12.06.2009

za co lubię św. Józefa

Skoro padło pytanie o fachowość i "tacierzyństwo", odpowiem. Świętego Józefa najbardziej lubię za to, że był po prostu zwykłym facetem. Zdaje się, że na ołtarze dostał się tylnymi drzwiami, już w dojrzałym średniowieczu, kiedy po prostu uznano, że cała familia Jezusa musiała być święta. Najbardziej przemawia mi do przekonania średniowieczny obraz Józefa, dla którego Miriam była drugą żoną. Gdy ją poznał, był wdowcem z licznym potomstwem, co wyjaśnia - moim zdaniem - najlepiej wszystkie niejasności dotyczące tzw "braci Pańskich" oraz inne kwestie rodzinne. Był więc zwykłym facetem, zarabiał na życie z pracy rąk i wychowywał Dziecko, które nie było jego. A wcale nie musiał. Zwłaszcza, że na pewno ludzie gadali. W takiej dziurze jak Nazaret nic nie mogło się ukryć, a wścibskie sąsiadki umieją liczyć miesiące. Nie stworzył żadnej "duchowości", nie napisał żadnego traktatu mistycznego, nie założył żadnej "szkoły życia wewnętrznego" ani żadnego zakonu. Był najnormalniejszy pod słońcem. I nie był ani męczennikiem, ani innym anachoretą. Szkoda, że w późniejszej historii Kościoła nie było więcej takich, tylko sami wyznawcy "manicheizmu praktycznego", albo mądrale tworzący systemy "życia duchowego" i wtłaczający wszystkich ludzi w jeden gorset własnych przeżyć.
Wszystkich zwolenników Ignacych, Teres i Franciszków niniejszym bardzo przepraszam, ale tak - stety lub niestety - myślę. Nie ufam świętym.

o pielgrzymce i adopcji

Dzięki za komentarze.
Na ciepłym przyjęciu ze strony gospodarzy aż tak bardzo mi nie zależy. Ale nie wiedziałam, że na WAPM nocuje się teraz w szkołach? Za moich czasów były pola namiotowe i wchodziło się w interakcję z gospodarzami na przykład stojąc w kolejce po wodę ze studni.
Pielgrzymowanie do Compostelli jest jak na moje potrzeby a) zbyt kosztowne b) zbyt (jednak!) samotne. A święty Jakub (z całym szacunkiem) jest mi jeszcze odleglejszy mentalnie. Jak bym do któregoś świętego miała pielgrzymować, to tylko do Józka. Zawsze uważałam, że to jest po prostu konkretny gość. I fachowiec, nie żaden "masochista albo inny zboczeniec", że znów zacytuję Bursę.
Co do adopcji, to myśleć - myślałam. Ale to by nie było fair. Gdybym dziś adoptowała dziecko, to zrobiłabym to dla siebie. Żeby zabudować swoją pustkę. A to by było instrumentalne traktowanie drugiego człowieka. Nieuczciwe. I krzywdzące.
Poza tym odnoszę wrażenie, że Anonimowy proponujący mi to wyjście chyba nie do końca zrozumiał, na czym polega ów niemiły kontekst towarzyszący dla mnie słowu "matka".
Bynajmniej nie stąd, że ja matką nie jestem. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Ten kontekst się bierze z niemiłych doświadczeń dziecka, nie z niemiłego faktu braku macierzyństwa.
Tym bardziej więc adopcja przeze mnie samą jakiegoś dziecka nie wyszłaby mu na dobre.

p.s. Do mnie też przyszła procesja. Właśnie, gdy próbowałam ją ominąć chodząc staromiejskimi opłotkami, wyszła wprost na mnie. Nie przyszła góra do Mahometa... ? Z drugiej strony, myślę sobie: próby omijania procesji przy pomocy wybierania się na spacer na starówkę w to popołudnie musiały z góry być skazane na porażkę. Uniknęłabym procesji najskuteczniej siedząc w domu. Ale wyszłam, bo chciałam się spotkać z człowiekiem. Spotkałam się z człowiekiem, a Bóg się spotkał z nami.

11.06.2009

Boże Ciało

To dziś. A ja zamierzam tak ustawić sobie dzień, by uniknąć procesji. Mam awersję do religijnych masówek. Mam ją ostatnio dość mocno. Tym dziwniejsze, że właśnie w czasie tej awersji przyszła mi do głowy myśl, by się w tym roku wybrać na pielgrzymkę.
A przecież na obecnym etapie mojego "życia duchowego" (o ile w ogóle takie mam) nie czuję żadnych zupełnie związków z Matką Bożą. Niewykluczone, że wynika to z całego niemiłego kontekstu, jaki towarzyszy dla mnie słowu "matka". Może pomoże, jeśli zacznę o Niej myśleć raczej jako o zwykłej Dziewczynie z Nazaretu, która miała bardzo trudne życie. Tak chyba lepiej. Ale tam, w Częstochowie, Ona występuje w całej aureoli zranionego macierzyństwa. Zranionego w obronie Dziecka. Fajnie by było uwierzyć, że również w obronie dziecka. Przez małe d. I fajnie by było poczuć się tym dzieckiem - bronionym do krwi.
Wracając do głównego nurtu rozważań: dziwne mi się wydaje, że mając awersję do religijnych masówek, nie czując więzi z Matką z Jasnej Góry i będąc pełną nieufności do osób duchownych (to z kolei wskutek zbyt długiego przebywania w sekcie) mam pomysł, by iść na pielgrzymkę.
A pociąga mnie w tym pomyśle głównie słowo "iść". Założyć buty i plecak i wyruszyć. Mam też nadzieję, że w dominikańskiej grupie ciszy znajdę sobie taką pustelniczą przestrzeń dla samej siebie i swojego iścia.

10.06.2009

mercurialia

- Mam chore emocje.
- Masz. To nie powód, by mieć je nadal.

9.06.2009

między nami psycholami...

Znam przypadki alkoholików, którzy mówili: "jestem alkoholikiem" i pili nadal. Mówić to jedno, uwierzyć to drugie. Uwierzyć i naprawdę zdać sobie sprawę z konsekwencji choroby. Zdarzają się ponoć ludzie ciężko chorzy, którzy próbują żyć tak jakby to nie była prawda. Jest nawet taki topos literacki: dziewiętnastowiecznego gruźlika, który się spala w różnych szaleństwach chcąc jakby "zakrzyczeć" swoje prątki.
Doświadczenie uczy, że ten sam błąd można popełnić w przypadku dolegliwości psychologicznej lub emocjonalnej. Nie potraktować swojego problemu serio. Niby się leczyć, ale gdzieś tam wierzyć, że można żyć jak normalny człowiek. I mieć normalne relacje. Otóż nie można. Najlepszym na to dowodem jest, że słowa, gesty, sytuacje, które po normalnym człowieku spłyną jak woda po gęsi, po psycholu spływają jak kwas solny. Po tym można czasem poznać, że się normalnym nie jest. Otoczenie psychola, jeśli jest mu życzliwe, powinno zatem bardzo uważać nie tylko z krytyką ale i z pochwałami, nie tylko z objawami obojętności ale i z objawami sympatii. Psychol nie ma skóry: głaskanie wywołuje taki sam krwotok, jak uderzenie.

8.06.2009

idzie po myśli

Po myśli poszły negocjacje rodzinne, w efekcie których niebawem być może zamieszkam autonomicznie i indywidualnie na swoim.
Następnie okazało się, że upatrzonego gresu po okazyjnej cenie jest w sklepie jeszcze tak dużo, że nie powinnam mieć żadnych problemów w zakupieniu potrzebnej ilości w ciągu 2 najbliższych tygodni. Upatrzona mozaika na ścianę do kuchni okazała się o połowę tańsza, niż w pierwszej chwili myślałam.
A Pan Mariusz remontowiec okazał się nie być obecnie imigrantem na Wyspach i, co więcej, jest zupełnie możliwe, że położy mi ów gres i ową mozaikę (wykonawszy uprzednio robotę murarską) już na przełomie czerwca i lipca. Gdyby mi jeszcze zrobił kosztorys po myśli, to może i łazienkę od razu sobie wyremontuję?

być czy robić

Rozfilozofowałam się. Ta konwencja wydała mi się najlepsza, by opisać to, co mnie gnębi we mnie samej. I w skrócie brzmi to tak, że nie potrafię sobie poradzić z oddzielaniem istotowego od przypadłościowego. Być od robić. Tak dalece uwierzyłam, że moja wartość zasadza się w tym drugim, że boję się przestać robić, bo wtedy zniknę. W oczach innych, a przez to w moich własnych - bo siebie umiem widzieć tylko przez to lusterko. Cierpią wskutek tej przypadłości wszystkie moje relacje. I ja cierpię - bo sama już nie mogę wytrzymać ze sobą w ten niezdrowy układ zaplątaną.

6.06.2009

czyżby?

Czyżbyś wziął mnie na serio? Czyżbyś postanowił mi pokazać, co to znaczy wyzywać Cię na pojedynek? I pokazać mi, ile naprawdę możesz?
Muszę Ci przyznać, że ostatnia doba była majstersztykiem.
W dziedzinie udowadniania mi, że możliwe jest dużo więcej, niż ośmielam się sądzić, dałeś prawdziwy popis.
I przyznam, że trochę zgłupiałam...
Czyj ruch właściwie teraz? Mój, czy Twój?
A jeśli mój, to co mogę zrobić?
Wiesz, jedyne, co mi przychodzi do głowy, to rzucić teraz na stół jakąś blotkę, żebyś wziął, i żebyś znów Ty wistował.
Co rzucić? Mój strach? Moją pychę?
Chyba strach.
No to rzucam. Walcz dalej! Pokaż więcej! Choćbym miała umrzeć od widoku Boga Żywego! Pokaż się w Swej Mocy i zrób wreszcie z moim życiem coś przerażająco cudownego! A potem niech ginę. Nie będę żałować.

4.06.2009

c.d.

Dziś dwa razy mnie zlało przez własną głupotę. Raz, bo miałam parasolkę w plecaku, ale byłam przekonana, że jej nie mam. Drugi raz, bo zostawiłam rzeczoną parasolkę w taksówce już po tym jak się popukałam w domu w głowę wyciągając ją z rzeczonego plecaka. Czyżby to mi miało pokazać, że wszystkie "zlania" funduję sobie sama? A jeśli nie umrę na zapalenie płuc, to tylko dlatego, że Ty czuwasz nad takimi beznadziejnymi przypadkami?
No niech Ci będzie. Ale wskazanie mi palcem, jak beznadziejnym przypadkiem jestem, nie posuwa mnie do przodu, wiesz?
Usłyszałam dziś, że to aż boli, patrzeć i słuchać, jak bardzo ja siebie nie lubię. No to jak mam się polubić, jeśli faktycznie sama sobie jestem winna? W konkursie na błędne koła dzisiejszy dzień uplasowałby się w czołówce.
Spodziewam się więcej, dużo więcej po Tobie, niż tylko chronienie mnie przed katarem. Kto tu w końcu sam siebie porównywał do lekarza, co?!

3.06.2009

do Konstruktora

No dobra: punkt dla Ciebie. Nawet dziesięć punktów. Ale nie myśl sobie. Tylko dlatego, że po raz pierwszy od sześciu tygodni zrobiłeś Środę, i na dodatek uczyniłeś mi w mózgu niezłą rewolucję przedstawiając podstawowe zagadnienie egzystencjalne w totalnie nowej perspektywie, to jeszcze wcale nie znaczy, że wykonałeś swoje i masz mnie z głowy. Wręcz przeciwnie: skoro powiedziałeś A, to oczekuję, że powiesz B, że pociągniesz wątek i będziesz mnie przekonywał nadal. Tak łatwo Ci nie ustąpię.

poranna awantura

Zaczęłam jeszcze w łóżku i kontynuowałam przy porannej kawie. Ciosać kołki, czynić wyrzuty i ogólnie się obrażać. Nieładne zachowanie - powiedziałby ktoś. Choć z drugiej strony może zwiastuje jakiś przełom. Bo czyż awantura nie wydaje się czymś pozytywnym po długiej serii cichych dni? Z których najcichsza była niedziela.

Zafundowałam więc pełen zestaw małżeńskich scen. Komu? Ano Konstruktorowi.
Powiedziałam Mu, że nie chcę z Nim rozmawiać Jego językiem. Mówić "bądź Wola Twoja", bo On to potem wykorzystuje przeciwko mnie. I czemu tak się zawsze podle składa, że Jego Wola jest po prostu nieprzyjemna? Eufemistycznie rzecz ujmując.

A wszystko dlatego, że wczoraj gawędząc z Miłym Człowiekiem poruszyłam mimochodem temat modlitwy za innych. I natchnęło mnie to do rozmyślań o cudzych intencjach, których jest przecież tak wiele naokoło mnie.

Jak to łatwo mówić "bądź Wola Twoja" w cudzych sprawach! Może właśnie dlatego Jego ludzie tak polecają ten rodzaj modlitwy. Bardzo sprytnie: żeby w efekcie i tak wyszło na Jego. A przecież On może wszystko i może Swoją Wolę przeprowadzić bez mojego w tym udziału. Ale jak wezmę udział, to nie będę mogła mieć pretensji. Co najmniej jak w naszej wspaniałej demokracji: "samiście taki rząd wybrali, więc teraz nie narzekajcie"! W tradycyjnej absolutystycznej tyranii władca nie wymagał zgody poddanych na to, co z nimi robi. W demokracji poddani sami dają się strzyc i nie wolno im przy tym jęczeć. Bardzo dobrze opisał to Pratchett w Carpe iugulum. Choć on chyba akurat do demokracji tego nie odnosił. Ale stosunki między silnym a słabym uchwycił niezwykle wnikliwie.

Tak czy siak, ten rodzaj układu między Silnym a słabym, w którym słaby ma się podpisywać pod wszystkimi pomysłami Silnego nie podoba mi się. Silny jest Silny. Niech robi co chce. Ale czemu ja mam się na to zgadzać? Udawać, że jest fajnie, kiedy fajnie nie jest?
I w cudzych intencjach też nie zamierzam tego robić. Jakie mam prawo - nie będąc w cudzej skórze - zgadzać się na Twoją Wolę co do innych ludzi? Być Twoim wspólnikiem w zarządzaniu ich losem?
Może gdybym faktycznie miała pewność, że ta "Twoja-Wola" to miłość i dobro. Niestety wciąż jej nie mam. Więc póki mnie nie przekonasz, nie licz na mnie.

