14.02.2009

święto murarzy

Na mieście zaczęło się "walenie tynków". Na szczęście mogę większość dzisiejszego dnia spędzić w domu, więc uniknę serduszkowej czerwoności na ulicach. Kupiłam sobie natomiast sztuczne rzęsy, by na balu robić za wampa. Ale próba ich przyklejenia nie wypadła zbyt pomyślnie. Na dodatek od tego kleju lepią mi się powieki. Najbardziej przeraziła mnie informacja na opakowaniu, że są to "rzęsy sztuczne ręcznie plecione z naturalnych rzęs"! Mam gorącą nadzieję, że to reklamowa brednia.
A poza tym ferie dobiegają końca. Niebawem trzeba będzie znów zacząć uczyć studentów. Drugi semestr jest zawsze dłuższy, ale jakoś lepiej się go przeżywa, bo przychodzi wiosna i zmierzcha się później. I tym sposobem, ani się obejrzę, jak minie pierwszy rok w nowej pracy. I w nowym mieszkaniu. Pierwszy rok wielu dobrych nowości. Myśl ta uspokaja mnie dziwnie i dodaje otuchy. I coraz jaśniej widzę, czym jest "nadzieja mojego powołania", że pozwolę sobie na przewrotną interpretację Pisma. Coraz jaśniej widzę, że dążę do pełnego uwolnienia serca. Do tego, by moje widzenie rzeczywistości, moje widzenie Prawdy było ostre i zdrowe; żeby nie mąciły go żadne fałszywe podszepty mówiące, iż moja wartość zależy w jakimś stopniu od tego, co myślą o mnie inni. Czy raczą mnie akceptować i kochać, czy też odrzucą.

12.02.2009

12.02

A! no i dziś właśnie się postarzałam. Z tej okazji zrobię sobie kurczaka w tandori i rodzynkach.

logika i argumentacja

Przedwczoraj słuchałam debat oksfordzkich. Fajnie, że są w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią logicznie myśleć, wyłapywać logiczne błędy przeciwnika, argumentować w sposób spójny i rzeczowy. Szkoda, że jest ich tak niewielu. Nawet w takich dyskusjach, w których ma się sporo czasu na przygotowanie argumentacji; w dyskusjach, w których uczestniczą osoby wybrane (czyli - jak należy przypuszczać - radzące sobie z logicznym myśleniem i z umiejętnością werbalizowania swych poglądów w sposób zrozumiały); w dyskusjach na tematy trochę abstrakcyjne nie dotyczące naszego życia - nawet w takich dyskusjach rozmówcy nie potrafią się ściśle trzymać tematu, pozwalają sobie na argumenty ad personam i zupełnie niemerytoryczne uwagi. Trudno się wobec tego dziwić, że takie rzeczy zdarzają się nagminnie na forach internetowych, również na naszym Forum.
Ale najwyraźniej się starzeję. Wyciąganie nielogiczności i przejawów erystyki już mnie nie zajmuje, lecz męczy. Wobec zalewu absurdu i braku logiki naprawdę mam ochotę powiedzieć "pas". I coraz częściej to robię. Coraz więcej tematów odznaczam jako "ignorowane", bo aż mi przykro patrzeć i nie chcę się dołować. Czasem się tylko zastanawiam, dokąd zmierza świat. Kiedyś odrzuciliśmy metafizykę, żeby się zająć epistemologią. W obu tych dziedzinach umiejętność wyciągania logicznych wniosków była kluczowa. Dziś wydaje się, że również z epistemologii przyjdzie nam zrezygnować, bo gubimy podstawowe narzędzie, jakim jest logika. W postmodernistycznym permisywizmie i globalnym egalitaryzmie totalnie nielogiczne bredzenie ma mieć taką samą wartość jak rzetelny spójny wywód. To kolejny dowód, że ludzkość zmierza do samounicestwienia.

