewno?" podszeptuje mi w głowie jakiś głosik. Może w Warszawie nie doświadczyłabym i nie odkryła tego, co doświadczyłam i odkryłam tutaj? Choć z punktu widzenia Homera (czy ktoś, kto nie istniał ponoć może mieć punkt widzenia?), Maurycego du Sully, Małgorzaty Porete i wszystkich autorów średniowiecznych kronik zmarnowałam tu mnóstwo czasu, może z punktu widzenia Taty nie? A może Tata by chciał, żebym się oduczyła tego pytania o zmarnowany lub niezmarnowany czas? Bo to jest po prostu bardzo głupie pytanie.
20.07.2008
Przerobiono Tuilerie. Dawniej siadało się na metalowych krzesełkach pod drzewami. Teraz siada się na trawnikach w cieniu przyciętych pod linijkę żywopłotów. Prawdziwy ogród francuski.
Zwiedzanie miasta z kimś jest nie tylko przyjemne, ale również owocne. Można zobaczyć miejsca, których się wcześniej nie oglądało. Na przykład "Areny Lutecji', czyli pozostałość po starożytnym amfiteatrze.
Na mszy byłyśmy u Wspólnot Jerozolimskich. Piękna liturgia i atmosfera modlitwy, dość tutaj rzadka, sprzyja rozmowie z Tatą. Zwłaszcza, gdy wciąż ma się do Niego tyle pytań. Bo prostowanie się nie jest proste. Choć ostatnio udało mi się dwa razy. W dwóch sytuacjach, które normalnie powinny obudzić we mnie panikę i wywołać to przykre uczucie stresu zawiązującego mój żołądek na supeł. Zamiast tego było coś, co chyba muszę nazwać wolnością. To jakby pierwsze małe kroczki. Po nich będą następne, czuję to. Jakby zza jakiejś zasłony lęku dochodzi mnie głos Taty: "Surge!"
Surge columba mea, surge formosa mea
Wstaję, Tato. Wstaję i idę...
18.07.2008
appendix
Poguglalam, poguglalam i wyguglalam, ze "samprasarana" to jest "change of semi-vowels into vowels", a nawet "properly it is the name of vowel that replaced the semi-vowel." No i wszystko jasne :D
bez polskich znakow
Samprasarana nie chce nic pisac na naszym wspolnym blogu, za to na swoim osobistym opowiada ze szczegolami swe doznania wykopaliskowe. Zakonczenie jej wczorajszego posta tak mi sie spodobalo, ze postanowilam je tu wkleic.
Uwaga, Samprasarana pisze:
"I ostatnie slowo na dzisiaj - "noc". Noc oblednie piekna, bo widac gwiazdy i ksiezyc. Noc oblednie piekna, bo nie ma luny od miasta zadnego, tylko na horyzoncie widac swiatla Azowa. Noc pelna zapachu i cieplego wiatru, ktory zdaje sie przenikac calego czlowieka, ktory wlasnie stoi na mostku i wsluchuje sie w grajace swierszcze.Jedna taka noc i przynajmniej czesc powodow, dla ktorych sie tu przyjezdza, wydaje sie jasna :)."
Prawda, ze slicznie?
Nota bene, musze ja zapytac, co to jest "samprasarana", bo zapomnialam. Przy sanskrycie moja pamiec mowi "pas". Pamietam jeszcze, co to jest "visarga", "parasmaipada", "atmanepada" i oczywiscie, co to sa "bahuvrihi", "tatpurusa" i "dvandva". Ale "samprasarana"? Za cholere nie.
Dzis przyjedzie Kasia3. Niestety, nie bede mogla towarzyszyc jej w odkrywaniu Paryza caly czas. Bede musiala jeszcze zajrzec do biblioteki. Homera juz odpuszczam. Zebralam 50 stron roznych cytatow z przejrzanych ksiazek, do tego 4 strony dalszej bibliografi, nie ma sensu szukac dalej, bo nie paru dni, ale paru miesiecy na to potrzeba. Zreszta Homer nie jest na wczoraj, tylko na jutro. Czekal ponad 2 i pol tysiaca lat, poczeka jeszcze.