31.05.2009

odpowiedzi

Panowie-z-Helpdesku (to jest takie nomen genericum niezależne od płci, tak jak Panie-z-Dziekanatu) udzielili mi następujących wskazówek
1. Read Manual (Rz 4,16-24)
2. Jeśli coś się każe instalować, a potem spowalnia system, to jest to trojan. [Ta odpowiedź nie była zupełnie jasna, ale po przepytaniu innego Pana-z-Helpdesku (który tym razem był kobietą) wyszło na to, że trzeba wywalić trojana, który każe wyłączać podstawową funkcję. Niestety, JAK go wywalić, nie powiedziano].
3. Zastosować aplikację zwaną "sweeper" od historyjki o zamiataczu ulic, który nie patrzył na całą ulicę, jaką miał zamieść, ale na pojedyncze płyty chodnikowe.
4. Przeczytać Manual do innych systemów, może tam się coś znajdzie. Na przykład sugestia, by urządzenia używać nie podejmując prób ustalenia, do czego służy.
5. Ciągnąć za rękaw Konstruktora. Po roku namolności powinien zareagować.

Dziękuję wszystkim Panom-z-Helpdesku za wskazówki. Teraz się zajmę ich wypróbowywaniem.

30.05.2009

pytania do helpdesku

Życie - sztuk jeden. Model już trochę przestarzały, ale jeszcze zdatne. Do czego zdatne? Oto jest pytanie.

Fachowiec w postaci Reverendissimusa każe mi czytać Manual. Nigdy tego nie lubiłam. Manual jest gruby i nie ma porządnego spisu treści. Ani żadnego FAQ. Na dodatek chyba powinnam Go czytać w oryginale. Grecką aktualizację jeszcze jakoś łyknę, ale hebrajskiej wersji podstawowej nie.
No to próbuję czytać Manual, a tu życia coraz mniej. I ciągle nie wiem, do czego ono i po co.

Palącym problemem stało się to, że nie mogę uruchomić nadziei. A właściwie boję się jej uruchomić. Chyba w tym programie siedzi jakiś paskudny trojan i jak uruchomię nadzieję, to rozwali mi procesor. Ale bez nadziei wszystko działa na pół gwizdka.
Odpalać, nie odpalać? Oto kolejne pytanie.

No bo tak. Nadzieja ważna rzecz. Cnota teologalna w końcu. Ale ból niespełnionej nadziei jest po prostu straszny. No i te pretensje do samej siebie: "po co ci to było, idiotko! stara a głupia. najwyższy czas się nauczyć, że wszystko już za tobą i przestać się zachowywać jak naiwna podfruwajka!" Nienawidzę się tak czuć!

Czy jest jakiś sposób uruchomienia nadziei, który nie generuje takich skutków ubocznych? Jak się pozbyć tego trojana? Oto pytania numer trzy i cztery.
Jest tam kto w tym helpdesku?

29.05.2009

de inutilitate

rerum
rerum mearum
mei


p.s. To-Mówię-Ja cytuje Boga. Który mówi ponoć: "nie bój się, to wytrzymasz, a zaufaj mi, że warto". Wytrzymuję resztkami. I pytam: "czy o to Ci chodzi? Po to Ci byłam? Po to zechciałeś mego istnienia? Bym wytrzymywała?" Nieprzekonujące. Nadal nie wiem, po co chciał. Po co jestem?

28.05.2009

the secret

"The secret is not to dream. The secret is to wake up. Waking up is harder."

do To-Mówię-Ja

Komplementy są miłe. I dostaje się od nich tego czegoś. Ale to bywa zdradzieckie, bo utrudnia codzienne wydobycie rozsądku. A jak się poza rozsądkiem nic nie ma, to już lepiej niech będzie bez komplementów. Zimny chów.

27.05.2009

trening

Rozsądek jest nudny. Bywa, że ma się go dość. Ale zdecydowanie lepiej mieć go dość niż za mało. W przeciwnym razie potem boli. Paradoksalnie czasem trzeba ten jakże nudny ale jakże potrzebny towar zdobywać z wielkim trudem. Bywają dni, gdy wydaje się bardziej niedostępny niż papier toaletowy w późnym PRLu. Ciekawam, czy trening uczyni ze mnie mistrza i czy codzienne wydobywanie wystarczającej ilości rozsądku zaowocuje tym, że z czasem będzie się go wydobywało lżej. Póki co łatwo nie jest.

26.05.2009

pociecha

Życie - jakiekolwiek by było - kiedyś się skończy. Sensowne, czy bezsensowne, wartościowe czy bezwartościowe, pełne czy puste, radosne czy żałosne. Bisogna morire.

O come t'inganni
Se pensi che gli anni
non hann'da finire,
bisogna morire.

E' un sogno la vita
Che par si gradita,
è breve il gioire
bisogna morire.
Non val medicina
Non giova la China,
non si può guarire,
bisogna morire.

Non vaglion sberate,
minarie, bravate
che caglia l'ardire,
bisogna morire.
Dottrina che giova,
parola non trova
che plachi l'ardire,
bisogna morire.

Non si trova modo
di scioglier'sto nodo,
non val il fuggire,
bisogna morire.
Commun'è il statuto,
non vale l'astuto
'sto colpo schermire,
bisogna morire.

Si more cantando,
si more sonando
la Cetra, o Sampogna,
morire bisogna.
Si more danzando,
bevendo, mangiando;
con quella carogna
morire bisogna.

La Morte crudele
a tutti è infedele,
ogn'uno svergogna,
morire bisogna.
E' pur ò pazzia
o gran frenesia,
par dirsi menzogna,
morire bisogna.

I Giovani, i Putti
e gl'Huomini tutti
s'hann'a incenerire,
bisogna morire.
I sani, gl'infermi,
i bravi, gl'inermi,
tutt'hann'a finire
bisogna morire.

E quando che meno
ti pensi, nel seno
ti vien'a finire,
bisogna morire.
Se tu non vi pensi
Hai persi li sensi,
sei morto e puoi dire:
bisogna morire.


Tak. Jest w tym jakaś pociecha.

25.05.2009

rodzice

"Każdy ojciec jest zły" napisał kiedyś K. I. Gałczyński. A J. Joyce nawet ostrzej ostrzegał: "Ojciec to zło konieczne."
To mówili faceci. A poza tym to było dawno.
Dziś trafiłam w necie na garść cytatów z wywiadu z Isabelle Caro i potwierdza się tylko myśl, która od pewnego czasu mnie odwiedza: "Matka to zło konieczne."
Nie żebym się chciała kłócić z panami literatami; nie żebym była fanką ojców (taki Frietzl nie jest jedyny, o zgrozo!), ale po prostu miękki terror matek potrafi być równie katastrofalny w skutkach jak ojcowska przemoc.
Wychodzi na to, że rodzina bywa miejscem otrzymywania najgłębszych i najtrudniejszych do uleczenia ran. Dlatego, że człowiek jest wtedy bezbronny. I dlatego, że instynktownie ufa tym dwojgu dużym (ale jakże często wcale nie dorosłym) ludziom. I włos się jeży, gdy się pomyśli, jaką możliwość krzywdzenia dostaje człowiek do ręki, gdy staje się rodzicem. I przerażenie ogarnia, gdy się popatrzy na rozmaitych rodziców naokoło. Dobrzy to białe kruki.

23.05.2009

wszyscy święci stoiccy

wesprzyjcie mnie.
Amen.

p.s. Może jednak się zaprzyjaźnię z tym Markiem A.

22.05.2009

chamstwo i brak empatii

Tym się właśnie popisałam.
Wnioski po:
1. Pamiętać, że po drugiej stronie wydarzenia stoi człowiek i on ma uczucia.
2. Przy największym nawet skupieniu na rzeczach dla mnie ważnych pamiętać, że nie jestem całym światem.
3. Nie zapominać o tym, jak mnie boli, żeby rozumieć cudzy ból.
4. Pilnować granic.

21.05.2009

na linie

Gdzieś między dołem i górą rozpięto linę. Stoję na niej balansując. Mogę spaść w każdej chwili i bardzo chcę poczuć czyjąś podtrzymującą rękę. Ale tymczasem nie czuję. Ale tymczasem nie spadam. Tymczasem nie robię też nic oprócz niespadania. Ale może tymczasem to wystarczy.

20.05.2009

na pytanie

"czy to ma sens?" Ktoś odpowiedział: "musi". Obiecałam, że uwierzę na słowo, bo Ktoś zasługuje na zaufanie. Proszę, jeśli zacznę się wahać, niech Ktoś mi przypomni, że obiecałam.

do zaniepokojonych

Jesteście kochani. To naprawdę niesamowite, że ktoś się przejmuje, pyta sms'em lub na gg, co się stało. Test na Wielkie Serce przeszliście znakomicie! W sumie trzy osoby. Najbardziej mnie wzruszył sms od Miłego Człowieka. Ale co tu dużo gadać: Wasza życzliwość tylko mi więcej łez wyciskała, bo w obliczu takiej dobroci duszący mnie bezsens wyglądał tylko jeszcze bardziej ponuro.
Kochani Dobrzy Ludzie! Informuję niniejszym, że nie stało się nic. Po prostu pewnego dnia miałam za mało siły, za mało odwagi, by zakopać codzienny dół, codzienną pustkę. Nie pomagała muzyka, nie pomagała Mała Mi (znów gdzieś sobie poszła). Nie miałam odczucia, by pomagała nawet Wasza troska. A jednak wiem, że cholernie jej potrzebowałam. Bardzo Wam za nią dziękuję. Jesteście moimi Aniołami.
Obiecuję się postarać. Będę szukać siły i odwagi. Już zaczynam.

19.05.2009

nieczynne do odwołania

czasem muzyka nie wystarcza. drzewa i chmury też nie.

18.05.2009

dziś nieczynne

remanent wykazał manko odwagi

14.05.2009

***

...no to ja chciałabym podziękować... za muzykę... za Lully'ego i Jordi'ego Savalla i za Roberta Alagnę i Astrud Gilberto i za Christinę Pluhar i za Balaguerę. I za Belliniego i anielski głos Eliny Garancy.
...bo to jest chyba najcudowniejsza broń przeciw demonowi acedii; ona musi mieć w sobie coś nadprzyrodzonego; nie znam lepszego dowodu na istnienie Boga niż muzyka.
...no i za drzewa też dziękuję i za chmury i za ptaki; za to, że jak się popatrzy do góry, by nie patrzeć w dół, to jest o co wzrok zaczepić i dokąd sięgnąć myślami.
...i wreszcie za Małą Mi, bo pamięć o niej dodaje mi odwagi. Ilekroć chce mi się po prostu rozpłakać, to myślę sobie, że Mi by się roześmiała tym wszystkim smutkom w nos i dziarsko powędrowała ku własnym horyzontom; stuprocentowo samodzielna, stuprocentowo niezależna, stuprocentowo beztroska.

13.05.2009

Dzisiaj miała być "środa", ale nie było. W winy NFZ. Był jakiś erzac polegający na tym, że w 5 babek poszłyśmy na herbatkę, a potem do parku.
Chwilami czuję się strasznie mądra, bo całkiem sporo już zrozumiałam, przestałam się bać wielu rzeczy i podejmuję różne fajne decyzje. Ale kiedy indziej myślę, że to pułapka i dużo, bardzo dużo jeszcze przede mną. Głównie relacje w ogóle i z mężczyznami w szczególności. A jeszcze główniej dowiedzenie się, czego tak naprawdę chcę. No bo skoro tęsknota za Włóczykijem była w rzeczywistości tęsknotą za mną samą - za Małą Mi, to jakoś wszystko trzeba chyba przewartościować.
Dużą radość czerpię z niektórych znajomości. Chyba pierwszych w moim życiu naprawdę zdrowych znajomości. Nie omotujących, nie uzależniających, takich, które pozwalają normalnie jeść, spać i śmiać się. I kiedy czasem odzywa się we mnie stary nawyk czytelniczki romansów, której brakuje adrenaliny, to coraz częściej myślę, że należy patrzeć na niego jako na nawrót starej choroby. Życie jest bogatsze od literatury. Chyba nareszcie czas w to uwierzyć.

11.05.2009

drugi post tego dnia

Właściwie od rana towarzyszy mi dziwne samopoczucie. Może to niezbyt przespana noc, może zbyt mocna kawa, może atak dawno niewidzianego niedowartościowania. Nie wiem, co. Ale jakiś taki męczący, ćmiący stres. Na dodatek Samprasarany nie ma na skypie, Miłego Człowieka nie ma na gg i trochę nie mam się komu użalić. Robota czeka na zrobienie, a mnie tu jakieś zmęczenie i pustka dopada zupełnie nie w porę. Mam nadzieję, że to jednak tylko somatyczne jest, choć niewykluczone też, że to skutek braku środy. Tak tak, panie dzieju, bo środy nie było już od niemal trzech tygodni!

druga pełnia tej wiosny

Na przełomie wczoraj i dzisiaj odbyło się kolejne spotkanie z Gelliuszem. Umówiliśmy się nawet na następne, które - jak dobrze pójdzie - będzie w szerszym gronie. Ludzie wreszcie wracają z wojaży i od razy robi się od tego weselej. Niektórzy magisterki już napisali i mogą teraz kontemplować zawrotne perspektywy, inni nie. Ale też mogą kontemplować.
Na przełomie wczoraj i dzisiaj była też pełnia. Druga pełnia wiosenna, piękna "że aż ha!" jak mawia pewien Profesor. Słodko się wracało nowymi zakątkami Nowolipek z tą pełnią nad ramieniem, w lekko rozmarzonym nastroju.