9.02.2009

jako i my odpuszczamy

Wczoraj - niedziela. Kościół Dominikanów na Freta. Zamierzałam iść wcześniej, na próbę scholi i śpiewać na mszy. Ale spać mi się zachciało, więc na próbę nie poszłam, wskutek czego na mszy zamiast w prezbiterium stałam normalnie w kościele. Przy Ojcze Nasz zaczęłam myśleć, jak to jest z tym moim wybaczeniem. Bo niedawno dowiedziałam się, że nie najlepiej. Że wciąż mi żal tej małej skrzywdzonej dziewczynki sprzed 30 lat. I przez myśl przemknęli mi różni moi winowajcy. Chwilę później przekazujemy sobie znak pokoju. Na prawo, na lewo. Do tyłu... I zaskoczenie, bo oto jeden z winowajców za mną właśnie stoi. Przed komunią intensywny rachunek sumienia. No to jak to jest z tym moim wybaczeniem? I nagle uświadamiam sobie, że przecież - niewiele myśląc, instynktownie - JA się do niego uśmiechnęłam, a moje oczy mówiły: "O! ale niespodzianka! Kopę lat!" Bo naprawdę w pierwszym ułamku sekundy nie czułam żadnej niechęci. Natomiast ON miał minę jakby zobaczył ducha. I tak mi potem przyszło do głowy, że on chyba nie jest w stanie mi wybaczyć całego zła, którego się wobec mnie dopuścił. To są dalsze konsekwencje potykania się o własne sznurówki. Biedny!

7.02.2009

Bóg w kryzysie

Im dłużej rozmyślam nad przypadkiem RRN, tym bardziej podziwiam Boże działanie. Bo gdyby się dwóch wielebnych prominentów nie pożarło w żenujący sposób o władzę; gdyby jeden z nich nie doniósł na kolegów do kurii, wytykając im nieprawidłowości, które on sam osobiście przez kilkanaście lat współtworzył i promował, to wszystko toczyłoby się po staremu, według dobrze już wypracowanych metod hierarchizowanej manipulacji.
Episkopat wszak przez długie lata pozwalał Ruchowi działać nie zgłębiając zbyt gorliwie ani doktryny ani praktyki. Tylko dlatego, że ruchowi prominenci mieli dobre układy wśród biskupów. To, co teraz komisja wytknęła, istniało przez ponad dwadzieścia lat. Publikacje dostawały imprimatur (choć najwyraźniej nikt ich nie czytał, ufając po prostu księdzu Piłatowi), a biskupi wizytowali rekolekcje Ruchu. Dużo rzeczy kazano trzymać w tajemnicy, ale wiem, że bezskutecznie: czy naprawdę może się zachować tajemnica znana tysiącom ludzi? Kurii się zatem nie spieszyło do porządkowania tego bałaganu.
Ale NA SZCZĘŚCIE Bóg tak stworzył ludzką naturę, że gdy idziemy w zło, to prędzej czy później, na tej wygodnej z pozoru ścieżce, przewrócimy się o własne sznurowadła.

6.02.2009

sekta

Kuria się wypowiedziała ostatecznie. Abp podpisał dekret.
Można go znaleźć tu:
http://www.archidiecezja.warszawa.pl/
Ruch Rodzin Nazaretańskich, w którym zmarnowałam kilkanaście najlepszych lat życia, musi gruntownie się zreformować, jeśli chce nadal istnieć. A obowiązujące w nim dotychczas zasady zostały bardzo ostro skrytykowane przez specjalistów jako sprzeczne z praktyką Kościoła. Najbardziej przerażające jest to, że do bezwzględnego posłuszeństwa nakłaniali przy pomocy straszenia ludzie, którzy sami byli nieposłuszni Kościołowi. I robiło się mnóstwo rzeczy przeczących zdrowemu rozsądkowi i naturalnemu porządkowi świata pod pozorem, że do takiego agere contra zaprasza Matka Boża, której SZCZEGÓLNĄ obecność w tym Ruchu gwarantowały jego najwyższe władze. A tu nagle się okazuje, że te najwyższe władze wypierają się bezczelnie tego, co same mówiły, i na dodatek zrzucają winę jeden na drugiego. Jak nie przymierzając pierwsi rodzice w Raju. Postępują w całkowitej sprzeczności do tego, o czym nauczali. Najbardziej mnie szokuje takie zdanie z komunikatu komisji: "W rozmowach z kierownictwem RRN [komisja] nie znalazła nikogo, kto poczuwałby się do winy za kryzys i brał za to odpowiedzialność."
Ale Tata wie, kto jakie krzywdy wyrządził tysiącom ludzi manipulacją, socjotechniką i kłamstwem. I przed Tatą nie będą się mogli wypierać odpowiedzialności.

