Skoro padło pytanie o fachowość i "tacierzyństwo", odpowiem. Świętego Józefa najbardziej lubię za to, że był po prostu zwykłym facetem. Zdaje się, że na ołtarze dostał się tylnymi drzwiami, już w dojrzałym średniowieczu, kiedy po prostu uznano, że cała familia Jezusa musiała być święta. Najbardziej przemawia mi do przekonania średniowieczny obraz Józefa, dla którego Miriam była drugą żoną. Gdy ją poznał, był wdowcem z licznym potomstwem, co wyjaśnia - moim zdaniem - najlepiej wszystkie niejasności dotyczące tzw "braci Pańskich" oraz inne kwestie rodzinne. Był więc zwykłym facetem, zarabiał na życie z pracy rąk i wychowywał Dziecko, które nie było jego. A wcale nie musiał. Zwłaszcza, że na pewno ludzie gadali. W takiej dziurze jak Nazaret nic nie mogło się ukryć, a wścibskie sąsiadki umieją liczyć miesiące. Nie stworzył żadnej "duchowości", nie napisał żadnego traktatu mistycznego, nie założył żadnej "szkoły życia wewnętrznego" ani żadnego zakonu. Był najnormalniejszy pod słońcem. I nie był ani męczennikiem, ani innym anachoretą. Szkoda, że w późniejszej historii Kościoła nie było więcej takich, tylko sami wyznawcy "manicheizmu praktycznego", albo mądrale tworzący systemy "życia duchowego" i wtłaczający wszystkich ludzi w jeden gorset własnych przeżyć.
Wszystkich zwolenników Ignacych, Teres i Franciszków niniejszym bardzo przepraszam, ale tak - stety lub niestety - myślę. Nie ufam świętym.
quantumtantum
10 lat temu