8.05.2009

z wierszy odnalezionych


OPOWIEŚĆ O TĘSKNOCIE

o jej głodnych oczach
dłoniach jak konające ptaki
i uśmiechu na skraju goryczy

znamy się z dawien dawna
z tą natrętną boginką
jej śladem zawsze przemyka
niepoprawna nadzieja
co nigdy nie chce zrozumieć
że nikt jej tu nie zapraszał

długie wieczory z tęsknotą
przy filiżance herbaty
nasłuchiwanie na dzwonek
na odgłos pospiesznych kroków
z nadzieją jak pies przyczajoną
w kącie za kręgiem światła
złotego ze starej lampy

długie rozmowy z tęsknotą
która z dnia na dzień się czuła
coraz bardziej u siebie

nadzieja
okazała się bóstwem lunarnym
cyklicznie malała zżerana
przez demona zawodu
tego najbardziej niesytego
ze wszystkich mieszkańców piekieł
lecz ledwie zniknęła w ciemności
wnet odrastała na nowo
jak błogosławiony księżyc
lub głowy potwornej hydry

im dłużej się znamy z nimi
tym krwawiej umiera nadzieja
i tym wygodniej
tęsknota się mości
w starym fotelu

niebawem zabraknie mi herbaty

2.05.2009

wiersz niewiersz

kiedyś, gdy go nie było, (przebywał ponoć na drugiej półkuli)
pisałam o jego nieobecności odmieniając ją przez wszystkie czasy, sama nieobecna;
dzisiaj nadal go nie ma (choć geografia nie ma z tym nic wspólnego)
i pióro nadal rwie się do tonów żałobnych;
tak nauczyłam się patrzeć: wzrok zawieszać w pustce
i boleśnie wyrażać własny horror uacui;
dziś uczę się patrzeć inaczej wyłaniając z niebytu siebie samą -
Julię, która jest Julią niezależnie od cen biletów za połączenia kolejowe z Weroną;
pustka zaludnia się sama, odkąd już się jej nie boję;
jest pełna barw i smaków rozpychających horyzont;
w tym pejzażu zardzewiałą skrzynkę na listy oplotły kwietne powoje i zasłoniły malwy: powolna moc natury jest źródłem prawdziwej nadziei.

Prawie-Małej-Mi walka o byt

Mała Mi nie potrzebuje dużo przestrzeni życiowej, bo jest Mała. Jak powiedział kiedyś K, ona sama do niczego nie jest w tej bajce potrzebna. Ale nie potrzebuje też reszty bajki, bo świetnie się ma sama ze sobą. K nie do końca miał rację. Gdyby nie Mała Mi brakowałoby czegoś istotnego. Jakiegoś spojrzenia z dystansu, z poziomu meta, na wszystko, co się dzieje w dolinie Muminków i w ich głowach. Mi uosabia ten dystans, bo nie jest uwikłana. Dziś się ją widzi, jutro nie, ale wszyscy wiedzą, że gdzieś jest i że tam, gdzie jest, świetnie się bawi. Mała Mi nie tęskni za Włóczykijem i nie odczytuje po raz setny jego pożegnalnych listów. Ona przecież wie, że Włóczykij przyjdzie, gdy będzie chciał i jeśli będzie chciał. A marnotrawić życie na czekaniu - to po prostu głupota.

Wiem już, że dużo we mnie z Małej Mi. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu mnóstwo osób mi to powiedziało. Osób różnych i z różnych miejsc. No ale moja matka nie była (i nadal nie jest) Mamą Muminka. Mała Mi zupełnie nie mieści się w jej wizji świata i nie jest (mama nie Mi) skłonna tolerować czegoś podobnego. Chyba najbardziej do jej wizji pasowały Paszczaki. Musiałam więc zostać Paszczakiem, choć czasem się czułam jak Filifionka. Wieloletnie nawyki paszczakowskie ("nic tylko organizować i urządzać") nieustannie dają o sobie znać.
Daje też o sobie znać tęsknota, którą brałam za tęsknotę za Włóczykijem. Tymczasem jest to tęsknota za samą sobą. Za Małą Mi, która musiała się zaszyć w najciemniejszy kącik. A że jest mała, to niełatwo ją znaleźć. A że jest niezależna, to nie skusi się jej do wyjścia błaganiami typu "tak bardzo ciebie potrzebuję". Chyba najprościej wywabić ją złością. Bo Mała Mi kocha złość.
Złością na siebie samą.
Za te głupie odruchy organizującego Paszczaka, który tak strasznie chce być potrzebny;
za te głupie odruchy tęskniącego Muminka wpatrzonego w skrzynkę na listy;
za te głupie odruchy spanikowanej Filifionki, która boi się, że nikt już jej nie lubi.
Więc się złoszczę i cieszę z tej złości. Mała Mi nie da się zaszczuć.

30.04.2009

blogowe modlenie

Magda Umer na "chlip-hopie" pisze do Andrzeja Poniedzielskiego, że nie umie się modlić. A ten odpowiadając jej definiuje - może nie do końca świadomie - Modlitwę: "co dzień odnawialna świadomość, że
Jest o wiele, o wiele więcej
niż mój rozum, serce i ręce."

Wczoraj w rozmowie z Samprasaraną (rozmowie dotyczącej różnych niebezpiecznych sekt i fałszywego przekonania, że takie sekty mogą rozwiązać nasze problemy z modlitwą) również wyznałyśmy sobie, że nie umiemy się modlić. Samprasarana wyznała expressis verbis, ja - między wierszami. Kiedyś się tym martwiłam, żem taka niemodlitewna. Kiedyś usiłowałam wyrobić sobie nawyk regularnego odmawiania pacierzy. Dziś już nie. Dziś za modlitwę uważam codzienny wysiłek odnawiania świadomości, że jest coś więcej; codzienny wysiłek, by nie ulec pokusie bezsensu, strachu i goryczy. Słowa nie są do tego potrzebne. Są mnożeniem zbędnych bytów. Czasem ten wysiłek jest niewielki, a czasem musi być ogromny. Czasem wyciska łzy. I gdzie tu miejsce na słowa?

Choć owszem, bywa że musimy się zwerbalizować. Wszak - jak dowodzą nauki kognitywne - nazywając konstruujemy świat. Zanim coś nazwiemy, to coś najczęściej dla nas nie istnieje. Stąd pewnie ta potrzeba blogowania. Stąd takie cenne miejsca jak "chlip-hop", czy moje zaprzyjaźnione blogi.

Ale można też bez słów, jak Fabritius lub autor Obrazków-Z-Akacji. Czyż ich zdjęcia nie są owocem tego samego wysiłku, by szukać tego WIĘCEJ? Czyż nie są również modlitwą?

28.04.2009

jak ja się czuję tej wiosny

Już słyszę, jak znudzeni czytelnicy mówią: "no nie, w kółko to samo. Ile można o tej nowości?" Ale po pierwsze nie mam obecnie nic innego do zwerbalizowania, a po drugie, to w końcu mój blog, nie? Nikt nie płaci - nikt niech nie wymaga. To chyba słuszne podejście, nieprawdaż?
Do "adremu" zatem. Jak ja się czuję tej wiosny? Czuję się nowo, czuję się inaczej. Nigdy jeszcze się tak nie czułam i już to stanowi samo w sobie pewną miłą niespodziankę.
Teraz powinnam napisać po drugie i po trzecie. Ale to nie takie proste. Bo gdy sama siebie pytam, jakie jest to "nowo", to stwierdzam, że chyba przede wszystkim nieuchwytne. Trudne więc do opisania.
Spróbuję jednak wyłapać pewne elementy przynajmniej.
Przestrzeń. Czuję w sobie przestrzeń. Niewykluczone, że to wolne miejsce po strachu, który, jeśli nie poszedł sobie zupełnie, to w każdym razie zdecydowanie zmalał.
Intensywność barw i w ogóle jakaś namacalność świata. Jakby życie stało się niczym gotowe do schrupania jabłko.
Zamiana miejsc. Rzeczywistość już nie pociąga mnie za sznurki, nie wlecze gdzieś za sobą na powrozie, jak Tatarzyn brankę. To ja ją mam na kowadle.
Haec hactenus. Czyli CDN...

27.04.2009

takie tam

... no więc o czym to ja?
a choćby o tym, że dzisiejsze Obrazki-Z-Akacji są powalające. Eeech, chciałoby się umieć tak fotografować.
Samprasarana nie odzywa się od paru dni, ale to może dlatego, że jak ona była, to mnie nie było i odwrotnie. Mam nadzieję, że nie zatrzasnęła się w kiblu ateńskiej biblioteki. Już nie mogę się doczekać na jej powrót.
Moja poezja została uznana za "osoboście (sic!) niezachwycającą" zarówno pod względem formy jak i treści. Przyznam, że pewną złośliwą satysfakcją napełniło mnie znalezienie błędów w mailu od krytycznego redaktora. W sumie lepiej, że nie zachwyciła, bo pozostanę z nią sobie w intymnej relacji. Tete-a-tete.
Miły Człowiek jest na prostej drodze do zostania Utytułowanym Człowiekiem, a nawet Wielce Utytułowanym Człowiekiem. Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie chciał się zniżać do rozmowy ze mną. Ale i tak się cieszę.
A ja tymczasem sporządziłam już sobie plan działań i od jutra startuję z akcją: "habitationem emendam quaero".
Wiosna jest tej wiosny tak wiośniana, że wierzyć się nie chce, gdy po kolejnym pięknym dniu wstaje nowy piękny dzień. A scenografia ta idealnie wprost współgra z moim własnym przepoczwarzaniem się w nową osobę z nowym życiem. Brzmi patetycznie? Może. Niech tam! Ale takie są fakty: przeżywam jakiś renesans i czuję się z tym świetnie. Niezwykle jest popatrzeć na zeszły rok, a nawet na minione pół roku i widzieć, że to wszystko - sprawy, wydarzenia, uczucia - już właściwie nie istnieje, że tamten świat się skończył. Definitywnie. I o dziwo, wcale mi nie żal.

26.04.2009

doba bez netu

Wybrałam się na weekend do mojej mamy, gdzie dostawcą netu jest UPC. I pech chciał, że akurat trafiła im się awaria. Trzeba przyznać, że nie zdarza im się to często. Tym razem była długa: od 16.00 w sobotę do 11.00 w niedzielę. Bardzo mnie to irytowało, bo wyobrażałam sobie, że skrzynka mailowa pęcznieje mi niebezpiecznie od poczty, że na gg i skypie szturmują mnie dziesiątki znajomych, wszyscy z pilnymi sprawami. I znów mogłam skorygować własną zbyt bujną wyobraźnię, kiedy po uruchomieniu netu przekonałam się, że nic z tych rzeczy. Życie toczy się spokojnie, własnym trybem, a ja nie jestem niezastąpiona. Na szczęście.

23.04.2009

innym okiem

Wystarczyła jedna rozmowa. Jedno zdanie Z, bym nagle dostrzegła, że to, co wydawało mi się niewykonalne, jest całkiem możliwe. Nowa perspektywa. Już nie czekania i coraz pełniejszych goryczy myśli, ale działania i wybijania się na coraz lepszą niepodległość. Czemu o tym dotąd nie pomyślałam? A rozwiązanie jest niezwykle proste. Tato! Po raz kolejny przychodzi mi dziękować za to, co sprawiasz w moim życiu przez innych.
Ale też nie da się ukryć: nauczyłeś mnie, by tych innych wybierać. Nie każde słowo, nie każdy człowiek, nie każde kompetencje.
Słuchać i przesiewać. Analizować i zawsze jako ostatnią instancję mieć własny rozum i własne serce. Jest dla mnie cudownym odkryciem, że właśnie tą drogą: rozumu i serca przesyłasz do mnie wiadomości. Jest dla mnie cudownym odkryciem, że tak się uparłeś, by mi pokazać, iż Twój głos najprawdziwiej brzmi we mnie samej. Że siebie samej muszę słuchać, sobie samej być posłuszną. Najpierw jednak siebie samą prawdziwą znaleźć. Droga do Ciebie wiedzie przeze Mnie.

22.04.2009

z dyskusji o cierpieniu

Cierpienie nie ma sensu.
Ewentualnie można tu mówić o takim samym sensie, jaki ma pała pod pełnym błędów wypracowaniem.
Cierpienie jest skutkiem naszych grzechów. Jego jedyny sens, to wskazywanie na te grzechy.
Ale grzech i cierpienie są w istocie BEZSENSEM.
Są zgrzytem w idealnej symfonii napisanej przez Boga, są brudną plamą na cudownym obrazie. Bóg stworzył świat bez cierpienia i widział, że jest dobry.
Nieprawdziwe komunały o tym, że cierpienie uszlachetnia, uczy pokory itd. sugerują, że Bóg zsyła cierpienie, by nas w ten sposób tresować. Moim zdaniem jest to potworne wykrzywienie obrazu Boga. Bóg nie chce cierpienia. Jestem co do tego w pełni przekonana.
To my - ludzie - stworzyliśmy bezsens cierpienia, kiedy w raju sprzeciwiliśmy się Bogu. To przez nas cierpi cała ludzkość i całe stworzenie. Najgorsze jest to, że jeden człowiek swoim grzechem może spowodować cierpienie milionów ludzi.
Niesamowita wielkość Mądrości i Miłości Bożej wyraża się między innymi w tym, że Bóg nie zostawił nas samych z zawinionym przez nas bezsensem. Wyraża się też w tym, że On (i tak naprawdę tylko On) wyciąga ze zła dobre skutki. W takim sensie nasza wina jest "szczęśliwa". Gdyż w ostatecznym rozrachunku dokonuje się dobro, jakim jest Odkupienie.
Ale żeby to się dokonało, Bóg musiał wziąć na Siebie cały ogrom tego stworzonego przez nas bezsensu (grzechu i cierpienia jako jego skutku).
Jeśli w praktyce może się dziać coś takiego, jak doskonalenie się nas poprzez cierpienie, to jest to możliwe tylko dzięki tej cudownej interwencji Boga, który potrafi wyciągnąć dobro ze zła. Ale przez ten fakt zło nie staje się dobrem! I nigdy nie należy tego mylić.
Od stwierdzenia, że "cierpienie uszlachetnia" jest już mały kroczek do fundowania innym cierpienia po to, by wyszlachetnieli.
Owszem: cierpienie może się dla mnie stać okazją, bym się bardziej otworzyła na Boga. Dla św. Maksymiliana Auschwitz stał się okazją do osiągnięcia świętości. Ale powiedzieć, że "Auschwitz uświęca" - czym się to różni od "arbeit macht frei"?
Cierpienie nie ma sensu.
Można natomiast powiedzieć, że cierpienie nie odbiera sensu naszemu życiu. Bezsens cierpienia nie czyni życia bezsensownym. Paradoks ten jest możliwy tylko dzięki działaniu Boga, który "na krzywych liniach ludzkiego życia pisze prosto".