5.02.2009

te role w tym teatrzyku

Dziś dzień pisania. Ale to pewnie dlatego, że czwartek. A czwartek jest po środzie. Wróciła do mnie tematyka odgrywanych w życiu ról i tego pytania, dlaczego gram nie to, co bym chciała? I czy da się to jeszcze zmienić? Rok temu bardzo tego chciałam. Tyle było we mnie determinacji, żeby jeszcze coś uratować. Żeby jak ten Theoden choć na chwilę poczuć wiatr we włosach. Myślałam, że może nie wszystko stracone. Dziś już nie jestem tego pewna. Nie jestem wcale pewna, czy to dobry pomysł z tą próbą zmiany roli. Z wiedźmy na księżniczkę. W tym wieku? I po tym jak się całe życie było aktorką "charakterystyczną". I jak się zna tę rolę na pamięć i na wyrywki. Po czubki palców. Że już nawet przez sen się ją recytuje. No i przecież ona nie jest taka zła ta rola. Całkiem fajna w sumie. Ma się swoje popisowe numery. I jest się cenionym. Czasem nawet ktoś o autograf poprosi. Przecież można było skończyć dużo, dużo gorzej. Więc czemu się oglądać za kanarkami na dachu, jak tu całkiem niezły wróbel w garści?
A przecież wiem, że takie poczucie jest chwilowe. W każdej chwili może się przydarzyć nowy casting. Bo lata latami, ale ja ciągle jeszcze miewam zielono w głowie, aż wstyd. I wtedy znów będzie boleć, cholernie boleć, że nadal ta wiedźma, a nigdy księżniczka. Więc może jednak nie powinnam się poddawać i skoro zaczęłam już chodzić na "warsztaty teatralne", to może lepiej kontynuować?

LOTR

Zamiast Biblii czytam Władcę Pierścieni. Z zamiarem skontaktowania się z Tatą tą właśnie drogą. Mało ortodoksyjnie, fakt. Nie będę się do tego przyznawać przed przyjaciółmi z Ordo Praedicatorum, bo się w nich jeszcze duch inkwizycji obudzi i stosy przypomną. A przecież sami obecnie bywają niepokojąco heterodoksyjni. Zresztą nie tylko obecnie. Wystarczy przypomnieć Mistrza Eckharta. Quis inquiret ipsam Inquisitionem? O dominikanach myśleć mi teraz trzeba intensywnie, bo otom znów spóźniona z przekładem. Quaestiones de Potentia Dei czekają.
Ale miało być o Tolkienie. Wczoraj w ramach wieczornej modlitwy czytałam akurat o królu Theodenie. I bardzo stał mi się bliski po tych słowach: "I feel as one new-awakened. I would now that you had come before, Gandalf. For I fear that already you have come too late, only to see the last days of my house." Też często przychodzi mi żałować, że przebudzenie nie nadeszło wcześniej, tylko dopiero teraz, po tylu zmarnowanych latach; teraz, gdy nie bardzo można już liczyć na przyszłość. Ale te ostatnie dni Theodena były wielkie i ważne. I warto się przebudzić, choćby na finał. Sprawić, by finał był naprawdę spektakularny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy, że zacytuję innego twórcę.

3.02.2009

po Roosevelcie

Uff. Skończony przekład. Teraz parę drobiazgów do zrobienia - akurat żeby wypełnić nimi ferie i za chwilę powrót na zajęcia. No i najwyższy czas, by odkurzyć kazania starego dobrego Mauryca.

A w chwilach między pracą, tańczeniem i myśleniem o bohaterach francuskiej literatury, spoglądam sobie na księżyc. Właśnie rośnie! Spoglądam i sobie się dziwię, bo logiki w tym nie ma za grosz. Przecież to jest kawał jakiejś skały, co się wokół ziemi kręci, światłem świeci odbitym, a oglądają go wszyscy ludzie i wyją do niego wszystkie psy. To co mi się nagle uroiło, że to jest prezent? Specjalnie dla mnie! A może nawet mój towarzysz. Czyż to nie głupie, że jak go widzę, to przestaję się czuć samotna? A w sercu mam pamięć tej wielkiej Księżycowej Radości, która tak niedawno temu dosłownie mnie zalała.