Na wczoraj sa za to trzy kroniki sredniowieczne, ktore odwrotnie niz Homer wcale nie cierpia na kleske urodzaju w dziedzinie opracowan, ale wrecz przeciwnie, na totalna jalowosc. Ugor, Panie! O takiej "Historiae Hierosolymitanae pars secunda" to chyba od XIX wieku nikt nic nie napisal. W sumie to jeszcze nie jest dramat. Dramat bedzie, jak sie okaze, ze owszem, pisali i to duzo, tylko ja nie umialam znalezc.
A jutro do poludnia zostawie biedna Kasie sama i pojde do biblioteki Richelieu, zeby odwiedzic Jego Ekscelencje biskupa Maurycego de Sully, obecnie obecnego jedynie w postaci pergaminowych rekopisow. Ach, jak jak lubie zasiasc nad trzynastowiecznym manuskryptem. Mam nadzieje, ze jutro nie bede miala przyplywu lez, bo - jak juz kiedys pisalam - pergaminy sa naprawde czule na wilgoc. Dzis jakos oczy mam suche, ale kto wie, jak bedzie jutro.
Moze na duchu podniosly mnie wczorajsze doswiadczenia. Po nocnych rozmyslaniach nad sama soba i nad moim sposobem przezywania relacji, usiadlam do rozanca w intencji Przyjaciela W Tarapatach.
Jakie to jest piekne: modlic sie za kogos i samemu zostac obdarowanym. W czasie tego rozanca fenomen odrzucenia bedacy zrodlem moich cierpien zaczal mi sie jawic w zupelnie innym swietle. Jako rodzaj bolesnego, ale koniecznego doswiadczenia, bez ktorego nie potrafilabym nigdy stanac na wlasnych nogach, prosto. Bez ktorego wciaz zylabym uczepiona kogos, lub pelzala zebrzac o wzgledy. To "widzenie" zaowocowalo wierszem, ktory sobie teraz wisi na forum Zatoki i prowokuje dyskusje o rozumieniu, badz nierozumieniu kobiet.
"Wyprostuj sie" slysze w glowie i choc prostowanie wymaga przezwyciezenia oporu, jaki stawia strach, chce sie prostowac. Zeby przestac sie bac.
Czy to jest Twoja odpowiedz, Tato? Czy to znaczy, ze pukanie skutkuje? Ze chcesz mi wlasnie pokazac, jak mam zmienic "strategie"? Ufam, ze o to chodzi.........
16.07.2008
WIERSZ O MARZENIACH
nie ma za co przepraszać
to nic wartościowego
tylko stare marzenia
banalne i tuzinkowe
tandetne jak baśń o Kopciuszku
tęsknota za magią tych chwil
na kwadrans przed północą
a jak się pięknie potłukły
rozprysły na milion okruchów
kiedy się już zdawało
że baśń przybiera kształt życia
gdy dane było na mgnienie
ujrzeć w krysztale blask sukni
ktoś się nagle roześmiał
ktoś głośno trzasnął drzwiami
były tu od tak dawna
że będzie mi ich brakować
więc jednak słusznie przepraszasz
i nigdy nie spłacisz tej straty
bo jak tu żyć mi bez marzeń
a one takie w kawałkach
kaleczą na każdym kroku
nie trzeba ich było dotykać
z czczej ciekawości brać w ręce
niechby tak stały czekając
na dzień gdy miały się spełnić
15.07.2008
No właśnie.
Wczoraj była tu wielka świecka impreza z okazji początku końca wielkiej kultury. Przy całym moim sceptycznym podejściu do rewolucji francuskiej zerknęłam jednak do telewizora. Francuskie mundury są naprawdę malownicze. Tak właśnie powinny wyglądać parady wojskowe. A wieczorem wybrałam się na pokaz sztucznych ogni. Tak właśnie powinny wyglądać fajerwerki.
Teraz zaś siedzę w bibliotece i się frustruję. Bo czas leci, mój pobyt dobiega końca a ja nie zrobiłam nawet połowy tego, co chciałam. Czuję jak różne konkretne sprawy wymykają mi się z rąk, bo moje myśli wciąż zajęte są innymi poszukiwaniami. Taka kwerenda samej siebie zupełnie przekraczająca moje możliwości. Tylko Tata może odpowiedzieć na najdramatyczniejsze pytania i poszukiwania. Kazał pukać i obiecał, że otworzy. Ale mnie się chwilami wydaje, że pukam i pukam i nic.... No i wtedy myślę, że źle pukam. Może należy nogą? albo łokciem? A może jakimś szyfrem???
Puk, puk, puk... Tato?