21.04.2009

między poniedziałkiem a środą

No i co by tu napisać w ten wtorkowy wieczór? Snują mi się nadal po głowie rozważania na temat "duchowej dysleksji", na którą mam papiery, ale która - niestety, lub na szczęście - nie daje mi prawa do żadnych ulg. I myślę o kazaniu, które w lany poniedziałek wygłosił na Freta o. Jarosław. To było ważne dla mnie kazanie, w którym mówił o prawdzie, o kłamstwie i o ściemnianiu. Przytoczył w nim znaną ponoć spowiednikom regułę, że "stopień skomplikowania wyjaśnień jest wprost proporcjonalny do prostactwa grzechu". A to z kolei przypomniało mi mój własny wiersz o "tak i nie". Zdecydowanie muszę coś zrobić z tymi wierszami, bo nazbierało się już tego trochę.
I tym radosnym akcentem zakończę dzisiejsze blogowanie.

19.04.2009

kwerenda czyli research

"Sensu życia szuka się ręcznie, a nie w komputerze" napisała Samprasarana na swoim blogu. Zdanie to skłania mnie do zadumy, ale jeszcze bardziej do polemiki. Bo czy faktycznie ręcznie? Ręczne szukanie polega na grzebaniu w zawartościach różnych szuflad i szaf. Mogą to być szuflady z bielizną. Może się co prawda zdarzyć, że ktoś w takich szufladach, pod stosami bielizny sprytnie pochował różne co bardziej skomplikowane zagadnienia, ale ponieważ zrobił to po to, by mu w oczy nie lazły i nie odciągały od konkretnych zajęć, to nie będzie ich tam szukał. Szukać albowiem nie musi, bo doskonale (zbyt doskonale) wie, że tam są. Niestety.
W szufladach z bielizną ręcznie szuka się zatem na przykład ciepłych gaci na zimowe mrozy, albo stringów na imprezę. Jeśli szuflady są z czym innym, na przykład z narzędziami kuchennymi, to się w nich ręcznie szuka gilotynki do jajek albo dziadka do orzechów. O tym wszystkim bowiem się myśli: "gdzieś to było... ale gdzie?". No i wtedy trzeba szukać. A jak szuflady zawierają fiszki katalogowe, to ręcznie przewracamy karteczki, by znaleźć "Trędowatą" (szukać pod M, jak Mniszek Helena), lub "Braci Karamazow" (pod D, jak Dostojewski Fiodor).
Natomiast trudno mi sobie wyobrazić ręczne szukanie sensu życia. No bo niby jak? "Hmmm... to było takie duże kwadratowe coś... w tej szufladzie nie mogło się zmieścić... może jest na pawlaczu? a może wyniosłam do piwnicy?" albo: "hmmm z którego roku pochodzi editio princeps? będą to mieli w czytelni ogólnej? czy od razu szukać w katalogu starodruków? a nie było przypadkiem wznawiane? na logikę powinno mieć wznowienia co roku, ale może w limitowanych seriach; a może lepiej od razu szukać w katalogach rękopisów?" Powodzenia!
Można by jeszcze wypróbować metody "ogłoszeniowej": "jakieś 2 miesiące temu zaginął sens życia; mały, czarny, raczej płochliwy; wyszedł z domu i nie wrócił; czeka na niego stęskniona rodzina; kto widział, niech się zgłosi; znaleźne 10%"
Ten krótki przegląd metod researchu przekonuje mnie, że może google to wcale nie taki zły pomysł. Przynajmniej jak na początek. A dalej to chyba jednak nie "ręcznie", ale głową i sercem.

18.04.2009

pogrzeby i śluby (z dowolnymi liczebnikami)

Dziś byłam na pogrzebie w Olsztynie. Kontakt z eschatologią bywa zbawienny dla ludzkich nastrojów. Mój się poprawił. Zwłaszcza, że przy tej okazji poznałam niektórych dotychczas zupełnie mi nieznanych członków mojej rodziny. Ale najfajniejsze były rozmowy z moim bratem w czasie podróży tam i z powrotem. Już dawno tyle z nim nie gadałam.
A na jutro mam zaproszenie na ślub. I jakoś nie jestem pewna, czy iść. Mam podstawy przypuszczać, że ślub - w przeciwieństwie do pogrzebu - może wywołać u mnie efekt doła. Najwyraźniej nadchodzi w życiu samotnej kobiety taki czas, że lepiej jej z pogrzebami niż ze ślubami. Może ze względu na świadomość wspólnoty losów, która ma miejsce przy tych pierwszych, a przy tych drugich zupełnie nie.

17.04.2009

problemy z ortografią

Jak dziwnie mnie ze sobą związałeś. Tato. Czym jest to coś we mnie, co tak nagle odzywa się pragnieniem by stanąć przed Tobą, z Tobą pobyć i Ciebie posłuchać? Mogę sobie odchodzić w okolice kolorowych, ale pustych iluzji, w miejsca wygodne i beztroskie, w krainy, gdzie to ja wiem lepiej i sama decyduję o rzeczywistości. Może mi się nawet wydawać, że Ciebie nie potrzebuję, że bez Ciebie mi lepiej i prościej. A potem nieoczekiwanie coś się dzieje we mnie, coś mi nie daje spokoju. I po prostu odkrywam, że za Tobą tak jakby tęsknię? Że mi jednak bez Ciebie źle. Kimkolwiek jesteś. Czegokolwiek ode mnie oczekujesz.
Bo przecież wciąż tego nie wiem. Tak naprawdę nadal nie pojmuję, co ja tu w ogóle robię? Po co mnie chciałeś? Czemu jestem? Najczęściej czuję się jak pomyłka. Teraz też się tak czuję. Jak literówka. Tu na pewno powinno być napisane coś innego. Bo to, co jest, nie daje sensu. Wciąż nie daje. I czasem już nie mam siły przeszukiwać słowników, by odkryć, która litera została zmieniona i jak. Z siłami, czy bez sił, nic innego mi jednak nie pozostaje do zrobienia.
Tato! Przecież to wszystko jest jakoś potwornie głupie...
...

PRAWIE 2 GODZINY PÓŹNIEJ

... Jednak wciąż do mnie mówisz i przebijasz się przez inne głosy. I chyba dociera do mnie ta prosta prawda: "nie ma usprawiedliwień". Choć rzeczywiście należę do kategorii "tych, których ludzie takimi uczynili", to Ty w tym miejscu nie stawiasz kropki. Cudze literówki w opowieści mojego życia nie muszą mieć ostatniego słowa, a ja nie jestem skazana na rolę ofiary. Traktujesz mnie serio. Za wierność chcesz wierności. Niełatwej. Ale to jedyna możliwość, by z przedmiotu stać się podmiotem. Niby można powiedzieć: "te literówki to nie moja wina; taka jestem; proszę mnie traktować ulgowo: dali mi przecież papierek o dysleksji". No ale wszyscy wiemy, że papierek o dysleksji nie oznacza, że delikwent nie może w ogóle nauczyć się pisać ortograficznie, tylko że będzie mu trudniej i że wymaga specjalnej metody nauczania. Tę metodę mi zapewniasz. I wszelkie pomoce. Nie wykręcę się. Bo Ty nie chcesz, bym była niewolnikiem pokoleniowych barbaryzmów. Mogę być wolna i pisać pięknie. Czyli zgodnie z regułami.

Dziękuję Ci, Tato. I dobranoc!

16.04.2009

memini mortis

Nie pójdę na parapetówkę do K, bo jadę do Olsztyna na pogrzeb ciotki Wandy. Ciotka była od 12 lat w bardzo ciężkim stanie po wylewie. W zasadzie prawie nie kojarzyła. Tą biedną roślinką zajmowała się ofiarnie jej córka, a ja sobie czasem myślałam: "po co to? czemu ktoś się tak musi męczyć?" A teraz już się nie męczy, a ja sobie myślę o śmierci i jej nieuchronności. O tym, że każda chwila przybliża moment, gdy przestanę być. A przynajmniej przestanę być tu. To jest pewne. Czy będę gdzie indziej? Tu moja pewność znacznie się zmniejsza. Ionesco kiedyś nie mógł pojąć, jak to się dzieje, że ludzie wiedząc, że umrą, są w stanie się śmiać i żyć beztrosko. Ten mój kres: nic nie mogę zrobić, by go uniknąć. Nie mogę zatrzymać czasu. Z każdą minutą jestem bliżej. Myślenie o tym jest chwilami naprawdę straszne. W każdym razie dużo straszniejsze niż kiedyś. Gdy byłam młoda też, bywało, myślałam o śmierci. Ale jednak ta perspektywa nie stawała mi przed oczami tak bardzo namacalnie. Jak to ujął Pratchett? Że żyć to odsuwać nieuniknione?

14.04.2009

3 w 1

Wczoraj wracając od Predykantów z Freta odkryłam, że mój ulubiony czarny kotek, który zawsze przebiegał mi drogę mniej więcej na wysokości muru getta, jest trzema czarnymi kotkami. Czytelnicy mogą sobie w dowolnym zupełnie kierunku snuć rozważania wokół tego faktu: metafizycznie, matematycznie i jak im się podoba. Ja w każdym razie zrozumiałam, dlaczego zawsze w tej uroczej okolicy szczęście uśmiecha się do mnie pod tą kocią postacią.
A tymczasem święta dobiegły końca i jesteśmy w Oktawie. Coraz większymi krokami zbliżają się wakacje, które chyba przyjdzie mi spędzić w mojej ulubionej stolicy (i nie będzie to Rzym) w towarzystwie Maurycego de Sully. W sumie czemu nie. Warszawa jest wspaniała latem.

11.04.2009

dies tertius

jakże było nam głupio
gdy wrócił
opłakaliśmy go przecież
a wraz z nim
ruinę naszych ślicznych marzeń
o nowym porządku świata
w którym to my będziemy
jeździć mercedesami

a strach był silniejszy od żalu
nad niewinnie bestialsko straconym
każdy szukał schronienia
i łzy w ukryciu wylewał

potem z ciężkim westchnieniem
no trudno
wracaliśmy do swoich
szarych dni z pracy do pracy

a gdy te głupie kobiety
‒ których dzielność była nam cierniem
bo one szły za nim do końca
gdy nas o nas samych lęk spętał ‒
kiedy te głupie kobiety
gnane radością wołały
że Go widziały żywego
któż by im zechciał dać wiarę
i przyznać, żeśmy nikczemni

cicho baby! wszak umarł
skatowany nieludzko
żal to prawda
lecz chodźmy już
do łodzi
kantorków
i fabryk
cicho głupie kobiety!

a jednak chyba mieliśmy
jakieś resztki sumienia
czy może to resztki obawy
kazały nam zostać i sprawdzić
grób był pusty
znów jakiś numer Piłata
wszak ciała skazańców należały
do rzymskiego okupanta

zaiste więc było nam głupio
gdy wszedł mimo drzwi zamkniętych
i życzył nam pokoju
kpił może
nie mógł nie wiedzieć
o naszej tchórzliwej podłości
tam skąd przychodził przecież
nie ma już nic zakrytego

czemu nie czynił wyrzutów?

lecz zamiast
dar nam dał przerażający
i fascynujący zarazem
mianował nas świadkami
a naszym dłoniom nikczemnym
dłoniom tchórzy i marnych cwaniaczków
powierzył Dobrą Nowinę

nam nie tamtym kobietom
one dostały zapłatę
za miłość Miłość bez końca
za wierność radość Spotkania

my z naszym wstydem na czołach
mieliśmy zostawić łodzie
kantorki fabryki i biura
i iść wśród ludzi by głosić
na tle naszego łotrostwa
bezmiar Jego Wielkości

6.04.2009

drugi post dzisiejszego ranka

Po długiej przerwie zajrzałam do "chlip-hopu", czyli bloga Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego. I zaaplikowałam sobie końską dawkę poezji, światła i wzruszeń. I pomyślałam rzecz nie do pomyślenia. Herezję straszliwą. I jeśli mam czelność ogłosić ją światu, to tylko dlatego, że nie żyję pięćset lat wcześniej, ale pięćset lat później. Może będę się za to smażyć w czyśćcu o pięćset lat dłużej.
Ale pomyślałam i to z przekonaniem. Pomyślałam oto, że piękno usprawiedliwia. Piękno jest święte i uświęca.
No to teraz mnie spalcie!

"słowem, nocni przyjaciele"

Niedzielne nocne spacery wzdłuż skweru Getta i ambasady chińskiej. A potem przejście na aryjską stronę obok zielonego gmachu na placu Krasińskich mieszczącego sądy i oddział IPN. I krótkie przejście na starówkę. Za szybami Instytutu Wzornictwa widać wypasioną restaurację. W sensie dizajnu, bo jedzenia nie miałam dotąd okazji spróbować.
Tędy się idzie na Ostatnią-W-Mieście, czyli na mszę niedzielną odprawianą przez Ojca Kubiaka o 21.30. (Konkurencja dla św. Anny).
Są to spacery magiczne - najczęściej z księżycem na ramieniu. W tych dość otwartych przestrzeniach (z wyjątkiem ostatniego odcinka, który jest też odcinkiem pierwszym w drodze powrotnej) nic go nie przesłania. Wczoraj rosnący księżyc, zbliżający się niechybnie do pierwszej wiosennej pełni, był jeszcze bardziej magiczny. Drogę przebiegł mi dwukrotnie czarny kot. Za pierwszym razem szło przede mną jakieś małżeństwo, które na ten widok zwolniło kroku, a mężczyzna obracając się zobaczył mnie i powiedział do żony: "przepuść panią". Przeszłam z radością, bo wszystkie koty to moi przyjaciele. A ten był szczególnie ładny. Jego czarne futerko lśniło w promieniach księżyca, a oczy miał duże i mądre.
Pomyślałam sobie wtedy, że pięćset lat temu moja predylekcja do kotów i księżyca mogłaby mi poważnie zaszkodzić. Dlatego chyba słusznie robię pozostając w dobrych stosunkach z Inkwizycją.

5.04.2009

do gratulujących

Te wszystkie zmiany to nie moja zasługa. A przynajmniej ja nie postrzegam ich jako efektów własnych działań. Kiedy się nad tym zastanawiam, to trudno też zrzucić je na karb przypadku. Wiem, że to przede wszystkim dar od Taty. Tak to jednak z tym Tatą jest, że lubi się posługiwać człowiekiem tam, gdzie przecież wcale nie musi. Stawia na mojej drodze konkretnych ludzi. A oni, jeśli chcą, mogą rozjaśnić moje życie. Dlatego Jemu i Wam zawdzięczam moje ocalenie. Jeśli więc koniecznie ktoś chce gratulować, niech gratuluje sobie. Gdyby nie słońce życzliwości, to słońce z nieba niewiele by dało. Dziękuję za Obecność.