Ostatnio jakoś mniej czasu poświęcam na bezpośrednie rozmowy z Tatą. Ale nie czuję z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Jakbym wiedziała, że On wie. Że liczy się ten jakiś spokój w sercu i to dziwne poczucie bezpieczeństwa (o Zaufaniu mówić nie śmiem, zbyt grzeszny ze mnie człowiek). Że póki noszę w sercu pamięć o tym, iż księżyc to Jego dar specjalnie dla mnie, to jest między mną a Nim jakieś wyjątkowe porozumienie. Takie, jakiego dawno (a może nigdy) nie było. Niewykluczone, że własne uczucia zwodzą mnie na manowce, bo kto to widział, żeby tak długo zaniedbywać regularną modlitwę! A jednak chcę pozwolić im się prowadzić. Raz dla odmiany posłucham mojego serca.

1.02.2009

zbrodnia Cyrana de Bergerac 2

Było skojarzenie z Cyranem. A zaraz po nim nastąpiła pogłębiona refleksja nad tym przypadkiem. Z wnioskiem, że Cyrano jak najbardziej BYŁ głupcem. Uznał, że Roksana nie może go pokochać - takiego brzydala - i z punktu ustawił się w roli "tego trzeciego". By być blisko niej i móc jej wyrażać swoje uczucia, pomógł Christianowi stworzyć nieprawdziwego człowieka: z powierzchownością przystojnego Christiana i elokwencją oraz miłością pana de Bergerac. To tak kochał Roksanę, że ją oszukiwał? I że nie dał jej żadnej szansy? Gdyby nie był głupcem, powiedziałby: "jeśli Roksana jest rzeczywiście tą, za jaką ją uważam, nie będzie się przejmować moim wielkim nosem. A jeśli mnie odrzuci z powodu powierzchowności, to znaczy, że jest małostkowa i niegodna moich uczuć." A tymczasem ten dzielny żołnierz, słynący z niezliczonych pojedynków zawadiaka, stchórzył. I z tchórzostwa zrobił coś potwornego: zniszczył życie ukochanej kobiecie wmanewrowując ją w związek z nieistniejącym człowiekiem. Oto do czego prowadzą wybujałe kompleksy.

31.01.2009

zbrodnia Cyrana de Bergerac

Cyrano był fantastą. Odbywał podróże na księżyc. I tracił kontakt z ziemią i rzeczywistością. Najsmutniejszą i najokrutniejszą w jej kłamliwej urodzie rzeczą, jaką uczynił, było zbudowanie relacji Christiana i Roksany. Relacji iluzorycznej, bo opartej na potwornym fałszu. Na całe szczęście Christian miał na tyle rozumu, by dać się zabić na wojnie zanim prawda wyjdzie na jaw i zrobi się straszliwa kaszana. A może wcale nie na szczęście, bo biedna Roksana przez następne lata oblewała wdowimi łzami pamięć po fałszywej miłości, nie wiedząc wcale, jak bardzo była fałszywa. A wszystko przez głupiego Cyrana. Oszukana prawda mści się okrutnie. Nie będę więc Cyraną. Proszę mnie nie prosić o klucz do cudzego serca. Proszę go znaleźć samemu! Najlepszą drogą do znalezienia jest przyznanie się, że się klucza nie ma i nawet nie wie, gdzie szukać. To ostatnia rada niedoszłej Cyrany.

26.01.2009

leń?

To prawda, że nie chodzę do pracy. Ale mam zwolnienie. I to prawda, że już dawno nic tu nie napisałam. Ale nic się nie wydarzyło. Oprócz tego że grypa. I zapalenie zatok na dokładkę. Wydarzyły się trzy lekcje tańca, na które nie poszłam. Przez tę grypę. I wernisaż Reverendissimusa, na który też nie poszłam. Powód do znudzenia ten sam. Ale zdalnie załatwiłam już pierwsze czynności niezbędne do nawiązania erazmusowej umowy z Paris IV. No i przetłumaczyłam już ponad pół książki o tym jak Smedley Butler uniemożliwił próbę faszystowskiego ponoć puczu w USA. Generała Butlera lubiłabym jeszcze bardziej, gdyby nie jego sympatia do etatysty F.D.R. A Roosevelta nie lubimy. Za etatyzm i za Jałtę. Patrząc na kryształowego i niegłupiego przecież Butlera myślę sobie, że polityka jest i będzie szambem. Uczciwość i inteligencja nie pomogą: nie da się nie ubabrać. A z tym moim lenistwem nie jest chyba tak źle, skoro tyle zrobiłam nic nie robiąc...