4.04.2009

zmian ciąg dalszy

No to jeszcze pseudonim sobie zmieniłam. A co!

3.04.2009

post jak nie post

Ten Wielki Post był (już dobiega końca) jakiś inny. Mało w nim miałam smutku, głodu i trwogi. Dużo spokoju, nowych natchnień. Dużo bliskości. Dziwuję się temu wszystkiemu, nie bardzo rozumiem, w czym rzecz i chyba czuję się tak, jakbym znów się przepoczwarzała. Już mi się zdarzały takie "zakręty", gdy miałam wrażenie, że wszystko się zmienia, a głównie, że zmieniam się ja. Myślałam wtedy o sobie jak o wężu zrzucającym starą skórę. I choć za każdym razem przeżywa się to jakoś inaczej, to chyba właśnie to przytrafia mi się po raz kolejny. To banał, co powiem, ale życie naprawdę jest pełne niespodzianek. Dobrze wiedzieć, że coś, co wyglądało na impas stało się bramą do nowego wymiaru. I dobrze stojąc na progu poczuć wiatr w skrzydłach i usłyszeć zaproszenie do lotu w księżyc.
Od jakiegoś czasu sama siebie zaskakuję, samej siebie nie poznaję. I cieszę się z tych zmian, bo wygląda na to, że są pozytywne. Inaczej nieco mówię i chodzę. Gdzieś odeszły dawne napięcia towarzyszące mi przez całe życie. Jak tak dalej pójdzie, to niebawem zacznę mówić, co myślę. Może nawet ośmielę się myśleć to, co chcę. I robić zacznę....
Stop! Nie posuwajmy się za daleko. Nie od razu w każdym razie. Może kiedyś zostanę prawdziwą Małą Mi, ale - jak mówią Francuzi - c'est pas demain la veille.

księżyc i kot

Trudno powiedzieć, co się stało. Ale dojrzałam do zmiany tytułu tego bloga. Nie będę już pisać łzami. Ten czas za mną. Wchodzę w znak Księżyca, tego "uśmiechu bez kota" i mnie samej w środku coś się zaczyna uśmiechać.
Witam Was więc, Kochani, na moim nowym, księżycowym blogu. I mam nadzieję, że Wy też, wraz ze mną, poczujecie się tu mniej łzawo, a bardziej romantycznie.

2.04.2009

znaki

To-Mówię-Ja pisze o znakach. I może to faktycznie jakiś znak, że akurat dziś przyszło do mnie to zaproszenie. "Jedź na ignacjańskie". Tyle że ja nie mam ochoty. Fundament wspominam jakoś mdło. Bardzo się starałam, żeby mi coś dał, ale moje myśli były wtedy tak bardzo gdzie indziej. No chyba się trochę boję. Po tych doświadczeniach z RRN nie mam takiego zaufania do księży. Patrzę im na ręce, testuję i niełatwo mnie zadowolić. Boję się, że znów ktoś mnie zacznie przekonywać do regularności, do sztywnego harmonogramu, do twardych zasad. A to przecież nie dla mnie. A z drugiej strony jakieś dłuższe sam-na-sam z Tatą by się przydało. No bo przecież wszystko jest teraz inne. Ja się zmieniłam i On się zmienił (w moich oczach). To będzie jak spotkanie z Kimś starym, a nowym zarazem. Tylko czy to muszą być akurat ignacjańskie? Może są jakieś inne formy? Jeśli ktoś z czytających miałby jakiś pomysł, to proszę o komentarze.

1.04.2009

oryginalnie

Napiszmy to jak w oryginale:
"I wish you wouldn't keep appearing and vanishing so suddenly: you make one quite giddy."
"All right" said the Cat; and this time it vanished quite slowly, beginning with the tail, and ending with the grin, which remained some time after the rest of it had gone.
"Well! I've often seen a cat without a grin," thought Alice; "but a grin without a cat! It's the most curious thing I ever saw in all my life!"
Zamieszczony w poprzednim wpisie przekład nie jest - jak widać - wierny. Ale jest piękny i pochodzi z płyty. Dużej czarnej płyty, którą jako dziecko słuchałam do upadłego. Wczoraj na Urodzinach wspominaliśmy tę płytę i inne elementy naszego dzieciństwa. Poskutkowało tym, że sięgnęłam do książki Carrolla. Do płyty już nie mogę, bo nie mam odtwarzacza analogów.

30.03.2009

uśmiech bez kota

"Widywałam już koty bez uśmiechu, ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu" powiedziała Alicja, gdy Cheshire Cat zniknął pozostawiając tylko swój uśmiech zawieszony jak księżyc w gałęziach drzew.
Każdy taki księżyc - taki jak dzisiejszy - kojarzy mi się z tą sceną. Mamy więc księżyc, uśmiech i kota - trzy cuda stworzenia. Absolutna magia, absolutna czułość, miękkość i ciepło. Niebo bez księżyca, dom bez kota, twarz bez uśmiechu tyle tracą!

27.03.2009

na humorek

Jak kto wrażliwy na piękno polskiej mowy, lepiej niech nie zagląda. Ja zajrzałam i nawet nie sądziłam, że coś mi może tak szybko humor poprawić:
http://www.wykop.pl/ramka/73832/ile-kupic-kwiatow-dziewczynie
Nie z myślą o poprawie humoru zaglądałam albowiem, ale na fali irytacji.
No bo co to za pomysł, żeby MNIE facet pytał, ile ma kwiatów dać kobiecie! A skąd ja mam niby wiedzieć takie rzeczy? Czy mnie ktoś kwiaty daje?
Nie no... dobra. Czasem się trafi. Na urodziny na przykład. Albo na dzień kobiet - od mojego szarmanckiego kuzyna Grzegorza. Ale, jak się wszyscy domyślają, nie o urodziny i nie o dzień kobiet idzie. Wujek Gógiel na pytanie o liczbę kwiatów wyrzucił między innymi powyższy link. Normalnie boki zrywać. Na początku przynajmniej, bo dalej to już zwykła wulgarna sieczka bez treści.
Zachwyciła mnie zwłaszcza rada: "chryzantemy w doniczce najlepiej z szarfą".
To jest kolejny rodzaj kwiatków, na które mam jeszcze szansę się załapać.

25.03.2009

Dzisiejsza Środa była zaskakująca. Głównie pogodą. Te przejścia z chłodu w ciepło, ze śnieżnej zadymki w wiosenne światło; to szaleństwo szarości i złota nad rzeką; te płaty śniegu na kopułach cerkwi osłonecznionej wręcz teatralnie. Obrazy były tak piękne, że chwilami dochodziły do granic dobrego smaku. Gdyby to było malarstwo, a nie natura, można by wręcz mówić o kiczu. Środa zaskoczyła też przypadkowymi, a wielce miłymi spotkaniami i mnóstwem cennych słów. Ciepłem spojrzeń i uśmiechów. Praskie rozmowy - jak zwykle - owocne.
Dziękuję Ci, Tato, że w mym życiu pojawiły się Środy.

23.03.2009

bez tytułu

są sny nierealne
czasem śnią się nawet na jawie
nierealnie romantyczne
marzenia prosto od wróżki
błyszczą zachęcająco
droższe tym bardziej,
że chce się, by były cenne
unikalne
i wartościowe
potrzeba wtedy eksperta
Rzeczoznawcy idei,
bo co, jeśli się nie opłaci
wymienić na tombak marzeń
solidnego kruszcu
który jest?

21.03.2009

plany

Skończyć transkrypcję Maurycego; przepisać Robsona; zrobić tabelę uwzględniającą "translation shifts"; zeskanować Małgorzatę w obu wersjach, poprawić i zrobić tabelę; znaleźć Bernarda w wersji francuskiej; zeskanować lub przepisać, zrobić tabelę; wybrać narzędzie do analizy; napisać.

W tak zwanym międzyczasie znaleźć chwilkę na tłumaczenie, na uczenie, na byczenie.

No i mieć coś do sprawozdań. Poszukać wydawcy dla tekstu o Małgorzacie. Napisać coś do SŹ, przygotować indeks kodykologiczny.
Ufff.

19.03.2009

święty kobiet

Ten Józef to ma zakobiecone! Wszystkie dziś o nim. Niektóre już nawet wczoraj zaczynały. A ja przez cały dzień próbuję go wyminąć bokiem. Choć to przecież mój ulubiony święty. No ale jakoś nie mogę. I głupio i smutno, ale jak tu się modlić bez wiary? No bo tak strasznie nie chcę znów się poczuć wystrychnięta na dudka. Wolę odpuścić. Ręką machnąć. Przecież to i tak nic nie da. Przecież to już za mną i nie dla mnie. Widać nie dano. Wolę odpuścić niż zaryzykować ten ból, jaki rodzi się we mnie, gdy słyszę (chyba nie trzeba mówić, czyj głos): "no i widzisz? i po co Ci to było? znów Cię zrobili w bambuko."

No więc, Józefie drogi, mój ulubiony święty! Może ja Ci po prostu złożę serdeczne życzenia imieninowe. Łzami pisane. Niech Cię dalej te kobiety hołubią, boś sobie zasłużył. A Ty mnie przytul czasem i uśmiechnij się do mnie księżycem.

obrazek prawie geometryczny

nocny podmuch
pod nieba czarnym lodem
linie nagich drzew
wiatrem w gałęziach roztańczone
ukośnie

mrozu czystość żarliwa
wypala
wycisza
wytrawia

w tak jasnej perspektywie nocy
droga się ściele gładko
ufnie i trwale
ziemia wytraca obroty zawroty
głowy
przed nami prosty horyzont
prosty jak nasze sprawy

i tylko westchnienia wirują
obłoczkami krętymi
zażenowane
w trzeźwym powietrzu

16.03.2009

odpowiadam na zarzut

"Zabawa w poligon" nie jest głosem w dyskusji. "Obrazki" nie służą dowodzeniu ani uargumentowaniu tezy. Uważam bowiem, że pewne tezy nie potrzebują dowodów. Ich prawdziwości dowodzi samo życie. Codziennie i w dużych ilościach. "Obrazki" - jak sama nazwa wskazuje - miały ilustrować. Że dobór obrazków mógłby być trafniejszy? Z pewnością. Takich obrazków są wszak miliony. Ale mnie się akurat wczoraj trafiły te, te więc zapisałam w moim "dzienniczku impresji".

zabawa w poligon

Obrazek pierwszy:
Pod indyjskim słońcem powiewają barwne sari. Ale noszące je kobiety nie spacerują z dziećmi po ogrodach. Tylko wydobywają kilofami kamienne bloki do budowy domów. Bloki, które później zanoszą do siebie na głowie. Ich dzieci spędzają dnie siedząc w kamieniołomach umorusane pyłem. W tym czasie mężczyźni są w barze, albo na przyjęciu zaręczynowym, na którym nie ma żadnych kobiet, bo "u nas się kobiet na przyjęcia nie zaprasza."

Obrazek drugi:
Dwie kobiety w mieszkaniu do remontu rozkręcają i zakręcają śruby, przenoszą ciężkie przedmioty. W tym samym czasie grupa facetów poszukuje swej męskości na survivalowej wyprawie w Puszczy Kampinoskiej.

Obrazek trzeci:
W samotnej, wichurami smaganej latarni morskiej, potwornie pustej i szarej, umysł Mamy Muminka zaczyna dryfować. Mama staje się nieobecna, odchodzi we własny świat, zamyka się we wspomnieniach. Nie ma jej. Muminek zawiera niepokojące znajomości i nie ma nikogo, z kim mógłby się podzielić swymi odkryciami. Dach latarni morskiej przecieka i w izbie trzeba ustawiać kolejne garnki. W tym samym czasie Tata Muminka pisze pracę naukową o tym, czy morze podlega jakimś prawom.

Ostatnio dużo mówiono i pisano o tym, że w dzisiejszym świecie mężczyźni zniewieścieli, że zatracili swe męstwo, tak przecież potrzebne w wojnie, która ogarnia świat. To prawda. Wyciągnięto stąd jednak zupełnie mylny wniosek, że tym, co należy facetom przywrócić, jest siła i odwaga, i że najlepiej im zrobi solidny trening kondycyjny.
Tymczasem od początku świata zawsze jest to samo: mężczyźni są silni i dzielni. Potrafią toczyć bitwy i je wygrywać. Ale nie potrafią dostrzec, gdzie jest prawdziwy front. Dają się podejść Nieprzyjacielowi, którego najlepszą metodą jest po prostu dywersja i podsuwanie Wojownikom złudnych celów strategicznych.

Sporo napisano o tym, że, gdy Wąż kusił Ewę, Adam był nieobecny. Ale czy ktoś się zastanowił, gdzie on wówczas był?
To proste: uprawiał survival w pobliskim lesie, w przewidywaniu wyimaginowanych bitew i niebezpieczeństw.

14.03.2009

Dumezil

"On jest zakręcony" - powiedział Wścieklecichawoda o jednym Mediewiście. Nie przeraził mnie, bo wszyscy w IH są zakręceni. To najbardziej zakręcony instytut, jaki znam. Nieprzerażona poszłam zatem na piątkowe seminarium, na którym było paru "Rzymian" z via Cairioli i okolic. Na seminarium czyta się w zasadzie Miracula Sancti Columbani, ale tym razem była dygresja. Zawarłam przy tej okazji znajomość z pewnym "świętym psem", który - jak wierzyły w XIII wieku wieśniaczki z diecezji lyońskiej - przywracał zdrowie niemowlętom. Rytuał przywracania zdrowia był tak ekstremalny, że niemało niemowląt traciło przy tej okazji życie, ale te, co przetrwały, faktycznie musiały wyrastać na krzepkich ludzi. Pies nosił wdzięczne imię Ginefort. Niestety, kult ten nie przypadł do gustu Stefanowi de Bourbon OP, który ostro się z nim rozprawił, jak sam pisze. Czytanie takich opowiastek dało asumpt do dość daleko posuniętych rozważań w duchu dumezilowskim. Wtedy też pomyślałam o tym, co powiedział Wścieklecichawoda i pomyślałam, że Mediewista nie jest zakręcony. Jest dumezilistą. Pomyślałam również, że ja dumezilistką nigdy nie zostanę.
Czytanie Stefana de Bourbon dało mi też asumpt do poszukania w du Cange'u definicji canis leporarius. Przy tej okazji dowiedziałam się, jak się mówi po łacinie "tresowany pies": canis doctus.
Tyle zabawy w ramach jednego seminarium!