20.01.2009

odcinek pierwszy

Na początku był kot. Zaczęło się od kota. Ściśle rzecz biorąc kotki. Małej, białej i dzikiej, którą trzeba było cierpliwie oswajać. Jak to się stało, że nieznająca czułości i otwartości kobieta, którą byłam, znalazła drogę do kociego serca? A może to kot znalazł drogę do mojego? Kotka na początku nie dawała się dotknąć i chowała się pod szafą. Zupełnie jak moje własne ja. Jedyne, co można było zrobić, to położyć się płasko na podłodze, żeby nad nią nie górować. I ze sporej odległości, wyciągając rękę muskać końcem palca jej łapki. I cieszyć się, gdy zaczęła obwąchiwać rękę. Takie były moje pierwsze spotkania ze światem prawdziwych, serdecznych relacji. 10 lat temu. Do dziś nie wiem, kto kogo bardziej resocjalizował: ja Balbinę, czy Balbina mnie.

19.01.2009

Klacid Uno

Tak się nazywa mój nowy "przyjaciel" - antybiotyk, w którego towarzystwie minie mi najbliższy tydzień. A to za przyczyną grypy, do której dołączyło się jeszcze zapalenie zatok.
Przez pewien czas zatem będę mało widoczna w realu, spędzając czas w łóżku z moim nowym przyjacielem.

16.01.2009

neostrada to zło

Od trzech miesięcy jestem tego zła ofiarą. Zdążyłam już w tym czasie zmarnować kilkanaście godzin na rozmowy z "ratownikami" oraz wymieniać liveboxa po 6 tygodniach użytkowania. Nowy livebox niestety też rozłącza bez dania racji i odmawia łączenia. Łączy "tylko lokalnie", a kiedy próbuję - już kiedyś przez to przechodziłam, więc zanotowałam wszystkie etapy - ponownie się zarejestrować, to bezczelnie twierdzi, że hasło jest nieprawidłowe! Co jest podłym kłamstwem. Tym razem na dodatek nie mogłam sprawić sobie przyjemności w postaci miłej konwersacji z panem z obsługi klientów, który nie pojmuje, że wiem, jak uruchomić "połącz z" i zawsze tłumaczy w ten sam sposób: "w lewym dolnym rogu ma pani takie niebieskie kółeczko. Proszę je kliknąć". Przyjemności tej nie mogłam sobie sprawić, bo okazało się, że połączenie z serwisem neostrady jest niedostępne. Moja landlady bowiem jakiś czas temu zrezygnowała z korzystania z usług konkurencyjnego wobec tepsy operatora połączeń zamiejscowych. Od owego pamiętnego dnia, chcąc gdziekolwiek zadzwonić, trzeba wykręcić najpierw 01033. Niestety, gdy po tych cyferkach wykręcam 0800 lub 800 - w obu przypadkach nie uzyskuję połączenia. W jednym przypadku automatyczny głos w słuchawce (chciałabym kiedyś zobaczyć tę panią, którą zatrudnili do tego nagrania - chyba najsłynniejszy głos w kraju) mówi: "nie ma takiego numeru", w drugim: "połączenie nie może być zrealizowane".
A zatem postanowione: kupuję sobie internet komórkowy, bo mam tej neostrady po dziurki w nosie!