13.03.2009

o Paszczakach i Kunktatorach

No i stanęło na tym, że Organizatorzy, przynajmniej niektórzy, nie będą już organizować Urodzin. Bo nam się znudziło. Bo chcemy wreszcie być zabawiani a nie zabawiać. Co nie znaczy, że w ogóle przestaniemy organizować i urządzać. O nie, nie my, Paszczaki. Bale będą nadal. Teraz pora, by się rozejrzeć za sukniami na stelażach. Barokowych.
A dziś rano obudziłam się w porę, ale nie chciało mi się wychodzić z łóżka. Już w duchu machnęłam ręką na planowane spotkanie z Z., ale gdy po pewnym czasie wygrzewania się w pościeli stwierdziłam, że wciąż jeszcze nie ma ósmej, wstałam jednak i udałam się na drugi brzeg rzeki przekonana, że już za późno i nic z tego nie wyjdzie. A tu proszę: wolne miejsce, jakby specjalnie na mnie czekało. I mogłam porozmawiać z Z. i zastanawiać się potem, czemu nie zrobiłam tego wcześniej. Dlaczego realizację najbardziej zbawiennych planów tak bardzo zawsze odwlekam. Teraz znów doznałam otuchy, jakiej potrzebowałam od tak dawna. Była na wyciągnięcie ręki, ale ja ociągałam się z korzystaniem. Kunktator ze mnie. Paszczak Kunktator.

8.03.2009

co dobrego

Ostatnio Wścieklecichawoda pyta mnie regularnie przez skype'a: "co dobrego?" Zmusza mnie w ten sposób do zastanowienia się, co w tym akurat momencie jest dobre. Czego dobrego właśnie doświadczam. Choć w pierwszym odruchu mam ochotę odpowiedzieć: "nic", to jednak jakaś elementarna uczciwość każe mi się zatrzymać i rozejrzeć. Bo przecież coś dobrego musi być. No i raz było to piękne słońce za oknem, innym razem dobra herbatka, którą właśnie popijałam. Muszę przyznać, że lubię to pytanie. Jest bardzo mądre.
A dziś otrzymałam dobro w postaci życzeń imieninowych od anielskiej pary (no bo jak "anioł nie człowiek" się zakocha, to chyba tylko w anielicy), oraz w postaci życzeń na święto kobiet od Miłego Człowieka. Czegóż chcieć więcej?

*

Wychodzi mi na to, że dobrze jest wtedy, kiedy się wie, że jest źle. A jeszcze lepiej jest wtedy, kiedy się wie, co jest źle. I ma się pomysł, co z tym zrobić, do kogo z tym pójść, gdzie szukać rozwiązań. To już jest dobrze. Bo mnie się zaczyna wreszcie ten puzzel układać. Gdzieś pod szafą, w kłębkach kurzu znalazł się zagubiony dotychczas róg. A bez rogu - wiadomo, ciężko ułożyć. Mam nadzieję, że to róg od tego właśnie puzzla. No to jedziemy z tym koksem: jakiś róg jest, nie ma sensu dalej tracić czasu. To trochę niepokoi. Coś jakby lekki stresik się wkrada. Co z tego będzie? Co będzie dalej? Ja tutaj zacznę sobie na boku uprawiać samotroskę, zajmę się puzzlem swego życia, a przecież nie jestem na świecie sama. Wciąż z kimś krzyżuję słowa i spojrzenia. Może z tego wyjść niezły bigos. Ale trudno, trzeba zaryzykować. W każdym razie dalej być nie może tak, jak było do tej pory. Coś się rozmontowało, coś się rozsypało. Trzeba się tym zająć i mieć nadzieję, że Tata zajmie się resztą. Żeby w zamęcie i zapale nie poranić innych. Zwłaszcza tych sercu bliskich.

5.03.2009

samotroska

Jak Samotraka i Nike z Samotraki...
I coś w tym jest, bo samotroska prowadzi do zwycięstwa. Zadbać o siebie, zawalczyć o siebie. Zająć się sobą. Tak dla odmiany - sobą. Naprawdę. Przestać na siebie krzyczeć, przestać się nad sobą znęcać, mieć dla siebie litość, życzliwość i wyrozumiałość. Mieć dla siebie miłość. Okazać ją sobie choćby czekoladkami. Co z tego, że Post. Właśnie wręcz przeciwnie: niech to będzie post od negatywnego myślenia o sobie; post od stawiania sobie absurdalnych wymagań; post od poświęcania własnego realnego dobra dla wyimaginowanego dobra innych; post od planów minimalnych i od myślenia, że nie zasługuję na nic lepszego.
Okazać ją sobie planując niedzielną wyprawę nad wiślany brzeg i ciesząc się z góry na myśl o tym spacerze.
Niezwykły ten Post w tym roku.

4.03.2009

plusy prób do Triduum

Pierwszym plusem chodzenia na próby scholi przed Triduum jest to, że można w Wielkim Poście śpiewać Alleluja. I przy pomocy innych też utworów radować się ze Zmartwychwstania, choć przecież teraz należałoby o pokucie i umartwieniu myśleć. Ale dla takich specjalnych przypadków jak ja są ulgi.
O czym przekonałam się też w dzisiejszych rozmowach i spotkaniach. To była naprawdę dobra środa, którą kończę przy pysznej herbacie słuchając l'Arpeggiaty.

środa rano

Wreszcie nadeszła środa. Łapię się na tym, że nie mogę się już śród doczekać. A ta zapowiada się wyjątkowo miło, bo oprócz zwykłych środowych zajęć (intelektualnych i duchowych) zaplanowałam jeszcze spędzanie czasu w miłym towarzystwie. A wieczorem zaczynamy próby scholi do Triduum. Czyli gimnastyka gardła na zakończenie dnia. Środa pełna wrażeń i duże dawki samotroski. To czego mi teraz najbardziej potrzeba. Szkoda tylko, że wczoraj nie było widać księżyca z powodu nadmiernej mglistości nocy. Ale pewnie nie można mieć wszystkiego jednocześnie.
Tymczasem wszystkim odwiedzającym życzę Wszystkiego Najlepszego Z Okazji Środy! (czy mnie pamięć myli, czy było coś takiego w Kubusiu Puchatku?)

1.03.2009

spokojnie

nakarmi, nakarmi.
nie ma się czego bać. jestem w Jego ręku:


co nie zmienia faktu, że ciężko zrezygnować z ochłapów i grzebania po śmietnikach.

28.02.2009

a jednak

Jak Post, to Post.
Dostałam zaproszenie do cudu.
Ale warunek: iść na całość.
Zostawić ochłapy ryzykując śmierć głodową.
Przestać się żywić na śmietnikach.
Odłączyć kroplówkę.
I albo Tata mnie nakarmi rozmnożywszy chleb,
... albo nie ...
Boję się...

26.02.2009

asceza

Nie wierzę w niejedzenie ciasteczek. Nie wierzę w niesłuchanie muzyki. Nie rozumiem, nie czuję tradycyjnych form ascezy.
Czy głodującemu pariasowi z ulic Kalkuty ktoś ośmieli się zaproponować, by w Wielkim Poście zmniejszył dzienną rację pokarmu ze 100 do 50 ziarenek ryżu?
Czy komuś, kto od wczesnego dzieciństwa żyje w mentalnym łagrze potrzebne są jeszcze bicze, posty i włosiennica?
Dlatego już ileś lat temu przestałam postanawiać, zrezygnowałam z umartwień. A jednak wczoraj postanowiłam. Postanowiłam spróbować. Spróbować przygarnąć i przytulić ten ból, który mam. Nie szukać innych. Nie dodawać sobie zewnętrznych niedogodności, ale zaprzyjaźnić się z tym, co i tak mnie nie opuści: przygarnąć i przytulić włosiennicę, jaką jest moja własna historia. Historia zadanych mi okaleczeń i ran. Historia skrzywdzonego dziecka. Wypłakać nad nią to wszystko, co wypłakać trzeba, by ostatecznie przyjąć ją ze spokojem. To prawda, że jestem tylko niemłodą samotną kobietą. Ale nie tak niemłodą i nie tak samotną, by czegoś jeszcze z siebie nie móc dać. Jednak, by być "radosnym dawcą", o jakim mówi Pismo, trzeba się zgodzić. Zgodzić się na to, co było, a co już nigdy się nie odstanie. Nawet Wszechmocny nie może zmienić przeszłości. Może tylko zmienić jej skutki.

To nie przypadek, że Środa Popielcowa przypada w środę; albo, że "moje środy" zbiegły się z początkiem Wielkiego Postu. Dostałam pomoc. Fachową. Z nią łatwiej mi będzie realizować moje postanowienie. Choć pewnie i tak się w pełni nie uda. Nie od razu, nie w jednym Wielkim Poście. Ale spróbuję, postaram się.

No i jeszcze poranny uśmiech do Taty.
Czy mylę się sądząc, że to Ty byłeś głosem moich wątpliwości? Że nie w tych grzmiących, ognistych słowach kapłanów przemawiałeś, ale w cichym powiewie mojego własnego serca? Szeptałeś: "NIE! To nie tak, nie o to chodzi." Zapraszałeś do ryzyka, do zdobycia się na odwagę i do walki o siebie samą. Bo jestem tego warta. Nigdy nie sądziłam, że możesz być takim cichym, a jednak tak upartym Bogiem. Chcę wierzyć, że to właśnie Ty. Że jesteś dokładnie tam, gdzie się Ciebie nie spodziewam. Że jesteś duchem, a nie literą, a kiedy przepływa przeze mnie radość i pokój, to one właśnie są Twoim pokojem, Twoją radością. Natomiast niepokoje, udręki, przerażenie i stres, choćby mówiły cytatami z Pisma i głosem znad koloratki, nie od Ciebie pochodzą.

25.02.2009

lacrimae

"Nie każde łzy są złe" powtarzał za Gandalfem Reverendissimus. I słusznie. Na przykład te, którymi był pisany ten blog, okazały się całkiem owocne. Oczyszczające. Spłynęły z oczu, przybrały kształt liter i słów, by krążyć w cyberprzestrzeni, i jako słowa wracają do mnie i szepczą o sensie tego wszystkiego.
W KKK czytam: "Przyjaźń rozwijana między osobami tej samej płci bądź różnych płci stanowi wielkie dobro dla wszystkich. Prowadzi do wspólnoty duchowej."
I widzę, jak wiele okazji do mnożenia owego dobra dla wszystkich ciągle dostaję. Może to ma być ta wartość dodana mojego życia w ostatecznym rozrachunku? Mam do tego wszystko, co potrzebne, więc "tyłki ze stołków i do roboty", jak mówił pan prezydent Dyzma.

22.02.2009

nowe

W roku 1992 usłyszałam po raz pierwszy dysangelię głoszoną w sposób autorytatywny. Usłyszałam i przyjęłam. Choć pełne goryczy było przekonanie, że nie jestem panią swego losu, że nie mam żadnej władzy i nic nie mogę, a wszystko, co mnie spotka, zostało już dawno zaprojektowane, jednak łatwiej mi było się z tym zgodzić niż podjąć się pracy nad sobą i własnym życiem. W efekcie zyskałam 15 lat całkowitego zastoju. I dziś odkrywam z dużym opóźnieniem, jak wiele mogłam była zrobić. Na przykład nauczyć się nawiązywać kontakt wzrokowy. Zwłaszcza z mężczyznami, z którymi mam ochotę zatańczyć.
Od półtora roku uczę się wszystkiego od nowa. Boga, świata i siebie samej. Wczoraj dowiedziałam się na przykład, że mogę naprawdę fajnie wyglądać z włosami uczesanymi w stylu lat 20tych. Nigdy bym nie przypuszczała. A wszystko dlatego, że z tradycyjnym już u mnie perfekcjonizmem w tej dziedzinie, zechciałam być na balu jak najbardziej stylowa. I postanowiłam się poświęcić myśląc: "trudno, najwyżej będę przez miesiąc wyglądać jak głupek, póki mi włosy nie odrosną; czego się nie robi dla sztuki!" A tu, o dziwo, zebrałam naręcze bardzo pozytywnych recenzji na temat mojego nowego looku. Mogę więc teraz wchodzić w Wielki Post z bogactwem niezwykłych doświadczeń.

16.02.2009

65FF

Przedwczoraj zawalił mi się kolejny świat, czyli kolejne przekonanie, że coś o czymś wiem. Solidne poszlaki wskazują, że dotychczas nie wiedziałam nic o rozmiarach biustonoszy. Jeśli próba rewolucyjnego rozmiaru okaże się pozytywna, to wyjdzie na to, że przez długie, długie lata chodziłam w źle dobranych stanikach. A wszelkie związane z tym niedogodności uważałam za normalne i nieuniknione. Ciekawe, że podobnie jest w wielu innych sferach życia. Można się nawet przyzwyczaić do gwoździa w bucie, jeśli się uzna, że tak właśnie ma być, że taki jest nasz człowieczy los. Pamiętam, jak kiedyś szokiem dla mnie było, gdy obdarzony niezwykłym zmysłem estetycznym optyk dobrał mi oprawki okularów według własnego a nie mojego pomysłu. Ja sama nigdy bym po takie właśnie oprawki nie sięgnęła. A w momencie, kiedy je założyłam, odkryłam, jak beznadziejnie wyglądałam w poprzednich - dobieranych zgodnie z moim widzimisię. Czy z życiem jest tak samo? Czy też ktoś z zewnątrz musi przyjść i powiedzieć: "to nie Twój rozmiar, to nie Twój kolor!" ?
I dopiero wtedy otwierają się oczy?
Tato! Kto jak nie Ty? To Ty jesteś najbardziej utalentowanym artystą życia - specjalistą od rozmiarów i barw. Czy kiedyś próbowałeś mi założyć inne okulary? Czy to ja byłam głucha na Twój głos, czy też Ty nigdy nie przychodziłeś?
A może moje życie, w przeciwieństwie do bielizny, ma odpowiedni rozmiar? Jak to jest, Tato?