13.01.2009

narozrabiałam

No i narozrabiałam. A poszło o pewne katolickie szkoły (jak ktoś chce wiedzieć, które konkretnie, to proszę o kontakt na priva). I o to, że mają tam we zwyczaju nie przyjmować dzieci z rozbitych rodzin. A jeśli któremuś uczniowi przytrafi się, że się rodzice rozejdą, to taki uczeń wylatuje ze szkoły. Zasada taka. Na takie zasady jest ładne słówko o łacińskiej etymologii: DYSKRYMINACJA. Czyli taka segregacja, w której zainteresowany nie może zrobić nic, by w momencie wytyczania granicy znaleźć się po tej stronie, po której by chciał. Ta dyskryminacja ma ponoć chronić pozostałe dzieci przed przykrymi konsekwencjami uczenia się w szkole w towarzystwie dzieci, których rodzice podjęli tę głupią i nieodpowiedzialną decyzję. Bo takie dzieci są ponoć zapatrzone w siebie i konfliktowe. Z czego by wynikało, że zadaniem szkoły nie jest uczyć, jak rozwiązywać konflikty, tylko dbać, by dziecko się z konfliktami nie stykało. Czyli szkoła-cieplarnia. To że wyrzucenie ze szkoły ma wszelkie znamiona potępienia, że pozostałym uczniom przekazuje się w ten sposób komunikat: "oni są gorsi, wy jesteście lepsi", że uczy się ich po prostu faryzeizmu i dulszczyzny (no bo trzeba skrzętnie ukrywać własne kłopoty, żeby nie podpaść pod paragraf); to wszystko nie wydawało się memu rozmówcy oczywiste. Gorzej, bo teraz jego ewentualna przyszła - której nieopatrznie zdradziłam temat dyskusji - zaczęła go nagabywać w tej jakże istotnej sprawie edukacji ewentualnego przyszłego przychówku... Ot - narozrabiałam.

11.01.2009

Księżyc i Dame Joie

Dostałam. Niespodziewanie. Spotkałam. Tak po prostu spotkałam Panią Radość. Jakby się Ktoś postarał, żeby mi pokazać, że Ona istnieje. Taka prawdziwa, głęboka. A wszystko za sprawą Księżyca, który nagle - gdy wyszłam zza węgła kamienicy - zajaśniał przede mną ogromny, pełny i złoty w szerokiej aureoli, zaplątany w konary drzew na skwerze. I aż się zachłysnęłam, bo poczułam, że on jest dla mnie. Należę do grona księżycowych kochanków, stąd tak bliska memu sercu była zawsze poezja Konstantego Ildefonsa - księżycowego trubadura. Spacer na starówkę z takim Księżycem we włosach i z taką Radością w sercu. Dar bardzo efemeryczny. Nie sposób tego zatrzymać i mieć. Ale można zatrzymać pamięć o nim. Żeby wiedzieć, że cuda bywają. I nie zdoła tego zmienić napuszone bredzenie jakiegoś faceta. Bo to tylko człowiek w końcu. Choćby i w koloratce. Wszystkie jego słowa są niczym w porównaniu z tym księżycowym blaskiem. Z tą księżycową euforią. Bo nadal czuję radość na myśl, że on tam ciągle jest za oknem. Wierny i piękny.

9.01.2009

lepiej

Zrobiło się lżej. Nie wiem od czego, ale wyraźnie lżej. Może to tak na zachętę, żeby kontynuować zaczętą w środę nową drogę. Znów powtarza się to niezwykłe, przed paroma laty odnotowane wrażenie zmieniania skóry. Jak wąż. I to stare, które ze mnie schodzi i zostaje w tyle, to już nie ja. Ja już zaczynam być gdzie indziej. Więc jest lżej bez tej starej skóry, bez starych przywiązań i uwikłań. Bez starych głupich oczekiwań. One zamykały świat z przodu, zakotwiczały moje życie w jakiejś przestrzeni, która wydawała się ostateczna. Teraz cumy się pourywały i dryfujemy. I jest lżej. Ciekawe też są powroty. Pijana historia, która się zatacza i wraca po własnych śladach. Napotykani w tej nowej rzeczywistości dawni ludzie. Dawni a nowi. To przez tę nową skórę. Jakby widziani nowymi oczami. Kiedyś się do nich cumowałam. Dziś jestem wolna. Mogę pomachać im chusteczką i dryfować dalej.
Zrobiło się spokojniej. Powierzchnia wody gładsza. Od razu więc widzi się lepiej, mniej mętnie. Pytania o sens pozostają. Pytania o cel i powód. Dlaczego tak? Dlaczego tu? Dlaczego ja? Ale otuchy dodaje spojrzenie wstecz: na tamte czeluście mroku, które już za mną. Skoro tyle przeszłam i wyszłam cało; skoro takie bitwy stoczyłam zwycięsko, to znaczy, że mam więcej siły, niż kiedykolwiek sądziłam. Zrobiłam naprawdę trudne rzeczy. Przeszłam naprawdę długą i ciężką drogę. Mam blizny. Ale żyję i wiem, na co mnie stać. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wciąż nie wiem, na co ta siła. Oto znów pytanie o cel i powód. Na razie musi zostać bez odpowiedzi. Na razie ważne, że oddycham swobodniej.
A dziś nawet na momencik przyszło takie coś. Jakby podobne trochę do Radości. Dawno nie widzianej (o ile w ogóle kiedykolwiek miałam okazję spotkać tę Damę, bo czasem myślę, że to były tylko Jej kiepskie sobowtóry). A teraz przebiegło toto, oko puściło. Jak mały promyk w duszy. Czyżby Obietnica? Nie! Nie chcę tak myśleć. Nie ma obietnic.
No, dobra. Jest jedna. Ważna i wielka. Tak wielka, że ani jej zobaczyć, ani poczuć nie mogę. Wierzę, że prawdziwa, że On naprawdę jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Ale czy czuję się przez to lepiej? Czy wędruje się łatwiej? Nie wiem. Łatwo nie jest. I nie ma być. Tego nie obiecywano. Ani żadnej innej rzeczy z tych, których bym chciała. Wolę więc pamiętać, że obietnic nie ma. Jest tylko droga. I wybory nie do uniknięcia, bo niepodejmowanie wyboru też jest wyborem. I czas, którego coraz mniej.
Ale to dobrze, to bardzo dobrze, że lżej i spokojniej się dryfuje choć przez chwilę.