14.02.2009

święto murarzy

Na mieście zaczęło się "walenie tynków". Na szczęście mogę większość dzisiejszego dnia spędzić w domu, więc uniknę serduszkowej czerwoności na ulicach. Kupiłam sobie natomiast sztuczne rzęsy, by na balu robić za wampa. Ale próba ich przyklejenia nie wypadła zbyt pomyślnie. Na dodatek od tego kleju lepią mi się powieki. Najbardziej przeraziła mnie informacja na opakowaniu, że są to "rzęsy sztuczne ręcznie plecione z naturalnych rzęs"! Mam gorącą nadzieję, że to reklamowa brednia.
A poza tym ferie dobiegają końca. Niebawem trzeba będzie znów zacząć uczyć studentów. Drugi semestr jest zawsze dłuższy, ale jakoś lepiej się go przeżywa, bo przychodzi wiosna i zmierzcha się później. I tym sposobem, ani się obejrzę, jak minie pierwszy rok w nowej pracy. I w nowym mieszkaniu. Pierwszy rok wielu dobrych nowości. Myśl ta uspokaja mnie dziwnie i dodaje otuchy. I coraz jaśniej widzę, czym jest "nadzieja mojego powołania", że pozwolę sobie na przewrotną interpretację Pisma. Coraz jaśniej widzę, że dążę do pełnego uwolnienia serca. Do tego, by moje widzenie rzeczywistości, moje widzenie Prawdy było ostre i zdrowe; żeby nie mąciły go żadne fałszywe podszepty mówiące, iż moja wartość zależy w jakimś stopniu od tego, co myślą o mnie inni. Czy raczą mnie akceptować i kochać, czy też odrzucą.

12.02.2009

12.02

A! no i dziś właśnie się postarzałam. Z tej okazji zrobię sobie kurczaka w tandori i rodzynkach.

logika i argumentacja

Przedwczoraj słuchałam debat oksfordzkich. Fajnie, że są w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią logicznie myśleć, wyłapywać logiczne błędy przeciwnika, argumentować w sposób spójny i rzeczowy. Szkoda, że jest ich tak niewielu. Nawet w takich dyskusjach, w których ma się sporo czasu na przygotowanie argumentacji; w dyskusjach, w których uczestniczą osoby wybrane (czyli - jak należy przypuszczać - radzące sobie z logicznym myśleniem i z umiejętnością werbalizowania swych poglądów w sposób zrozumiały); w dyskusjach na tematy trochę abstrakcyjne nie dotyczące naszego życia - nawet w takich dyskusjach rozmówcy nie potrafią się ściśle trzymać tematu, pozwalają sobie na argumenty ad personam i zupełnie niemerytoryczne uwagi. Trudno się wobec tego dziwić, że takie rzeczy zdarzają się nagminnie na forach internetowych, również na naszym Forum.
Ale najwyraźniej się starzeję. Wyciąganie nielogiczności i przejawów erystyki już mnie nie zajmuje, lecz męczy. Wobec zalewu absurdu i braku logiki naprawdę mam ochotę powiedzieć "pas". I coraz częściej to robię. Coraz więcej tematów odznaczam jako "ignorowane", bo aż mi przykro patrzeć i nie chcę się dołować. Czasem się tylko zastanawiam, dokąd zmierza świat. Kiedyś odrzuciliśmy metafizykę, żeby się zająć epistemologią. W obu tych dziedzinach umiejętność wyciągania logicznych wniosków była kluczowa. Dziś wydaje się, że również z epistemologii przyjdzie nam zrezygnować, bo gubimy podstawowe narzędzie, jakim jest logika. W postmodernistycznym permisywizmie i globalnym egalitaryzmie totalnie nielogiczne bredzenie ma mieć taką samą wartość jak rzetelny spójny wywód. To kolejny dowód, że ludzkość zmierza do samounicestwienia.

9.02.2009

jako i my odpuszczamy

Wczoraj - niedziela. Kościół Dominikanów na Freta. Zamierzałam iść wcześniej, na próbę scholi i śpiewać na mszy. Ale spać mi się zachciało, więc na próbę nie poszłam, wskutek czego na mszy zamiast w prezbiterium stałam normalnie w kościele. Przy Ojcze Nasz zaczęłam myśleć, jak to jest z tym moim wybaczeniem. Bo niedawno dowiedziałam się, że nie najlepiej. Że wciąż mi żal tej małej skrzywdzonej dziewczynki sprzed 30 lat. I przez myśl przemknęli mi różni moi winowajcy. Chwilę później przekazujemy sobie znak pokoju. Na prawo, na lewo. Do tyłu... I zaskoczenie, bo oto jeden z winowajców za mną właśnie stoi. Przed komunią intensywny rachunek sumienia. No to jak to jest z tym moim wybaczeniem? I nagle uświadamiam sobie, że przecież - niewiele myśląc, instynktownie - JA się do niego uśmiechnęłam, a moje oczy mówiły: "O! ale niespodzianka! Kopę lat!" Bo naprawdę w pierwszym ułamku sekundy nie czułam żadnej niechęci. Natomiast ON miał minę jakby zobaczył ducha. I tak mi potem przyszło do głowy, że on chyba nie jest w stanie mi wybaczyć całego zła, którego się wobec mnie dopuścił. To są dalsze konsekwencje potykania się o własne sznurówki. Biedny!

7.02.2009

Bóg w kryzysie

Im dłużej rozmyślam nad przypadkiem RRN, tym bardziej podziwiam Boże działanie. Bo gdyby się dwóch wielebnych prominentów nie pożarło w żenujący sposób o władzę; gdyby jeden z nich nie doniósł na kolegów do kurii, wytykając im nieprawidłowości, które on sam osobiście przez kilkanaście lat współtworzył i promował, to wszystko toczyłoby się po staremu, według dobrze już wypracowanych metod hierarchizowanej manipulacji.
Episkopat wszak przez długie lata pozwalał Ruchowi działać nie zgłębiając zbyt gorliwie ani doktryny ani praktyki. Tylko dlatego, że ruchowi prominenci mieli dobre układy wśród biskupów. To, co teraz komisja wytknęła, istniało przez ponad dwadzieścia lat. Publikacje dostawały imprimatur (choć najwyraźniej nikt ich nie czytał, ufając po prostu księdzu Piłatowi), a biskupi wizytowali rekolekcje Ruchu. Dużo rzeczy kazano trzymać w tajemnicy, ale wiem, że bezskutecznie: czy naprawdę może się zachować tajemnica znana tysiącom ludzi? Kurii się zatem nie spieszyło do porządkowania tego bałaganu.
Ale NA SZCZĘŚCIE Bóg tak stworzył ludzką naturę, że gdy idziemy w zło, to prędzej czy później, na tej wygodnej z pozoru ścieżce, przewrócimy się o własne sznurowadła.

6.02.2009

sekta

Kuria się wypowiedziała ostatecznie. Abp podpisał dekret.
Można go znaleźć tu:
http://www.archidiecezja.warszawa.pl/
Ruch Rodzin Nazaretańskich, w którym zmarnowałam kilkanaście najlepszych lat życia, musi gruntownie się zreformować, jeśli chce nadal istnieć. A obowiązujące w nim dotychczas zasady zostały bardzo ostro skrytykowane przez specjalistów jako sprzeczne z praktyką Kościoła. Najbardziej przerażające jest to, że do bezwzględnego posłuszeństwa nakłaniali przy pomocy straszenia ludzie, którzy sami byli nieposłuszni Kościołowi. I robiło się mnóstwo rzeczy przeczących zdrowemu rozsądkowi i naturalnemu porządkowi świata pod pozorem, że do takiego agere contra zaprasza Matka Boża, której SZCZEGÓLNĄ obecność w tym Ruchu gwarantowały jego najwyższe władze. A tu nagle się okazuje, że te najwyższe władze wypierają się bezczelnie tego, co same mówiły, i na dodatek zrzucają winę jeden na drugiego. Jak nie przymierzając pierwsi rodzice w Raju. Postępują w całkowitej sprzeczności do tego, o czym nauczali. Najbardziej mnie szokuje takie zdanie z komunikatu komisji: "W rozmowach z kierownictwem RRN [komisja] nie znalazła nikogo, kto poczuwałby się do winy za kryzys i brał za to odpowiedzialność."
Ale Tata wie, kto jakie krzywdy wyrządził tysiącom ludzi manipulacją, socjotechniką i kłamstwem. I przed Tatą nie będą się mogli wypierać odpowiedzialności.

5.02.2009

te role w tym teatrzyku

Dziś dzień pisania. Ale to pewnie dlatego, że czwartek. A czwartek jest po środzie. Wróciła do mnie tematyka odgrywanych w życiu ról i tego pytania, dlaczego gram nie to, co bym chciała? I czy da się to jeszcze zmienić? Rok temu bardzo tego chciałam. Tyle było we mnie determinacji, żeby jeszcze coś uratować. Żeby jak ten Theoden choć na chwilę poczuć wiatr we włosach. Myślałam, że może nie wszystko stracone. Dziś już nie jestem tego pewna. Nie jestem wcale pewna, czy to dobry pomysł z tą próbą zmiany roli. Z wiedźmy na księżniczkę. W tym wieku? I po tym jak się całe życie było aktorką "charakterystyczną". I jak się zna tę rolę na pamięć i na wyrywki. Po czubki palców. Że już nawet przez sen się ją recytuje. No i przecież ona nie jest taka zła ta rola. Całkiem fajna w sumie. Ma się swoje popisowe numery. I jest się cenionym. Czasem nawet ktoś o autograf poprosi. Przecież można było skończyć dużo, dużo gorzej. Więc czemu się oglądać za kanarkami na dachu, jak tu całkiem niezły wróbel w garści?
A przecież wiem, że takie poczucie jest chwilowe. W każdej chwili może się przydarzyć nowy casting. Bo lata latami, ale ja ciągle jeszcze miewam zielono w głowie, aż wstyd. I wtedy znów będzie boleć, cholernie boleć, że nadal ta wiedźma, a nigdy księżniczka. Więc może jednak nie powinnam się poddawać i skoro zaczęłam już chodzić na "warsztaty teatralne", to może lepiej kontynuować?

LOTR

Zamiast Biblii czytam Władcę Pierścieni. Z zamiarem skontaktowania się z Tatą tą właśnie drogą. Mało ortodoksyjnie, fakt. Nie będę się do tego przyznawać przed przyjaciółmi z Ordo Praedicatorum, bo się w nich jeszcze duch inkwizycji obudzi i stosy przypomną. A przecież sami obecnie bywają niepokojąco heterodoksyjni. Zresztą nie tylko obecnie. Wystarczy przypomnieć Mistrza Eckharta. Quis inquiret ipsam Inquisitionem? O dominikanach myśleć mi teraz trzeba intensywnie, bo otom znów spóźniona z przekładem. Quaestiones de Potentia Dei czekają.
Ale miało być o Tolkienie. Wczoraj w ramach wieczornej modlitwy czytałam akurat o królu Theodenie. I bardzo stał mi się bliski po tych słowach: "I feel as one new-awakened. I would now that you had come before, Gandalf. For I fear that already you have come too late, only to see the last days of my house." Też często przychodzi mi żałować, że przebudzenie nie nadeszło wcześniej, tylko dopiero teraz, po tylu zmarnowanych latach; teraz, gdy nie bardzo można już liczyć na przyszłość. Ale te ostatnie dni Theodena były wielkie i ważne. I warto się przebudzić, choćby na finał. Sprawić, by finał był naprawdę spektakularny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy, że zacytuję innego twórcę.

3.02.2009

po Roosevelcie

Uff. Skończony przekład. Teraz parę drobiazgów do zrobienia - akurat żeby wypełnić nimi ferie i za chwilę powrót na zajęcia. No i najwyższy czas, by odkurzyć kazania starego dobrego Mauryca.

A w chwilach między pracą, tańczeniem i myśleniem o bohaterach francuskiej literatury, spoglądam sobie na księżyc. Właśnie rośnie! Spoglądam i sobie się dziwię, bo logiki w tym nie ma za grosz. Przecież to jest kawał jakiejś skały, co się wokół ziemi kręci, światłem świeci odbitym, a oglądają go wszyscy ludzie i wyją do niego wszystkie psy. To co mi się nagle uroiło, że to jest prezent? Specjalnie dla mnie! A może nawet mój towarzysz. Czyż to nie głupie, że jak go widzę, to przestaję się czuć samotna? A w sercu mam pamięć tej wielkiej Księżycowej Radości, która tak niedawno temu dosłownie mnie zalała.

Ostatnio jakoś mniej czasu poświęcam na bezpośrednie rozmowy z Tatą. Ale nie czuję z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Jakbym wiedziała, że On wie. Że liczy się ten jakiś spokój w sercu i to dziwne poczucie bezpieczeństwa (o Zaufaniu mówić nie śmiem, zbyt grzeszny ze mnie człowiek). Że póki noszę w sercu pamięć o tym, iż księżyc to Jego dar specjalnie dla mnie, to jest między mną a Nim jakieś wyjątkowe porozumienie. Takie, jakiego dawno (a może nigdy) nie było. Niewykluczone, że własne uczucia zwodzą mnie na manowce, bo kto to widział, żeby tak długo zaniedbywać regularną modlitwę! A jednak chcę pozwolić im się prowadzić. Raz dla odmiany posłucham mojego serca.

1.02.2009

zbrodnia Cyrana de Bergerac 2

Było skojarzenie z Cyranem. A zaraz po nim nastąpiła pogłębiona refleksja nad tym przypadkiem. Z wnioskiem, że Cyrano jak najbardziej BYŁ głupcem. Uznał, że Roksana nie może go pokochać - takiego brzydala - i z punktu ustawił się w roli "tego trzeciego". By być blisko niej i móc jej wyrażać swoje uczucia, pomógł Christianowi stworzyć nieprawdziwego człowieka: z powierzchownością przystojnego Christiana i elokwencją oraz miłością pana de Bergerac. To tak kochał Roksanę, że ją oszukiwał? I że nie dał jej żadnej szansy? Gdyby nie był głupcem, powiedziałby: "jeśli Roksana jest rzeczywiście tą, za jaką ją uważam, nie będzie się przejmować moim wielkim nosem. A jeśli mnie odrzuci z powodu powierzchowności, to znaczy, że jest małostkowa i niegodna moich uczuć." A tymczasem ten dzielny żołnierz, słynący z niezliczonych pojedynków zawadiaka, stchórzył. I z tchórzostwa zrobił coś potwornego: zniszczył życie ukochanej kobiecie wmanewrowując ją w związek z nieistniejącym człowiekiem. Oto do czego prowadzą wybujałe kompleksy.