8.01.2009

był sobie księżyc

Wczoraj w księgarni zobaczyłam nową książkę Pelanowskiego. Natychmiast więc ją zakupiłam nauczona dotychczasowym doświadczeniem, że jego książki są dobre. Ta dobra nie jest. Rozczarowanie. Rozważań o tym, jak dobrze jest się umartwiać, mam serdecznie dość. Dziękuję! Przerabiałam to już przez wiele lat i wiem, że masochizm nie daje radości. A w każdym razie nie normalnym ludziom. A w każdym razie nie masochizm dla masochizmu. To są chore opowieści i na pewno nie dla mnie. Wielebny ojciec Pelanowski na dziwne bocznice zjeżdża i nie zamierzam się nim przejmować. Zwłaszcza, gdy jestem świadkiem takich cudów, jak zaplątany w gałęzie drzew księżych i chmury tańczące wokół niego dokładnie w takt muzyki Bacha akurat rozbrzmiewającej mi w słuchawkach iPoda.

5.01.2009

zamarzamy

No więc zdecydowanie nie lubię. Co roku, gdy jesień dobiega końca zaczynam się żywo interesować zagadnieniami ekologicznymi i zaklinam protokół z Kioto, żeby te zawarte w nim alarmujące dane stały się wreszcie prawdą, i żeby w końcu osławione ocieplenie klimatu zaistniało. Eeech... gdyby tak móc dotrwać do marca bez nakrywania głowy! Bez rękawiczek (które i tak nieustannie gubię) i bez ubierania się na cebulę! Niech już nawet pada, jeśli musi, niech te lodowce topnieją, a pustynie rosną i niech grozi nam ogólna zagłada, gdyby tylko w zamian za to móc chodzić w styczniu w lekkich ciuchach, które nie maskują sylwetki.
A tu nic z tego: zagłada i tak grozi, protokół każe wydawać kasę na ochronę środowiska, za plastikowe torebki z Carrefourze trzeba płacić, a jak zamarzaliśmy, tak zamarzamy. Zmieniło się tylko to, że zamarzanie zaczyna się ciut później - bo w styczniu, a nie w grudniu. Napada tego białego świństwa i nawet nie na święta (kiedy - trzeba świństwu przyznać - pewien nastrój toto buduje), ale dopiero od stycznia. A potem leży to białe świństwo do marca (w międzyczasie zmieniając kolor na brudno bury), a mnie szlag trafia. No bo najbardziej, ale to już zupełnie najbardziej, nie cierpię, jak ta parszywa zima budzi się z ręką w nocniku i nagle przyłazi wtedy, gdy człowiek już palce gryzie nie mogąc doczekać się wiosny.
I z takimi ponurymi przemyśleniami marznę sobie w najlepsze nie wiedząc, kogo bardziej nie lubić: zimy, czy ekologów. No bo co w końcu, kurczę blade! (Jak mawiał Mikołajek). Obiecują nam to ocieplenie już tyle lat i obiecują i co?!