31.01.2009

zbrodnia Cyrana de Bergerac

Cyrano był fantastą. Odbywał podróże na księżyc. I tracił kontakt z ziemią i rzeczywistością. Najsmutniejszą i najokrutniejszą w jej kłamliwej urodzie rzeczą, jaką uczynił, było zbudowanie relacji Christiana i Roksany. Relacji iluzorycznej, bo opartej na potwornym fałszu. Na całe szczęście Christian miał na tyle rozumu, by dać się zabić na wojnie zanim prawda wyjdzie na jaw i zrobi się straszliwa kaszana. A może wcale nie na szczęście, bo biedna Roksana przez następne lata oblewała wdowimi łzami pamięć po fałszywej miłości, nie wiedząc wcale, jak bardzo była fałszywa. A wszystko przez głupiego Cyrana. Oszukana prawda mści się okrutnie. Nie będę więc Cyraną. Proszę mnie nie prosić o klucz do cudzego serca. Proszę go znaleźć samemu! Najlepszą drogą do znalezienia jest przyznanie się, że się klucza nie ma i nawet nie wie, gdzie szukać. To ostatnia rada niedoszłej Cyrany.

26.01.2009

leń?

To prawda, że nie chodzę do pracy. Ale mam zwolnienie. I to prawda, że już dawno nic tu nie napisałam. Ale nic się nie wydarzyło. Oprócz tego że grypa. I zapalenie zatok na dokładkę. Wydarzyły się trzy lekcje tańca, na które nie poszłam. Przez tę grypę. I wernisaż Reverendissimusa, na który też nie poszłam. Powód do znudzenia ten sam. Ale zdalnie załatwiłam już pierwsze czynności niezbędne do nawiązania erazmusowej umowy z Paris IV. No i przetłumaczyłam już ponad pół książki o tym jak Smedley Butler uniemożliwił próbę faszystowskiego ponoć puczu w USA. Generała Butlera lubiłabym jeszcze bardziej, gdyby nie jego sympatia do etatysty F.D.R. A Roosevelta nie lubimy. Za etatyzm i za Jałtę. Patrząc na kryształowego i niegłupiego przecież Butlera myślę sobie, że polityka jest i będzie szambem. Uczciwość i inteligencja nie pomogą: nie da się nie ubabrać. A z tym moim lenistwem nie jest chyba tak źle, skoro tyle zrobiłam nic nie robiąc...

20.01.2009

odcinek pierwszy

Na początku był kot. Zaczęło się od kota. Ściśle rzecz biorąc kotki. Małej, białej i dzikiej, którą trzeba było cierpliwie oswajać. Jak to się stało, że nieznająca czułości i otwartości kobieta, którą byłam, znalazła drogę do kociego serca? A może to kot znalazł drogę do mojego? Kotka na początku nie dawała się dotknąć i chowała się pod szafą. Zupełnie jak moje własne ja. Jedyne, co można było zrobić, to położyć się płasko na podłodze, żeby nad nią nie górować. I ze sporej odległości, wyciągając rękę muskać końcem palca jej łapki. I cieszyć się, gdy zaczęła obwąchiwać rękę. Takie były moje pierwsze spotkania ze światem prawdziwych, serdecznych relacji. 10 lat temu. Do dziś nie wiem, kto kogo bardziej resocjalizował: ja Balbinę, czy Balbina mnie.

19.01.2009

Klacid Uno

Tak się nazywa mój nowy "przyjaciel" - antybiotyk, w którego towarzystwie minie mi najbliższy tydzień. A to za przyczyną grypy, do której dołączyło się jeszcze zapalenie zatok.
Przez pewien czas zatem będę mało widoczna w realu, spędzając czas w łóżku z moim nowym przyjacielem.

16.01.2009

neostrada to zło

Od trzech miesięcy jestem tego zła ofiarą. Zdążyłam już w tym czasie zmarnować kilkanaście godzin na rozmowy z "ratownikami" oraz wymieniać liveboxa po 6 tygodniach użytkowania. Nowy livebox niestety też rozłącza bez dania racji i odmawia łączenia. Łączy "tylko lokalnie", a kiedy próbuję - już kiedyś przez to przechodziłam, więc zanotowałam wszystkie etapy - ponownie się zarejestrować, to bezczelnie twierdzi, że hasło jest nieprawidłowe! Co jest podłym kłamstwem. Tym razem na dodatek nie mogłam sprawić sobie przyjemności w postaci miłej konwersacji z panem z obsługi klientów, który nie pojmuje, że wiem, jak uruchomić "połącz z" i zawsze tłumaczy w ten sam sposób: "w lewym dolnym rogu ma pani takie niebieskie kółeczko. Proszę je kliknąć". Przyjemności tej nie mogłam sobie sprawić, bo okazało się, że połączenie z serwisem neostrady jest niedostępne. Moja landlady bowiem jakiś czas temu zrezygnowała z korzystania z usług konkurencyjnego wobec tepsy operatora połączeń zamiejscowych. Od owego pamiętnego dnia, chcąc gdziekolwiek zadzwonić, trzeba wykręcić najpierw 01033. Niestety, gdy po tych cyferkach wykręcam 0800 lub 800 - w obu przypadkach nie uzyskuję połączenia. W jednym przypadku automatyczny głos w słuchawce (chciałabym kiedyś zobaczyć tę panią, którą zatrudnili do tego nagrania - chyba najsłynniejszy głos w kraju) mówi: "nie ma takiego numeru", w drugim: "połączenie nie może być zrealizowane".
A zatem postanowione: kupuję sobie internet komórkowy, bo mam tej neostrady po dziurki w nosie!

13.01.2009

narozrabiałam

No i narozrabiałam. A poszło o pewne katolickie szkoły (jak ktoś chce wiedzieć, które konkretnie, to proszę o kontakt na priva). I o to, że mają tam we zwyczaju nie przyjmować dzieci z rozbitych rodzin. A jeśli któremuś uczniowi przytrafi się, że się rodzice rozejdą, to taki uczeń wylatuje ze szkoły. Zasada taka. Na takie zasady jest ładne słówko o łacińskiej etymologii: DYSKRYMINACJA. Czyli taka segregacja, w której zainteresowany nie może zrobić nic, by w momencie wytyczania granicy znaleźć się po tej stronie, po której by chciał. Ta dyskryminacja ma ponoć chronić pozostałe dzieci przed przykrymi konsekwencjami uczenia się w szkole w towarzystwie dzieci, których rodzice podjęli tę głupią i nieodpowiedzialną decyzję. Bo takie dzieci są ponoć zapatrzone w siebie i konfliktowe. Z czego by wynikało, że zadaniem szkoły nie jest uczyć, jak rozwiązywać konflikty, tylko dbać, by dziecko się z konfliktami nie stykało. Czyli szkoła-cieplarnia. To że wyrzucenie ze szkoły ma wszelkie znamiona potępienia, że pozostałym uczniom przekazuje się w ten sposób komunikat: "oni są gorsi, wy jesteście lepsi", że uczy się ich po prostu faryzeizmu i dulszczyzny (no bo trzeba skrzętnie ukrywać własne kłopoty, żeby nie podpaść pod paragraf); to wszystko nie wydawało się memu rozmówcy oczywiste. Gorzej, bo teraz jego ewentualna przyszła - której nieopatrznie zdradziłam temat dyskusji - zaczęła go nagabywać w tej jakże istotnej sprawie edukacji ewentualnego przyszłego przychówku... Ot - narozrabiałam.

11.01.2009

Księżyc i Dame Joie

Dostałam. Niespodziewanie. Spotkałam. Tak po prostu spotkałam Panią Radość. Jakby się Ktoś postarał, żeby mi pokazać, że Ona istnieje. Taka prawdziwa, głęboka. A wszystko za sprawą Księżyca, który nagle - gdy wyszłam zza węgła kamienicy - zajaśniał przede mną ogromny, pełny i złoty w szerokiej aureoli, zaplątany w konary drzew na skwerze. I aż się zachłysnęłam, bo poczułam, że on jest dla mnie. Należę do grona księżycowych kochanków, stąd tak bliska memu sercu była zawsze poezja Konstantego Ildefonsa - księżycowego trubadura. Spacer na starówkę z takim Księżycem we włosach i z taką Radością w sercu. Dar bardzo efemeryczny. Nie sposób tego zatrzymać i mieć. Ale można zatrzymać pamięć o nim. Żeby wiedzieć, że cuda bywają. I nie zdoła tego zmienić napuszone bredzenie jakiegoś faceta. Bo to tylko człowiek w końcu. Choćby i w koloratce. Wszystkie jego słowa są niczym w porównaniu z tym księżycowym blaskiem. Z tą księżycową euforią. Bo nadal czuję radość na myśl, że on tam ciągle jest za oknem. Wierny i piękny.

9.01.2009

lepiej

Zrobiło się lżej. Nie wiem od czego, ale wyraźnie lżej. Może to tak na zachętę, żeby kontynuować zaczętą w środę nową drogę. Znów powtarza się to niezwykłe, przed paroma laty odnotowane wrażenie zmieniania skóry. Jak wąż. I to stare, które ze mnie schodzi i zostaje w tyle, to już nie ja. Ja już zaczynam być gdzie indziej. Więc jest lżej bez tej starej skóry, bez starych przywiązań i uwikłań. Bez starych głupich oczekiwań. One zamykały świat z przodu, zakotwiczały moje życie w jakiejś przestrzeni, która wydawała się ostateczna. Teraz cumy się pourywały i dryfujemy. I jest lżej. Ciekawe też są powroty. Pijana historia, która się zatacza i wraca po własnych śladach. Napotykani w tej nowej rzeczywistości dawni ludzie. Dawni a nowi. To przez tę nową skórę. Jakby widziani nowymi oczami. Kiedyś się do nich cumowałam. Dziś jestem wolna. Mogę pomachać im chusteczką i dryfować dalej.
Zrobiło się spokojniej. Powierzchnia wody gładsza. Od razu więc widzi się lepiej, mniej mętnie. Pytania o sens pozostają. Pytania o cel i powód. Dlaczego tak? Dlaczego tu? Dlaczego ja? Ale otuchy dodaje spojrzenie wstecz: na tamte czeluście mroku, które już za mną. Skoro tyle przeszłam i wyszłam cało; skoro takie bitwy stoczyłam zwycięsko, to znaczy, że mam więcej siły, niż kiedykolwiek sądziłam. Zrobiłam naprawdę trudne rzeczy. Przeszłam naprawdę długą i ciężką drogę. Mam blizny. Ale żyję i wiem, na co mnie stać. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wciąż nie wiem, na co ta siła. Oto znów pytanie o cel i powód. Na razie musi zostać bez odpowiedzi. Na razie ważne, że oddycham swobodniej.
A dziś nawet na momencik przyszło takie coś. Jakby podobne trochę do Radości. Dawno nie widzianej (o ile w ogóle kiedykolwiek miałam okazję spotkać tę Damę, bo czasem myślę, że to były tylko Jej kiepskie sobowtóry). A teraz przebiegło toto, oko puściło. Jak mały promyk w duszy. Czyżby Obietnica? Nie! Nie chcę tak myśleć. Nie ma obietnic.
No, dobra. Jest jedna. Ważna i wielka. Tak wielka, że ani jej zobaczyć, ani poczuć nie mogę. Wierzę, że prawdziwa, że On naprawdę jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Ale czy czuję się przez to lepiej? Czy wędruje się łatwiej? Nie wiem. Łatwo nie jest. I nie ma być. Tego nie obiecywano. Ani żadnej innej rzeczy z tych, których bym chciała. Wolę więc pamiętać, że obietnic nie ma. Jest tylko droga. I wybory nie do uniknięcia, bo niepodejmowanie wyboru też jest wyborem. I czas, którego coraz mniej.
Ale to dobrze, to bardzo dobrze, że lżej i spokojniej się dryfuje choć przez chwilę.

8.01.2009

był sobie księżyc

Wczoraj w księgarni zobaczyłam nową książkę Pelanowskiego. Natychmiast więc ją zakupiłam nauczona dotychczasowym doświadczeniem, że jego książki są dobre. Ta dobra nie jest. Rozczarowanie. Rozważań o tym, jak dobrze jest się umartwiać, mam serdecznie dość. Dziękuję! Przerabiałam to już przez wiele lat i wiem, że masochizm nie daje radości. A w każdym razie nie normalnym ludziom. A w każdym razie nie masochizm dla masochizmu. To są chore opowieści i na pewno nie dla mnie. Wielebny ojciec Pelanowski na dziwne bocznice zjeżdża i nie zamierzam się nim przejmować. Zwłaszcza, gdy jestem świadkiem takich cudów, jak zaplątany w gałęzie drzew księżych i chmury tańczące wokół niego dokładnie w takt muzyki Bacha akurat rozbrzmiewającej mi w słuchawkach iPoda.

5.01.2009

zamarzamy

No więc zdecydowanie nie lubię. Co roku, gdy jesień dobiega końca zaczynam się żywo interesować zagadnieniami ekologicznymi i zaklinam protokół z Kioto, żeby te zawarte w nim alarmujące dane stały się wreszcie prawdą, i żeby w końcu osławione ocieplenie klimatu zaistniało. Eeech... gdyby tak móc dotrwać do marca bez nakrywania głowy! Bez rękawiczek (które i tak nieustannie gubię) i bez ubierania się na cebulę! Niech już nawet pada, jeśli musi, niech te lodowce topnieją, a pustynie rosną i niech grozi nam ogólna zagłada, gdyby tylko w zamian za to móc chodzić w styczniu w lekkich ciuchach, które nie maskują sylwetki.
A tu nic z tego: zagłada i tak grozi, protokół każe wydawać kasę na ochronę środowiska, za plastikowe torebki z Carrefourze trzeba płacić, a jak zamarzaliśmy, tak zamarzamy. Zmieniło się tylko to, że zamarzanie zaczyna się ciut później - bo w styczniu, a nie w grudniu. Napada tego białego świństwa i nawet nie na święta (kiedy - trzeba świństwu przyznać - pewien nastrój toto buduje), ale dopiero od stycznia. A potem leży to białe świństwo do marca (w międzyczasie zmieniając kolor na brudno bury), a mnie szlag trafia. No bo najbardziej, ale to już zupełnie najbardziej, nie cierpię, jak ta parszywa zima budzi się z ręką w nocniku i nagle przyłazi wtedy, gdy człowiek już palce gryzie nie mogąc doczekać się wiosny.
I z takimi ponurymi przemyśleniami marznę sobie w najlepsze nie wiedząc, kogo bardziej nie lubić: zimy, czy ekologów. No bo co w końcu, kurczę blade! (Jak mawiał Mikołajek). Obiecują nam to ocieplenie już tyle lat i obiecują i co?!